PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] X-MEN: Mordercza Geneza

[RECENZJA] X-MEN: Mordercza Geneza

Zróbcie coś dla mnie. Wyobraźcie sobie, że za każdą obietnicę rewolucji w uniwersum superbohaterskim dostajecie jedną złotówkę. Na pewno pływacie teraz w wyobraźni niczym Sknerus w swoim kultowym skarbcu. Zamknijcie oczy wyobraźcie sobie, że dostajecie złotówkę tylko i wyłącznie za komiksy, które tą obietnicę spełniły. Niech zgadnę, Sknerusa zastąpił Donald zamiatający pokład lotniskowca. X-Men Mordercza Geneza obiecuje odsłonić kurtynę zakrywającą mroczne sekrety Profesora X. Czy to pustosłowie, a może jednak coś więcej?

Po wydarzeniach znanych polskim czytelnikom z Rodu M  Profesor X znika, jego grupa mutantów rusza na poszukiwania, lecz z czasem jest w nich coraz mniej zapału i coraz więcej smutku, zrezygnowania. Konflikt między gatunkami homo sapiens i homo superior iskrzy z każdym upływającym dniem, a X-Men dowiadują się, że ich ukochany przywódca ma JAKIŚ mroczny sekret. Wydarzenia teraźniejsze sprytnie przeplatają się z przeszłością, narzucając czytelnikowi hipnotyczne tempo, w którym łatwo się zatopić i bez wstydu przyznaję, że to właśnie zrobiłam. Fabuła wciąga, niestety wszystko rozjeżdża się gdzieś w okolicach szóstego zeszytu, gdy dochodzi do konfrontacji Xaviera ze swoimi pupilami.

Od momentu, gdy wzięłam komiks w ręce bałam się, że będzie to kolejna, prosta historia, która obiecuje więcej niż może dać, ale nie sądziłam, że będzie aż tak przewidywalna. Nie zrozumcie mnie źle, Mordercza Geneza to nie jest zły komiks, ba. Gdyby nie finał, to byłby genialny komiks, ale prawda jest taka, że sekret Xaviera opiera się na komunikacyjnych ułomnościach, niczym więcej. Im więcej czasu upływa od mojej lektury tym bardziej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Brubaker manierycznie odznaczał na swojej liście punkty, które miały się w nim znaleźć. Żałuję, że efektem tego jest dzieło, które tak poraża swoją trywialnością, że aż ciężko to zdzierżyć. A przecież to X-Men! Jedna z najoryginalniejszych i moim zdaniem najbardziej interesujących grup superbohaterskich w komiksach w ogóle. Jak można to zepsuć? Jak można unikać ukazywania jakichkolwiek emocji, gdy świat jest do nich odwrócony plecami? Może i zakończenie dałoby się puścić płazem, gdyby nie to, że jest tak analitycznie zdystansowane, chłodne. Można to tłumaczyć brakiem czasu, bo przecież jeden zeszyt na rozwiązanie fabularnej plątaniny to mało, ale Mordercza Geneza to jedna, wielka stracona szansa. Każdy fan X-Men powinien skończyć lekturę roztrzaskany na kawałki, zasmucony konfliktem bohaterów z ich niemalże ojcem, Brubaker nie miał na to dość odwagi.

Wizualnie komiks wygląda bardzo dobrze i choć może to zabrzmieć odrobinę pretensjonalnie, rysunki Trevora Hairsine są… zwyczajne. Jego kreska nie jest ani bardzo oryginalna ani charakterystyczna. Po prostu jest. Rysunki są realistyczne i zwyczajnie ładne. Dobrze wyszła mu też współpraca ze Scottem Hanna, który zajął się wykończeniem komiksu i kolorami.

Chciałabym, żeby każdy komiks wydany był jak Mordercza Geneza. W twardej oprawie pięknie prezentuje się na półce, a szorstka okładka nie przylepia się do dłoni po dłuższej lekturze. Na pochwałę zasługuję też to, że przed każdym zeszytem możemy zobaczyć oryginalną okładkę, dzielącą rozdziały. Żałuję, że na początku nie ma ani żadnego wstępu, który streściłby wydarzenia Rodu M, ani przedstawienia poszczególnych, nowych dla polskich czytelników postaci. Ja, miałam przyjemność zaznajomić się z historią, która wydarzyła się przed akcją dzieła Brubakera, ale nie każdy czytelnik musiał mieć tę możliwość. Takie osoby fabuła może zdezorientować.

Choć Mordercza Geneza nie jest najlepszą rzeczą jaka przytrafiła się mutantom, żaden fan nie powinien przejść koło niej obojętnie. Komiks bierze w obroty kultową już historię znaną fanom z komiksu Giant Size X-MEN #1. Może i  nie zmieni waszej opinii na temat profesora Xaviera, nie pozwoli Wam na sentymentalne westchnienia, ale miejscami potrafi okręcić sobie czytelnika wokół palca i mimo tego jak rozczarowana nim jestem, jak bardzo nie mogę przeboleć jego finału- będę do niego wracała.

AUTOR Maja Głogowska

Nastolatka wychowana przez Hollywood. Uwielbia szeroko pojętą popkulturę i sztukę. Jeżeli spotkalibyście się na ulicy pewnie gloryfikowałaby Nintendo i gry ekskluzywne Playstation, a jakbyś poprosił ją o polecenie filmu to zasugerowałaby seans "The Florida Project". Wierny żołnierz batalionu Archie Comics.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[Recenzja] Runaways Tom 1

Na pewnym etapie życia wszyscy młodzi ludzie są przekonani, że ich rodzice to najgorsi ludzie …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *