PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] X-Men. Punkty zwrotne: Wojna o Mesjasza

[RECENZJA] X-Men. Punkty zwrotne: Wojna o Mesjasza

Po starcie formatu Epic Collection w Polsce, który zapoczątkowały Ostatnie Łowy Kravena ze Spider-Manem w roli głównej, spodziewałem się, że rodzimy oddział Egmontu w dalszej kolejności sięgnie po chronologicznie zebrane edycje dedykowane X-Men. Tak się jednak nie stało. Wydawca obrał inną drogę i zamiast „epików” zdecydował się na linię Milestones, kompilującą najważniejsze historie o mutantach Marvela – kamienie milowe czy, jak kto woli, „Punkty zwrotne”.

Na pierwszy ogień poszedł album z crossoverem pt. Kompleks Mesjasza, na który składały się zeszyty czterech x-menowych serii: Uncanny X-Men, X-Men, New X-Men oraz X-Factor. Co by tu dużo nie mówić o tym komiksie, okazał się może niezbyt przystępną, ale za to bardzo wciągającą lekturą. Miks scenariuszy Eda Brubakera, Mike’a Careya, Craiga Kyle’a, Petera Davida i Christophera Yosta oraz rysunków Chrisa Bachalo, Scota Eatona, Humberto Ramosa, Marca Silvestriego i Billy’ego Tana, umiejętnie równoważył trudną do ogarnięcia niedoświadczonemu czytelnikowi złożoność świata mutantów wartką akcją oraz ciekawym konfliktem. Kompleks Mesjasza stanowił w pewien sposób wariację na temat klasycznej opowieści o wybrańcu (wybrańczyni) oraz etycznego dylematu o cofaniu w się w czasie w celu zabicia małego Hitlera (wiecie o co chodzi – czy moralne byłoby zamordowanie zbrodniarza nim stanie się zbrodniarzem?). Brubaker, David i spółka sprawnie spletli te motywy, czyniąc z tej historii rasowy, trzymający w napięciu komiksowy blockbuster.

Dlatego też nie będzie w tym żadnej fałszywej nuty, gdy przyznam, że z niecierpliwością wypatrywałem sequela zatytułowanego: Wojna o Mesjasza. Poprzednia część sagi o cudownym dziecku – pierwszym mutancie urodzonym po wydarzeniach z kart głośnego Rodu M – nie tyle zakończyła się cliffhangerem, co po prostu dobiła do punktu, który otwierał przed potencjalnymi kontynuacjami szereg interesujących możliwości. Pozostało zacierać ręce i zastanawiać się na ile ich scenarzyści to wykorzystają.

Pierwsza alarmująca lampka pojawiła się, kiedy spojrzałem na listę autorów i przekonałem się, że Brubaker, Carey oraz David nie są zaangażowani w projekt. Za Wojnę o Mesjasza odpowiadać mieli Kyle, Yost i Duane Swierczynski, a zatem – z całym szacunkiem – twórcy o mniej imponującym dorobku. Zespół rysowników także przeszedł rewolucję. Oprawą graficzną zajęli się Mike Choi, Sonia Oback, Dave Wilkins, Ariel Olivetti oraz Clayton Crain – ponownie byli to artyści, którzy nie mogli pochwalić się taką renomą jak, dajmy na to, wspomniani Bachalo czy Silvestri. Wiele wskazywało więc na to, że kontynuacja może być niezbyt przemyślanym odcinaniem kuponów. I faktycznie, intuicja tym razem mnie nie zawiodła.

Wojna o Mesjasza jest oprócz tego tomem nieporównywalnie krótszym, co widać już na pierwszy rzut oka (dwieście czterdzieści osiem stron przy trzystu czterdziestu czterech Kompleksu…), a co potęguje dodatkowo zajrzenie do środka – lwią część materiału stanowią dodatki: akta wywiadowcze, sylwetki postaci… Gdyby „wyjąć” je ze zbioru, właściwej treści zostałoby naprawdę niewiele. Nie było zatem mowy o tym, by fabuła dotknęła tylu kwestii i poruszyła tyle różnych strun, ile pierwszy rozdział cyklu o Hope Summers.

Tak też się dzieje i, co gorsza, autorzy nie oferują nic w zamian. Nie dość, że bez ceregieli wrzucają bohaterów w sam środek akcji, to jeszcze bardzo prędko konfrontują ich z głównym czarnym charakterem tej historii. To z kolei sprawia, że tom, ledwo po jego otwarciu, przechodzi do trzeciego, finałowego aktu. I ciągnie się wtedy niemiłosiernie, bo ileż można oglądać jak kierowane przez Wolverine’a X-Force, Deadpool i Cable próbują pokonać złego klona tego ostatniego, czyli Stryfe’a. Gdzie jakaś podbudowa? Gdzie podstawy konfliktu? Czemu wszystko, co wypracował Kompleks…, Wojna… wyrzuca do kosza i to kosztem nudnego, nawet niespecjalnie interesująco narysowanego łubu dubu?

Omawiany album okazał się więc niestety typowym kiepskim komiksem o mutantach – przekombinowanym, nieprzystępnym, przygniatającym nadmiarem postaci i powiązań, a także starającym się za wszelką cenę oszukać odbiorcę, że obcuje z czymś mądrzejszym niż w rzeczywistości jest. Spore rozczarowanie po Kompleksie. Pozostaje mieć nadzieję, że zamknięcie trylogii pt. X-Men: Punkty zwrotne: Powtórne przyjście zrekompensuje nieudany środek. 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Thor J. Michaela Straczynskiego

Wydany w Dzień Dziecka album zatytułowany po prostu Thor (bez żadnego rozwinięcia, podtytułu czy charakterystycznego …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *