PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] WKKM Tom 116: Czarna Pantera: Gniew Pantery

[RECENZJA] WKKM Tom 116: Czarna Pantera: Gniew Pantery

Gdy chwyciłem w swe dłonie 116 tom coraz większej kolekcji komiksów Marvela, mimochodem rzuciłem okiem na standardową przedmowę dyrektora wydawniczego Panini w Europie. Ostatni akapit brzmiał: „Ta opowieść jest niemal doskonała pod względem wykonania i z całą pewnością wyprzedzająca swoją epokę […]” O tak, jakbym potrzebował wodolejstwa, wyszedłbym na zewnątrz bez parasola  – pomyślałem. Godzinę później zbierałem już szczękę z podłogi, tym razem nie mijali się z prawdą.

Pierwsza konfrontacja z demonicznym Killmongerem.

Tomik o wzniośle brzmiącym tytule Gniew Pantery zawiera 13 zeszytów solowych przygód T’Challi, opublikowanych w serii Jungle Action w latach 70-tych ubiegłego wieku.

Fabuła oscyluje wokół powrotu króla do Wakandy, z bagażem doświadczeń nabytych w trakcie pobytu za oceanem. Przemianie uległa nie tylko sam bohater, ale i jego królestwo – Wakanda. Część z mieszkańców państwa czuje się odtrącona przez kosmopolitycznego władcę. W ich oczach zyskuje główny villain tego tomu, zuchwale sięgający po koronę watażka o imieniu Killmonger. Atmosferę na dworze podgrzewa dodatkowo fakt, że król wrócił do pałacu nie sam, lecz z przyjaciółką z OBCEGO kraju. Dworzanie którym brak dyscypliny i szacunku obnoszą się z jawną wrogością wobec Moniki nawet w obecności T’Challi. Opowieść jest więc tak skonstruowana, że praktycznie każdy aktor ma w niej coś do udowodnienia. A im postać ważniejsza, tym większy ciężar wyzwania na jej barkach spoczywa.

T’Challa będzie musiał przeprowadzić gruntowne porządki w swym kraju, wykazując się niejednokrotnie w dziedzinach takich jak strategiczne planowanie bitew, łagodzenie sporów, tropienie spisków, czy obrona uciśnionych. Starcie z Killmongerem jest nieuniknione, gdyż przede wszystkim ono dzieli udręczoną krainę od upragnionego pokoju. Jednak na drodze do konfrontacji staje wachlarz jego charyzmatycznych popleczników: supersilna, władająca dzidą Malice, oszpecony entuzjasta jadowitych węży zwany Venomm, oraz animujący zwłoki kapłan voodoo, Baron Macabre. A to zaledwie forpoczta zgrai. Przyznam, że jestem pod wrażeniem pracy scenarzysty. Udało się mu każdego z tych różnorodnych wrogów nakreślić tak ciekawie, mimo ograniczonej liczby stron.

Malice, równie seksowna, co niebezpieczna.

Zresztą to nie jedyna niespodzianka, jaką zaoferował Don McGregor. Muszę się przyznać do kolejnej wstydliwej rzeczy, zdarza mi się omijać wzrokiem kwadratowe dymki narracyjne w startych komiksach. Sparzyłem się wielokrotnie, gdyż zbyt często opisują one to, co się dzieje w kadrze. W Gniewie Pantery jest jednak inaczej. Captiony (prostokątne dymki) służą do prowadzenia sprawnej narracji precyzyjnie podnosząc napięcie. Nie są zapychaczem, lecz harmonijnym uzupełnieniem warstwy dialogowej i wizualnej. Zdarza im się co prawda komentować akcję jednak ich charakter jest drobiazgowo techniczny i przywodzi na myśl styl jakim posługiwał się np. H.P. Lovecraft.

Tłumaczenie Roberta Lipskiego nadaje im dodatkowo wręcz poetyckiego wymiaru. Pozwolę sobie przytoczyć cytat opisu walki z aligatorem:

Łuski stwora mają ostre brzegi, które tną skórę i kostium pantery na krwawe strzępy. Monstrualny ogon chłoszcze z zabójczą wściekłością spieniając wodę i rozbijając widoczne w niej odbicia. To dziwne, ale właśnie w tej chwili obrazy wydają się zadziwiająco klarowne…

Czapki z głów.

Może to powodować „dysonans poznawczy”, ale Afryka, to nie tylko ukrop.

Nie raz zdarzyło się, że komiks ze słabą oprawą graficzną zrobił ogromną karierę. Tu jednak nie ma na co narzekać. Za ilustracje odpowiada kilka osób, lecz czuć, iż każda kolejna starała się nawiązać stylistycznie do poprzednika i przejścia między nimi nie są dramą dla oczu. Na pochwałę zasługują poprawne anatomicznie rysunki ludzi i zwierząt, egzotyczna tętniąca afryką architektura Wakandy, rysunki zamknięte w drobnych kadrach, potęgujące dynamikę akcji, czy monochromatyczne fragmenty panelu strony (zwykle jakaś postać) podkreślające jej wagę. Stylistyka nie dość, że wyprzedzająca swoje czasy, to jeszcze – nie wiedzieć czemu – dawno nieużywana.

Monica – Stranger in Africa

Komiks dziki, brutalny, często rzygający z kadrów płynami ustrojowymi prosto w oczy czytelnika. Inspirowany zapewne po części krwawymi wydarzeniami z historii afryki. Homecoming T’Challi stał się na przestrzeni jego kart pretekstem do rozważań na temat kondycji ludzkiej moralności, siły sprawczej zabobonów wrytych w ludzką psychikę. Niezłomności jednostki wobec dominujących rządów terroru zła, które zawsze oferuje łatwiejszą drogę do osiągnięcia celu. Komiks ten jest proporcjonalnie gęsty do poruszanej przez niego tematyki. Czyta się go długo i z ciężkim (zważywszy na duszną atmosferę) oddechem. Jednak będzie to dla Was niezapomniane safari. Jedna z najlepszych pozycji wydanych w ramach WKKM.

AUTOR LoboPrime

"There's no flesh and blood within this cloak to kill. There is only an idea. And ideas are bulletproof."

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Spider-Man Podejmuje Walkę

Często bywa tak, że powstająca na bazie popularności danego dzieła kontynuacja, jest znacznie słabsza. To …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *