PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Wonder Woman Tom 3: Żelazo i Tom 4: Wojna

[RECENZJA] Wonder Woman Tom 3: Żelazo i Tom 4: Wojna

To już trzeci spotkanie z Wonder Woman autorstwa Briana Azzarello, któremu mimo drobnych potknięć udało się zachować poziom. Kolejny tom wypada więcej niż dobrze, dając nam to, czego większość zeszytów spod szyldu Nowe DC Comics nie było w stanie.

Wonder Woman to jedna z najsłynniejszych superbohaterek, a do tego ikona feminizmu, która zajmuje należyte miejsce w panteonie sław na równi z Supermanem czy Batmanem. W Polsce nie udało się jej zdobyć należytego uznania, ale co się dziwić. Komiks w naszym kraju to ciągle niszowa sprawa, której w końcu powinniśmy dać szansę.

To co wyróżnia dzieło autora 100 naboi to nowatorskie podejście do tematu. Zrezygnował z typowych dla gatunku zagrywek, kreując historię rodem z mitologii. Sięgnął po mniej lub bardziej znane bóstwa, ukazał je w całkiem nowej odsłonie, oddając przy tym znane z greckich historii cechy i zachowania. Całość została osadzona na uboczu uniwersum i stroni od bezsensowych w tym przypadku crossoverów.

Żelazo stał się punktem kulminacyjnym historii, która kończy się tak, jak powinna. Twórcy zostawili sobie otwartą furtkę, by dalej móc ciągnąć historię księżniczki Diany, jednak nie przeciągali nadmiernie fabuły. Akcja pełna jest zaskakujących momentów i ma odpowiednie tempo, które nie nudzi, ale jednocześnie pozwala się wczuć w opowieść.

Wszystko zaczyna się dość nietypowo, bo od retrospekcji, której Azzarello poświęcił cały pierwszy zeszyt. Cofamy się kilka lat wstecz, poznajemy tradycję Amazonek, a jednocześnie odkrywamy dość ciekawy wątek z życia naszej bohaterki.

Jak zwykle będę piać z zachwytu nad rysunkami Cliffa Chianga. Jego kreska przyciąga i od razu wpada w oko. Kadrowanie z tomu na tom jest co raz lepsze i pojawia się ta jednostajność, dzięki której bez problemu możemy odróżnić postacie.

Seria Wonder Woman jest najlepszym, co Nowe DC Comics ma nam do zaprezentowania. Diana okazuje się jedną z najciekawszych postaci tego uniwersum. Scenariusz i rysunki są ze sobą kompatybilne, a twórcy zrobili chyba wszystko, co mogli, by oddać w ręce czytelnika dzieło, obok którego nie przejdzie obojętnie. Musicie tego spróbować. Pytanie brzmi, czy kolejny tom utrzymuje poziom?

Odpowiedź brzmi: tak. Wojna jest równie ciekawy jak poprzednie. Cały zespół ewidentnie miał wtedy dobry okres. Może mniej tutaj negocjacji i politycznych zagrywek, a więcej mordobicia, ale takie momenty też są potrzebne. Wtedy zamiast historii doceniamy rysunki, które są co raz lepsze. Dynamizm jest godzien podziwu i najzwyczajniej na świecie zachwyca. Jednak najpierw słowo o fabule.

Najmłodszy syn Zeusa zdecydowanie nie ma i nie będzie miał spokojnego dzieciństwa. Nic dziwnego skoro prawdopodobnie ma w sobie moc, która może zniszczyć cały świat. Bogowie zerkają z panteonu i próbują wszystkiego, by pozbyć się zagrożenia. Wonder Woman i jej mała armia odpierają każdy atak, jednak tym razem sprawy stają co raz bardziej poważne. Do gry wkracza najstarszy syn boga Olimpu, który jest gotowy zrobić wszystko, by zasiąść na tronie.

Może i wprowadzone zmiany zmieniają orign story Wonder Woman, a ona sama nie jest już taka sama, ale to wszystko w moim odczuciu dobrze wpłynęło na tę postać. Dzisiaj odbiorca nie chce ideałów, a krwiste, prawdziwe postacie. Dlaczego tak bardzo czasem chcemy by antagonista wygrał? Bo Ci źli są zazwyczaj ciekawsi. Nie wszystko udałoby się pokazać, bez ograniczenia wiekowego, które ta seria posiada. Jest przemoc, krew i latające flaki… no może bez tych flaków, ale i tak jest całkiem ostro.

No właśnie, jak to jest z Dianą? Co raz bardziej zauważalne jest jak „ta” Diana różni się od pierwowzoru. Jest twarda, nie boi się użyć siły i ponieść emocjom, a jednocześnie ma szereg innych wad. Uwypukla się to w momenci, kiedy do akcji wkracza Orion – niegdyś charakterny i zdecydowany, a przy księżniczce wygląda jak początkujący wój, choć jednocześnie nie sposób nie zwrócić na niego uwagi. Nijak się to ma do postaci wykreowanej przez Jacka Kirby’ego. Ja nie narzekam, zawsze jakieś urozmaicenie.

Jak już pisałam, rysownicy zdecydowanie tym razem stanęli na wysokości zadania i dość wysoko postawili sobie teraz poprzeczkę. Choć prym wiedzie Cliff Chang, pomagający mu Tony Akins i Goran Sudzuka też dają radę. Grafiki są co raz bardziej ujednolicone, szczególnie w porównaniu do pierwszego tomu.

Odczuwam wrażenie jakby od teraz historia miała potoczyć się inaczej. Niektóre wątki zostały domknięte, inne się otworzyły, a motyw główny zostaje ciągle ten sam, jednaj zakończenie pozostawia nienasycenie i pewne pytania, na które ciężko sobie odpowiedzieć.

Oczywiście nie byłoby Wondwr Woman w takiej postaci, gdyby nie bogowie, którzy niewiele różnią się od tych z mitologii Parandowskiego. Choć niektórych bez podpisu nie idzie poznać na pierwszy rzut oka. Wiele osób twierdzi, że te postacie są nietrafione, ale dla mnie są fenomenalne. Dobra, Posejdon nie przypomina tutaj ojca Arielki, tylko stwora morskiego, ale to tym lepiej. Ich wygląd odpowiada ich zachowaniu i temu, czemu patronują. Do tego nie można im odmówić oryginalności, bo choćby Hades jest wizualnie najdziwniejszą postacią, jaką ostatnimi czasy widziałam.

Na końcu oczywiście dodatek w formie concept artów i zarysu scenariusz Azzarello. Ostatnio zwróciłam na nie większą uwagę. Autor nie rozpisuje każdego obrazka, a jedynie daje ogólny zarys. Można nawet powiedzieć, że w żołnierskich słowach opisuje, co ma się wydarzyć na danej planszy. Ciekawy sposób pracy, ale jak widać to działa, bo twórcy zapewne świetnie się dogadują.

Autorka: Misha

AUTOR Partner

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Kosmiczna Odyseja

Mimo przewidywalności jest to całkiem udana lektura, która sama w sobie może też być dobrym wstępem do poznawania światów wykreowanych przez Kirby'ego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *