PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [Recenzja]Head Lopper i Wyprawa do schodów Mulgrida (Tom 4)

[Recenzja]Head Lopper i Wyprawa do schodów Mulgrida (Tom 4)

Wydaje się, że od mojego ostatniego spotkania z Norgalem minęły całe wieki. Od Polskiej premiery poprzedniego tomu upłynęły prawie 2 lata. 2 lata, które z różnych powodów, mogą zlewać się w jednolitą papkę. Czas ten jest tak odległy, iż wydawało mi się, że przegapiłem premierę czwartego tomu, że jakoś umknęła mi ona w natłoku innych wiadomości. Jednak, w końcu, Head Lopper i Wyprawa do schodów Mulgrida zdołał, ku mojemu zadowoleniu, zawędrować przed moje zmęczone oczęta.

Historia przedstawiona w czwartym tomie, składającym się z zeszytów #13-16, kontynuuje bezpośrednio wątki poruszone wcześniej. Dowiadujemy się tutaj więcej na temat ścigającego Dekapitatora i Agatę łotra i odrobinę na temat jego potencjalnych motywacji.

Poszukując legendarnych schodów Mulgrida nasza drużyna wplątała się w kolejną dworską intrygę i wykonanie zadań dla opresyjnego władcy – Marglana Manderblodta. Motywem przewodnim tego tomu jest też uczenie się przez Norgala pracy zespołowej, jako że teraz oprócz głowy wiedźmy, podróżuje on z niebieskim skrzatem Kozłem i zwinną Brishką. Tych poznaliśmy w poprzednich tomach.

Historia opiera się na tej samej formule, którą rządziły się poprzednie opowieści. Znów mamy 2 wątki, toczące się równolegle. Bardziej zamkniętą fabułę, która toczy się w granicach książki i dłuższy wątek, który łączy poszczególne tomiki. Zabieg ten wciąż działa, choć powtarzalność fabularna staje się co raz mocniej dostrzegalna, z odcinka na odcinek. W dodatku historia i dialogi co raz bardziej przypominają sesję D&D. Nawet okładka, przypomina coś, co mogłoby ukazać się na froncie wczesnej wersji systemu RPG.

Mam mieszane odczucia co do paru elementów komiksu. Widać, że styl graficzny Andrew Macleana ewoluuje. Porównując Wyspę albo Plagę Bestii z Wyprawą do schodów Mulgrida widać, że linie stają się grubsze, a designy postaci co raz bardziej kreskówkowe. Do tego autor stara się zmieścić więcej paneli na jednej stronie. I to powoduje, że komiks traci na czytelności. Jest w tym przypadku gorzej niż w poprzednich tomach (takie odnoszę przynajmniej wrażenie). 2 strony rozmowy króla ze swoim synem, które bombardują nasz niekształtnymi postaciami w brązowo burawych barwach, wyssały ze mnie trochę entuzjazmu jaki czułem do serii do tej pory. Uważam, że stylistyka, którą obrał autor lepiej sprawdza się w większych, bardziej horyzontalnych kadrach. Tych jest teraz jakby mniej, na rzecz układu, który bliższy jest tradycyjnej siatki. Rozkładówki stają się jakby mniej powszechne.

Możliwe, że część zmian podyktowane są też większą ilością postaci, jakie muszą znaleźć się w historii i trochę większej ilości ekspozycji. Stąd odrobinę obszerniejsza zawartość zostaje skompresowana w nawet mniejszej niż poprzednio ilości papieru. Poprzednie tomy, bez wysiłku łamały granicę 200 stron, a tu mamy do czynienia z historią przedstawioną na 184 kartach. Jest też parę miejsc, w których historia rządzi się kompletnym przypadkiem. Nie jest to może coś, co do tej pory mi bardzo przeszkadzało. Pewna granica zostaje jednak przekroczona, kiedy wymagany w danym momencie McGuffin (przedmiot potrzebny do popchnięcia fabuły do przodu), zostaje znaleziony tylko dlatego, że Kozioł, jest przez przypadek strącony do wody, przez głównego bohatera. Podczas sesji RPG, byłby to moment, w którym, któryś graczy uzyskał rzut krytyczny, umożliwiający posunięcie historii do przodu, bo mistrz gry wyczerpał już wszystkie zaplanowane wskazówki. Ja jedynie westchnąłem, bo była to drobnostka, która trochę mnie rozdrażniła, jako dość leniwe rozwiązanie fabularne, dające skrzatowi trochę więcej do roboty. Wciąż mieści się to w konwencji, więc może szukam dziury w całym. Wciąż jest to dobra, prosta, przygodowa historia, z którą miło spędza się czas. Nie ma róży bez kolców i tym razem parę z nich mnie ubodło.

Mimo pewnych zastrzeżeń, co do tego w jakim kierunku artystycznym podąża seria, wciąż uważam, że jest to komiks po który warto sięgnąć. I nie muszę przekonywać do tego chyba nikogo, kto śledzi przygody Head Loppera na bieżąco. Resztę zachęcam do sięgnięcia po wcześniejsze tomy, bo nie jest to historia, w którą można wkroczyć w dowolnym momencie. Na pewno nie jest to komiks dla każdego, ale ja wciąż czekam na kolejne odcinki. Mam tylko nadzieję, że czas oczekiwania na nie, będzie choć odrobinę krótszy. Polecam, choć odrobinę mniej jak ostatnio, ale jednak.

AUTOR Mateusz Dąbrowski

Ilustrator. W jego żyłach płynie mieszanka ołówkowego grafitu, tuszu i cyfrowej farby. Czasem jednak musi wystukać swą opinię przy pomocy klawiatury, czy to w momencie zachwytu, czy też typowej geekowskiej złości, gdy ktoś dokonuje gwałtu na popkulturze.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Batman: Ego i inne opowieści

Darwyn Cooke był artystą, który pomimo dość niewielkiej liczby komiksów w dorobku, zasłużył na miano …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *