PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] X-Files Volume 2 (18-22)

[RECENZJA] X-Files Volume 2 (18-22)

Drugi zeszyt X-FILES od Checker Book Publishing Group, przynosi ze sobą kolejne niesamowite zagadki, z którymi przyjdzie zmierzyć się dzielnym agentom Scully i Mulderowi. Tom zbiera numery 18-22 serii regularnej od Topps oraz dwie odrębne historie Tiptoe Through the Tulpa, Big Foot, Warm Heart.

Dwuzeszytowe Night Lights przedstawia śledztwo, w trakcie którego agenci zajmują się sprawą grupy naukowców, którzy zniknęli bez śladu wprost ze swojego ośrodka badawczego. Według Muldera, badacze zajmujący się dotychczas wyjaśnieniem pojawiania się „nocnych świateł” na niebie, padli ofiarą tzw. pioruna kulistego, zjawiska atmosferycznego, zachowującego się dużo bardziej nieprzewidywalnie niż zwykłe wyładowanie elektryczne. Fox ustala także, że związek z zaginięciem musi mieć krwawy deszcz, który spadł kilkaset kilometrów dalej. W trakcie dochodzenia, agent musi jednak zrewidować swoje poglądy, a wyjaśnienie zagadki okazuje się dużo bardziej zadziwiające niż z początku mogłoby się wydawać. Wartym uwagi smaczkiem jest nawiązanie do Die Hand Die Verletzt, jednego z odcinków telewizyjnego Archiwum X. To w nim agenci są świadkami deszczu spadających… żab. Nawiązanie to zostało ładnie wplecione w jeden z dialogów. Fajnie było zobaczyć także w akcji Samotnych Strzelców, którzy jak zwykle byli niezwykle pomocni gdy tylko Fox ich potrzebował.

Indianie podobno wierzą, że zrobienie zdjęcia odbiera fotografowanemu cząstkę duszy. A co jeśli jest to coś więcej niż tylko cząstka, co się z nią później dzieje? To są punkty wyjścia dla dwuczęściowego Family Portrait. Gdy zostają odnalezione zmumifikowane zwłoki mężczyzny, Fox i Dana wkraczają do akcji. Ustalają, że z wydarzeniami musi być związany stary aparat fotograficzny, za którym kryje się niebanalna przeszłość. Mulder wpada w dziwną obsesję na punkcie starego urządzenia i dopiero pojawienie się poprzedniego właściciela aparatu pozwala agentom wyjść cało z opresji. Pomimo dość obiecującego początku, historia obiera kierunek, który zdecydowanie nie trafił w mój gust. Tyczy się to zwłaszcza udziwnionych finalnych kadrów.

Czytając The Kanishibari łatwo przypomnieć sobie jeszcze nie tak dawne czasy, gdy azjatyckie horrory święciły triumfy w kinach na całym świecie. Wykorzystywały do tego dość proste środki, ale na tyle skutecznie, że pomimo powielania pewnych schematów, nie pozwalały się nudzić w czasie seansu. W tej historii, gdy agresywna zjawa zaczyna prześladować grupę przyjaciół, do akcji wkraczają agenci z Archiwum X. Dochodzi do serii zgonów i jak ustala Scully podczas autopsji, ofiary nie tyle straciły życie ze względu na obrażenia zewnętrzne, co dosłownie umarły ze strachu. Podobny motyw wykorzystał już Stefan Petrucha w annualu X-Files, ale w przeciwieństwie do niego, w tym przypadku ofiary skrywały mroczny sekret, w wyniku którego ich los niemal od początku jest przesądzony. Okazuje się, że ktoś dotkliwie skrzywdzony odciska pośmiertnie straszliwą zemstę na swoich oprawcach.

Wydanie zawiera także historie Tiptoe Through the Tulpa oraz Big Foot, Warm Heart. Pierwsza z nich opowiada o mściwej istocie, prawdopodobnie będącej wytworem umysłu osoby będącej w śpiączce, która mniej lub bardziej świadomie domaga się sprawiedliwości za stan, w którym się znalazła. Za to Big Foot, Warm Heart traktuje o śledztwie dotyczącym zaginięcia pewnego agenta, co może mieć związek z legendą o Yeti. Co ciekawe Wielka Stopa rzeczywiście się pojawia, ale odgrywa zupełnie inną rolę, niż można by się spodziewać. Uznawana za potwora, okazuje się bardziej ludzka niż wskazywały pozory. Za scenariusz obu historii odpowiadał świetnie znany z pierwszych tomów Stefan Petrucha. W tym przypadku jednak obie sprawy wypadają dość blado. O tyle o ile Tiptoe Through the Tulpa oceniam pozytywnie, to Big Foot, Warm Heart już nie do końca. Historia jest zupełnie „przyziemna”, a Yeti wydaje się być doklejony, aby konwencja się zgadzała. Cóż, widać, że nawet najlepsi mają gorsze chwile.

Pod względem scenariusza drugi tom wypada bardzo przyzwoicie. Zarówno John Rozum, Kevin Anderson jak i Stefan Petrucha, choć w przypadku tego ostatniego pewne zastrzeżenia wymieniłem w akapicie powyżej, nieźle wywiązali się ze swoich obowiązków. Wydaje mi się jednak, że jeśli za tymi poszczególnymi historiami, może nawet nie wszystkimi, stała jakaś ciekawa mitologia, byłoby zdecydowanie lepiej. Jest ciekawie, ale jednak czegoś brakuje. Jeśli zaś chodzi o warstwę wizualną, to podobnie jak zaznaczyłem już przy okazji recenzji VOLUME 1, nadal najbardziej odpowiadają mi rysunki Charliego Adlarda. W tym tomie oprócz tego artysty pojawiły się ponownie prace Gordona Purcella i w sumie mógłbym powtórzyć to, co już pisałem wcześniej. Rysunki Purcella nie pasują mi za bardzo do klimatu X-Files, są po prostu zbyt kolorowe, ale cóż, może się do nich przyzwyczaję. Okładki nadal stanowią świetną ozdobę całości. Miran Kim jest na posterunku, więc trudno się temu dziwić.

Autor: Bartosh

PRZECZYTAJ TAKŻE

[FELIETON] Święta Komiksiarza – Redakcyjne Propozycje Prezentów 2015

Do wigilii pozostało kilka ostatnich dni, czas na szperanie w poszukiwaniu prezentów powoli się kurczy. …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *