PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Wieczne Zło: Wojna w Arkham

[RECENZJA] Wieczne Zło: Wojna w Arkham

W różnorodnym katalogu tomów zbiorczych wydawnictwa Egmont debiutuje miniseria Wojna w Arkham, przybliżającą wydarzenia z niesławnego miasta Gotham dziejące się w trakcie komiksowego eventu zatytułowanego Wieczne Zło. Scenarzysta Peter J. Tomasi, ceniony za udział w tworzeniu takich tytułów DC Comics jak Green Lantern i Batman, we współpracy z licznymi rysownikami i kolorystami jak Scott Eaton czy Jaime Mendoza, udowadnia, że miasto, które przez dziesięciolecia poddawane było bezlitosnym atakom, tym razem ugnie się pod strumieniem katastrofalnych zdarzeń. Zdarzeń, które ilością i jakością przyćmiewają niektóre obszerniejsze tytuły – szczególnie jak na sześcionumerowy dodatek do głównej historii.

Z pierwszymi stronami wita nas trzęsienie ziemi, Batman znika, przypuszczalnie zginął. Na ulicach panoszy się zło i występek w najrozmaitszych formach, bo przestępcy zdali sobie sprawę, że miasta nie obroni samozwańczy strażnik w pelerynie. Policja szybko traci kontrolę nad sytuacją i pilnie potrzebuje pomocy, żadne zaskoczenie. Co ważniejsi wrogowie Nietoperza wolą tkać sieć intryg poza światłem reflektorów, w najgłębszych cieniach i kryjówkach, obserwując chaos na powierzchni w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Wierzą, że to oni pociągają za sznurki, a każdy element układanki Gotham ułoży się według ich woli. Liczy się siła pięści i brak uznania dla kodeksów moralnych.
Brzmi znajomo? Tomasi korzysta z obieranego już wcześniej motywu zniknięcia Batmana ze sceny, który tylko podkreśla wartość jego roli w utrzymywaniu resztek normalności w Gotham. Nieistotne, że robi to, biegając po dachach w stroju latającego ssaka.

Taki schemat idealnie pasuje do postawienia na pierwszym planie najbardziej rozpoznawalnych złoczyńców w historii komiksu, których dzielą różnice światopoglądowe, a łączy smykałka do zawiązywania wątpliwych sojuszy, umów biznesowych o atomowym polu rażenia oraz wieczny głód władzy – istna samowolka w pędzie o „najwyższe honory” Gotham.

W mojej ocenie to najmocniejszy punkt Wojny w Arkham. Od zawsze uwielbiałam psychologiczne aspekty uniwersum Batmana, począwszy od jego rozterek wewnętrznych, po często niekontrolowane i szaleńcze wywody jego przeciwników.

Główne skrzypce w historii gra, o dziwo, Bane, którego nie znaleźlibyście w top 5 moich ulubionych przeciwników Batmana. Wiem, że nie zawsze był przedstawiany jako naszprycowany i agresywny zapaśnik, zanurzony w morzu stereotypów oraz uproszczeń. Gdy trafiał pod rękę dobrego pisarza, wychodził na jaw jego nieprzejednany spryt i umysł stratega, którego zahartował wieloletni pobyt w więzieniu na wyspie Santa Prisca. W Wojnie w Arkham można zaobserwować połączenie tych dwóch wizerunków, bowiem oprócz paru brutalnych scen zabójstw, większość czasu Bane spędza na ucieczce z Santa Prisca, gromadzeniu armii, wygłaszaniu głębokich przemów oraz walce o prymat z uciekinierami z Arkham takimi jak: Killer Croc, Pingwin czy Scarecrow.

Wreszcie ma szansę na całkowite opanowanie miasta. Brak etatowego obrońcy w pelerynie pozostawia Gotham na łasce Bane’a, który jest zdeterminowany jak nigdy wcześniej, by osiągnąć zamierzony cel. Świadczy o tym chociażby współpraca z czołowym Szponem Trybunału Sów, Williamem Cobbem, który, tak się składa, jest jedyną żyjącą rodziną pewnego członka Bat-drużyny…

Bane przywdziewa specjalnie wykutą zbroję, przypominającą nieco mechanizm „Batbustera” z Dark Knight Returns, by „zagrać” rolę przerażającego Nietoperza przed światem przestępczym Gotham.

Dlaczego cała mini-seria ma w tytule słowo „wojna”? Dlatego, że działania złoczyńców Gotham doprowadzają do wielkiej bitwy pomiędzy zbiegami z Arkham oraz Blackgate z doskonale wyekwipowanymi żołnierzami Bane’a. Interesująca jest zażartość, z jaką poszczególni pacjenci zakładu psychiatrycznego bronią swoich terytoriów, nie brakuje gorliwych oświadczeń w rodzaju „To nasze miasto!”. Uważają, że nowy porządek jest im należny za wszystkie lata, kiedy ich próby opanowania miasta były ustawicznie udaremniane przez Batmana.

W tym miejscu muszę zaznaczyć, że nie wszystkie postaci są pisane zgodnie z ich dotychczasową charakterystyką czy też „zgodnie z kanonem”. W Arkham War pojawia się kilka odstępstw: Mr. Freeze używający wulgarnego języka, Zsasz i Mad Hatter mocno osadzeni w rzeczywistości i orientujący się w prawidłach otaczającego ich świata, Man-Bat zainteresowany aktywnością przestępczą… Ale nie będę brnąć dalej, bo jeszcze zdradzę wszystkie apetyczne smaczki tej historii, odbierając Wam radość z lektury.

Pominąwszy pierwszy numer, Eaton wraz z kolorystami pozwala nam odczuć surowość oraz gęstość atmosfery swoich rysunków, aczkolwiek nie obyło się bez okazjonalnych, przesadzonych atrybutów fizycznych postaci. Na uwagę zasługują również rewelacyjne okładki Jasona Faboka – każda wzbudza w czytelniku podziw albo refleksję nad zastosowaną symboliką. Gotham zazwyczaj było przedstawiane jako miejsce skąpane w ponurych barwach przez większość roku, także ze względu na pogodę i częste opady deszczu. W Wojnie nie zerwano z tą kolorystyką, jednak pojawia się mocna gra kontrastu pomiędzy głęboką czernią miasta a intensywną czerwienią, fioletem czy tonami pomarańczowymi.

Nawet poczciwy Gordon, siedzący na czatach z nową panią detektyw Pierce, komentuje, że jest jeszcze ciemniej niż zwykle. Komentarz ten jest ściśle powiązany z fabułą Wojny w Arkham. W absencji Batmana to właśnie Gordon pełni funkcję strażnika dobra, nie tylko z powodu podjęcia kilku heroicznych (jednocześnie ryzykownych) decyzji, ale też dzięki niemu czytelnik może dostrzec bardziej optymistyczne i jaśniejsze oblicze miasta. Lekkość i fala pozytywnej energii unosi postać Gordona aż do ostatniej strony, pomimo tego, iż był świadkiem strasznych scen rozgrywających się za oknami furgonetki czy też w więzieniu Blackgate. Jest to dodatkowy powód do przyznania mu statusu jednej z najważniejszych pobocznych postaci w komiksach o Mrocznym Rycerzu.

Warto przygotować się na kilkanaście stron spływających krwią, szaleństwem i przechwałkami przestępców Gotham, co może skutkować znużeniem w okolicach czwartego numeru, jednak finał historii rekompensuje jakikolwiek dyskomfort. Akt końcowy Wojny w Arkham, zatytułowany Czarny Świt, przyspiesza bieg wydarzeń o 1500% i sprawia, że trudno oderwać oko od ociekających akcją plansz.
Nie zamierzam opisywać wszystkiego kadr po kadrze, ale nie dość, że poznajemy absurdalny plan awaryjny Scarecrowa i jesteśmy świadkami jego realizacji, Bane ma ponownie niesamowitą okazję, by przekonać niedowiarków, że może być kompetentnym przeciwnikiem, to jeszcze w całkiem intrygujący sposób przedstawiono powrót Batmana do Gotham, a zwłaszcza rozprawienie się z głównym problemem, czyli destrukcyjną obecnością Bane’a. Szkoda tylko, że akcja w środku tomu zwolniła tempo i nie było więcej takich rozwiązań fabularnych jak w Czarnym świcie. Opowieść wiele by zyskała, gdyby zmniejszyć liczbę stron przeznaczonych na ukazanie scen porachunków wewnątrz światka przestępczego, na rzecz kilku drobnych plot twistów. Jeśli jednak jesteście fanami bijatyk i dowodów fałszywej omnipotencji złoczyńców w uniwersum Batmana, jest to dodatkowy powód do sięgnięcia po nowy komiks w katalogu Egmontu.

Czy trzeba najpierw przeczytać główną historię przed sięgnięciem po ten tytuł? Do wyboru są dwie opcje – nie trzeba, ale można wygooglować streszczenie Wiecznego Zła. Czy nie odbierze nam to jednak całej frajdy? Prawda, bez znajomości kontekstu możemy być mocno zdezorientowani już po pierwszych stronach Wojny w Arkham, pytając samych siebie ”Jaka jest przyczyna nieobecności Batmana?” albo „Czemu nie mija zaćmienie słońca?”. Nie natraficie jednak na dużą ilość odniesień do głównej historii, więc bez obaw o spoilery.

W mojej – i wyłącznie mojej – opinii jest to seria przeznaczona głównie dla osób uznających przeciwników Batmana za demoniczną trupę najbarwniejszych indywiduów pod komiksowym słońcem. Dla czytelników, którzy lubią rozpracowywać ich tok myślenia. Wydaje mi się, że ci, którzy nieraz się zastanawiali nad pytaniem „Co, gdyby w ogóle nie było Batmana w Gotham?”, dostaną cząstkową odpowiedź w tym tomie.

Często krucjata Nietoperza sprawia wrażenie bezcelowej walki z wiatrakami, po części przez jego własny kodeks moralny, ale jak pokazuje Wojna w Arkham, w interesie wszystkich mieszkańców jest to, by nigdy nie zniknął na dobre. Historia jest pikantna i fascynująca (szczególnie finał), choć pozostało uczucie niedosytu i wrażenie niewykorzystanego potencjału, jaki się za nią krył. Jeżeli odsuniemy na bok parę nieścisłości i błędów, cieszy mnie, że na pierwszym planie znaleźli się przeciwnicy do tej pory pojawiający się w drugoplanowych lub epizodycznych rolach. Pozycja obowiązkowa dla czytelników Wiecznego Zła, to nie ulega żadnych wątpliwości.

Autorka: Moose

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Thor J. Michaela Straczynskiego

Wydany w Dzień Dziecka album zatytułowany po prostu Thor (bez żadnego rozwinięcia, podtytułu czy charakterystycznego …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *