PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Daredevil: Nieustraszony tom 5

[RECENZJA] Daredevil: Nieustraszony tom 5

Piąty tom wydawanego przez Egmont Daredevila, będący zarazem drugim pisanym przez Eda Brubakera, to kolejna seria ciosów wymierzonych w postać Matta Murdocka. Następca Briana Michaela Bendisa, który swoim runem niejako wprowadził Nieustraszonego w XXI wiek, podąża ścieżką wyznaczoną przez poprzednika i robi to z niebywałym wyczuciem.

Recenzowane wydanie zbiorcze, w skład którego wchodzą zeszyty drugiego woluminu serii od #94 do #105 numeru, stanowi rzadki przykład kontynuacji, która może śmiało rywalizować z oryginałem. Otóż w przypadku Daredevila doszło do wzorowej wręcz wymiany pałeczki. Bendisa, który przywitał się z Marvelem ponurymi kryminalnymi opowieściami, stojącymi niejednoznacznymi bohaterami, zastąpił inny scenarzysta, operujący tą stylistyką. I to na dodatek scenarzysta nieprzypadkowy – w momencie przejmowania tytułu Brubaker miał już w bibliografii udane runy w takich seriach, jak np. Catwoman, Gotham Central, Batman czy też Captain America. Mówimy tu zatem o naprawdę cenionym autorze, który nieraz udowadniał, że zna się na swoim fachu.

Już w pierwszym tomie, który napisał, pokazał zresztą, że ma pomysł na to, w jakim kierunku poprowadzić dalej Daredevila. Zgrabnie wybrnął z uciążliwego spadku po Bendisie i śmielej pchnął serię o niewidomym prawniku w typowe dla swojej twórczości noirowe rejony. Robili to też naturalnie jego poprzednicy – zwłaszcza odkąd Frank Miller przetarł ten szlak w pierwszej połowie lat 80., ale to on, szczególnie rozmiłowany w tym gatunku, zdawał się faktycznie w pełni korzystać z możliwości jakie tenże daje. Daredevil przestał być więc okienkiem na świat ulicznych superbohaterów, co widać wyraźnie w omawianej części piątej cyklu. Herosi, wspierający wcześniej Matta z drugiego planu, tacy jak Luke Cage, Iron Fist czy Spider-Man, zostali odrobinę odsunięci na boczny tor (choć nie na długo) i wyparci przez zawziętą prawniczkę, równie upartą panią detektyw, niemal definicyjną femme fatale oraz zbliżającego się do emerytury policjanta.

Wątki gangsterskie, które napędzały run Bendisa, zastąpiła zaś większa, bardziej fantazyjna intryga. Brubaker kontynuuje to, co zaczął w poprzedniej historii, zatytułowanej The Devil Takes a Ride. Mam tu na myśli odświeżanie dawnych, wydawałoby się, że przestarzałych złoczyńców ze świata Marvela. Scenarzysta bierze tutaj na warsztat kolejnego po Matadorze antagonistę, wywodzącego się z najbardziej wiekowych komiksów o Daredevilu, i poddaje go odpowiedniej obróbce. Tak oszlifowaną, okrzesaną postać dostosowuje do współczesnych realiów i umiejętnie, wiarygodnie implementuje ją do fabuły. Finalnie otrzymujemy nadal przerysowaną postać, ale na swój sposób pasującą do tego teatralnego, lecz przy tym poważniejszego świata superherosów. Lepsze to niż ciągłe puszczanie oka czytelnikowi, które staje się powoli trendem w najnowszych komiksach Marvela i które potrafi zabić napięcie i dramatyzm każdej historii.

Takie grzechy akurat zupełnie nie dotyczą tej pozycji. Obserwowanie Matta, który pod wpływem kolejnych trudności zaczyna powoli pękać i tracić nad sobą panowanie jest prawdziwie przejmujące i, jakkolwiek niepokojąco i sadystycznie by to nie brzmiało, satysfakcjonujące. Nie od dziś w końcu wiadomo, że stawianie przed bohaterem coraz cięższych wyzwań i kopanie pod nim dołków ubarwia historię i angażuje czytelnika. Jeśli jesteście fanami słynnego w Polsce Knightfall z Batmanem w roli głównej, zainteresujcie się postacią Daredevila. Matt Murdock swojego Knightfall doświadcza bowiem przez całe życie.    

Fabuła, która na papierze mogłaby się przecież wydawać nieznośnie wtórna, skonstruowana jest przez Brubakera tak inteligentnie i zręcznie, że wręcz nie pozwala oderwać się od lektury. Protagonista, prowadzony przez wytrawnego scenarzystę, stopniowo odkrywa tajemnicę. Zamiast jednak ulgi i zwycięstwa, na mecie znajduje wyłącznie następny powód do cierpienia. Za samo dążenie do prawdy ponosi zresztą sporą cenę. Zanurzając się głębiej i głębiej w brudach Hell’s Kitchen, Matt sukcesywnie łamie swoje żelazne zasady i zaczyna stosować niezbyt chwalebne metody. Co prawda w słusznym celu, ale rysa pozostaje.

Wychodzi na jaw, że Murdock jest zwykłym człowiekiem, który nie zdoła wiecznie ukrywać przed wszystkimi przeciwnikami swoich słabych punktów. Odpowiednie ich naciśnięcie zawsze będzie skutkować jakąś reakcją. W tym tomie okazuje się, co jest takim punktem – żona, Milla Donovan. Celownik ustawiony w jej kierunku przez złoczyńców, działa na Matta jak płachta na byka.

Za oprawę graficzną niemal całego zbioru odpowiada Michael Lark, znany z pracy z Brubakerem nad serią Gotham Central. Jak to miało miejsce w przypadku poprzednich części cyklu i tutaj pojawia się jednak drobny wyjątek w postaci okolicznościowego numeru, przy którym udzielają się także inni, zasłużeni dla Daredevila artyści. Jubileuszowy setny zeszyt drugiego woluminu pomagały zilustrować takie sławy, jak Gene Colan, Bill Sienkiewicz, Alex Maleev czy też Lee Bermejo.

Nieustraszony to wciąż kapitalna seria. Nawet jeśli Brubaker, patrząc już z perspektywy czasu, nie zdołał doskoczyć do nieosiągalnie wręcz wysokiego poziomu Bendisa, to trzeba mu oddać, że w tomie piątym był tego najbliżej.

Recenzja pierwszego tomu Daredevila

Recenzja drugiego tomu Daredevila

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Daredevil: sezon 3

Jest pewna niepisana zasada, do której stosują się kolejni scenarzyści komiksowego Daredevila. Zakłada ona, że …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *