PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA]Czarny Młot – Era Zagłady

[RECENZJA]Czarny Młot – Era Zagłady

Bycie Millenialsem nie jest usłane różami. Fakt, mamy ogólnodostępne Wi-Fi, wegańskie knajpki i kawiarnie z kubeczkami na wynos, a mając kilkanaście lat możemy dorobić się milionów wyświetleń i złotych. Ale jest w tym sterylnym obrazie pewien irytujący detal. Jak martwy piksel na wielkim ekranie Smart TV. Niemal wszystko na czym stoi obecna kultura (wyższa i popularna) to twory postmodernistyczne. Jedni nazwą to starczym smęceniem pokroju „kiedyś to było”, inni będą ubolewać nad ….. Nie zmienia to jednak faktu, że po raz kolejny komiks, który dane jest mi czytać i recenzować, to dzieło opierające swój ciężar na bohaterach i epokach dawno minionych. Czy to źle? Nie do końca, bo nazwisko Jeffa Lemire’a na okładce zwykło mnie już krytycznie uspokajać.

Przyznaję się, że jakieś dwa lata temu nie miałem pojęcia kim jest wyżej wymieniony. Całość zmieniła się w momencie, gdy na amerykańskim rynku pojawił się Black Hammer. Eseje wychwalające komiksową erudycję autora, wpisy na fanowskich forach czy pierwsze miejsca w podsumowaniach roku podsycały już i tak wygórowane oczekiwania, ale i budziły niepewność. Zwolennikiem teorii o milionie much nigdy nie byłem, zatem starałem się zachować ostrożność biorąc do ręki pierwsze zeszyty. Po lekturę zdążyła jednak wylecieć za okno, a ja z wypiekami na twarzy czekałem na to, co jeszcze Lemire zmieści w tym pięknym kolażu nawiązań. Dwa pierwsze tomy to bezpieczna rekomendacja dla każdego kto porusza się po superbohaterskim środowisku z pewnym doświadczeniem, ale nowicjusz również będzie wiedział o co chodzi i czemu powinno go to obchodzić. Niemniej jednak, bez pewnej dawki komiksowego know-how, czytelnikowi umknie szereg skrupulatnie wyselekcjonowanych nawiązań i przekształceń. Jednak z Czarnym Młotem jest trochę jak z Watchmen. Zupełnie nowi bohaterowie ugruntowali już swoją popkulturową pozycję, ale mogliby to zrobić inni, gdyby tylko autor dostał do nich prawa. A że nie dostał, wyszło nam postmodernistyczne arcydzieło.

A przynajmniej tak było do czasu, bo ostatnio wreszcie w moje ręce trafił trzeci tom komiksu Lemire’a. Herosi tkwią na farmie już od niepamiętnych czasów, szansa na miłość maleje z każdą mijającą chwilą a rozwiązania problemu jak nie było, tak nie ma. Ale oczywiście czara goryczy któregoś dnia zostaje przelana. Z odsieczą uwięzionym przybywa nowe wcielenia Czarnego Młota – Lucy Weber, będąca córką jego pierwszej inkarnacji. Problem jednak polega na tym, że po chwili Lucy znika, a do listy problemów naszych bohaterów trzeba dodać poszukiwania zaginionej. Jednak są to problemy tylko pozorne, bowiem duża część tomu trzeciego poświęcona zostaje na tułaczkę Panny Weber po przeróżnych wymiarach, w czasie której eksplorujemy kolejny zestaw nawiązań około-komiksowych a pierwotna ekipa zostaje na miejscu celem ciągłego umartwiania się.

I to ciężko mi uznać zarówno za wadę, jak i zaletę. Lucy Weber jest przesympatyczną postacią. Ma głowę na karku, szereg przydatnych umiejętności i stabilny kręgosłup moralny, przez co nie trudno jej kibicować. Sęk w tym, że jedną z największych sił Czarnego Młota jest ta specyficzna menażeria komiksowych karykatur, umiejscowiona pośród wyjątkowo ludzkich problemów. W takim porównaniu nawet najbardziej kochana bohaterka wypadnie nieco blado. Mogę to jednak przyjąć za zaletę, biorąc pod uwagę fakt, że perypetie rezydentów również nie oferują nam zbyt emocjonujących przeżyć. Bohaterowie zdają się być nie tyle zmęczeni swoją dolą, co zwyczajnie pogodzeni z nią, próbując znaleźć chociaż jeden punkt zaczepienia, który da im nieco szczęścia na tym łez padole. I już kto jak kto, ale ekipa z rancza zasługuje na odrobinę radości w tym smutnym jak… mieście. Niemniej jednak, jakkolwiek sadystycznie to nie zabrzmi, nie czytam tego komiksu by patrzeć jak dobrze układa się innym. Wątpię by sielanka trwała w nieskończoność (co klarownie oznajmia sam scenarzysta), ale jednak zbyt duża porcja szczęśliwej stagnacji gryzie się trochę z kosmologiczną perspektywą zagłady wiszącą poza granicami farmy.

Na osobną, krótką uwagę zasługuje zwieńczenie trzeciego tomu, które zdaje się sugerować, że na czas jednego zeszytu Lemire oddał scenariusz w ręce jakiegoś stażysty. Możliwe, że grupa artystów pracująca nad Erą Zagłady uznała, że postmodernistyczne ujęcie tematu przyzwala na sporadyczne lenistwo i stosowanie ogranych już rozwiązań. Choć biorąc pod uwagę rozeznanie autora w medium komiksowym, nie sądzę aby świadomie obrał tak rozczarowujący kierunek. Mam szczerą nadzieję, że ktoś stosuje tutaj podwójny blef, a gdy tylko rozpocznie się czwarty tom wszelkie moje oczekiwania przestaną mieć znaczenie w obliczu ogromu scenariopisarskiej maestrii. Chcę wierzyć.

Jeff Lemire wywołał na mej twarzy zbyt wiele uśmiechów, bym mógł go skreślić przez pojedyncze potknięcie. Era Zagłady to komiks kompetentny, jednak nie zbliżający się nawet do kunsztu swoich poprzedników. Uniwersum Czarnego Młota okazało się niezwykle przepastne, dlatego nie powinien dziwić fakt, że jest w nim miejsce również na kilka oczywistych rozczarowań. Wierzę jednak, że Farma skrywa w sobie o wiele więcej tajemnic, a Colonel Weird jeszcze zdąży coś namieszać pod batutą scenarzysty.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Muminki tom 1

Nie będzie przesadą jeżeli napiszę, że ze wszystkich wieczorynek, które emitowano w trakcie mojego dzieciństwa, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *