PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Voltron: The Legendary Defender

[RECENZJA] Voltron: The Legendary Defender

Dzięki pojawieniu się Netflixa w Polsce, zyskaliśmy dostęp do wielu interesujących filmów i seriali. Ważną ich częścią jest oferta Netflix Originals, których większość (między innymi seriale MCU) możemy oglądać w naszym kraju. Wśród nielicznych wyjątków znajduje się serial animowany Voltron: the Legendary Defender, który niedawno miał premierę swego 3 sezonu. Czy jednak jest czego żałować i czy warto rozglądać się za tym tytułem, kiedy nadarzy się okazja?

Przypomnijmy, Netflixowy Voltron jest rebootem popularnej w Stanach Zjednoczonych kreskówki z lat 80. Warto wspomnieć, że ówczesny Voltron korzystał z (mocno przyciętej i przemontowanej) animacji powstałej na potrzeby japońskiej produkcji Beast King GoLion, od której różnił się jednak także dialogami, nazwami własnymi, a nawet pewnymi elementami fabuły. Za najnowszą produkcję DreamWorks odpowiedzialni są showrunnerzy Joaquim Dos Santos i Lauren Montgomery, którzy pracowali już nad oboma Avatarami. Jako, że seria jest rebootem, nie trzeba się przejmować brakiem znajomości materiału źródłowego i jego pokręconej historii. Nadmienię tu w ramach ciekawostki, iż Voltron Netflixa hojnie korzysta z nazw własnych i elementów obu wersji – japońskiej i amerykańskiej.

Sama fabuła koncentruje się na piątce bohaterów. W wyniku splotu wydarzeń Shiro, Lance, Keith, Hunk i Pidge znajdują robota – Niebieskiego Lwa. Wkrótce okazuje się, że jest on jednym z pięciu lwów tworzących tytułowego Voltrona – najpotężniejszą broń we wszechświecie. Bohaterowie ruszają na poszukiwanie pozostałych, rozproszonych po wszechświecie Lwów, żeby zostać kierującymi nimi Paladynami i uformować Voltrona, który jako jedyny może pokonać panoszące się po wszechświecie imperium Galra, rządzone przez okrutnego (rzecz jasna) Zarkona. Nietrudno się jednak domyślić, że pięcioro wiedzionych silnymi antypatiami nastolatków nie ma najmniejszej ochoty na niezbędną do wypełnienia misji współpracę.

Jak widać, serial (przynajmniej z początku) opowiada bardzo klasyczną, przygodową historię. Jednak robi to z wielką gracją, sprawiając, że śledzenie perypetii nastolatków w kosmosie to czysta przyjemność. Dużą rolę odgrywają w tym same postaci. Każdy z paladynów z początku jest bardzo archetypiczną postacią – Keith to buntowniczy samotnik, Lance jest sypiącym dowcipami jak z rękawa podrywaczem, Pidge zaś pełni rolę młodocianego komputerowego geniusza. Shiro to Space Dad, a inżynier Hunk przejawia talent kulinarny i bardzo poważnie traktuje temat jedzenia. Bohaterowie ewoluują wraz z tokiem fabuły, w pierwszym sezonie poznajemy przede wszystkim motywacje i historię Pidge (oraz do pewnego stopnia Shiro), w drugim centralną postacią staje się Keith, a w trzecim możemy zaobserwować parę ciekawych zmian, przede wszystkim w charakterze Lance’a i księżniczki Allury.

Wszystko to przyozdobione jest żywymi i naturalnymi dialogami. Zostają one odegrane (przynajmniej w wersji oryginalnej) przez naprawdę zdolnych aktorów dubbingowych, nadających postaciom jeszcze więcej charakteru i uroku. Moją ulubienicą jest Kimberly Brooks jako księżniczka Allura, ale na pochwałę zasługują też między innymi Jeremy Shada, nadający Lance’owi zadziorności, czy Bex Taylor-Claus, której Pidge zyskuje sporo młodzieńczego uroku.

Jeżeli chodzi o pacing, pierwszy sezon podąża za bardzo klasyczną narracją i tempem snucia opowieści. Drugi jest znacznie bardziej chaotyczny (rzekłabym, że jego konstrukcja i tempo stanowią jedną z większych wad całego serialu), ale oglądanie trzeciego to czysta przyjemność. Pojawia się w nim nowy, naprawdę groźny i poważny przeciwnik dla Paladynów (książę Lotor), a mitologia świata przedstawionego zostaje bardzo rozbudowana. Przez 7 odcinków utrzymuje się bardzo dobre tempo, choć warto nadmienić, że struktura tego krótszego sezonu bardziej przypomina “połowę”, z ostatnim odcinkiem odgrywającym rolę tak zwanego „mid-season finale”. Jednak na czwarty sezon będziemy czekać tylko do października.

Ponieważ Voltron to serial animowany, to nie da się nie wspomnieć o kresce i animacji. Choć jest to dzieło DreamWorks, to nietrudno się domyślić, że reboot anime zrobiony przez twórców Avatara będzie inspirować się stylem animacji z kraju kwitnącej wiśni. Jest to najbardziej widoczne w designie postaci, zwłaszcza ich twarzy, które szczęśliwie jednak unikają „syndromu klona”. Wpływy anime są też widoczne w samej animacji naszych bohaterów, którzy (zwłaszcza w momentach humorystycznych) eksponują bardzo ekspresywną mimikę (trochę przywodzące czasem na myśl pojawiającą się w anime stylistykę chibi). Nie zmienia to jednak faktu, że w sumie wszystko jest ładnie narysowane, a Paladyni i cała reszta kosmicznej ferajny od razu budzą sympatię.

Inną kwestia jest sam Voltron, zarówno on, jak i tworzące go lwy zostały wygenerowane za pomocą grafiki trójwymiarowej. Nie od dziś wiadomo, że wplatanie trójwymiarowych efektów w dwuwymiarowe animacje jest podchwytliwym procesem, na którym można się nieźle wyłożyć. Szczęśliwie jednak twórcy Voltrona unikają tej pułapki, a sceny bitewne naprawdę nieźle się ogląda (tak jak i samą sekwencję transformacji Voltrona, która nie znudziła mi się nawet po zobaczeniu jej kilkanaście razy).

Po lekturze tego tekstu nietrudno się domyślić, że netflixowa zgraja nastolatków pilotujących mechy bardzo szybko skradła moje serce. Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko polecić Wam serial. Powinien on przypaść do gustu zarówno (nieco starszym) dzieciom, jak i młodym duchem dorosłym, którzy nie mają nic przeciwko przygodzie w kosmosie. Nie mam tu na myśli tego, że serial jest infantylny, wręcz przeciwnie. Twórcom Avatara udało się stworzyć historię na poziomie, dla widzów w każdym wieku. Jeśli więc nadarzy Wam się okazja, żeby móc obejrzeć Voltrona (np podczas zagranicznych wojaży), to warto z niej skorzystać!

AUTOR Śledź

Przedstawicielka młodego pokolenia Panteonu, niepoprawna fanka Young Avengers i WicDiva, zaczytująca się w pozycjach Image Comics. Rasowy nerd, human z informatyki, człowiek-mem.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Marvel’s The Punisher

Wieczna wojna Kiedy Frank Castle pojawił się po raz pierwszy w serialu Daredevil fani komiksów zamarli. To …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *