PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Victorian Undead

[RECENZJA] Victorian Undead

Sherlock Holmes do niedawna (a konkretniej do premiery filmu Guya Ritchiego) kojarzył się z gładką, gentlemeńską rozrywką dla skrajnych nudziarzy, lubujących się w wysłuchiwaniu przedramatyzowanych podsumowań, pretensjonalnych zbrodni. Mnie, jako czytelnikowi dzieł sir. Arthura Conan Doyle’a oraz miłośnikowi powstałych na podstawie opowiadań seriali, Sherlock zawsze jawił się jako prawdziwy bohater.

Dynamiczny, sprytny detektyw chętnie korzystający ze swoich ponadprzeciętnych analitycznych zdolności, często z rewolwerem u pasa sam wkraczał do akcji, starając się za wszelką cenę wyprzedzić złoczyńcę, nim ten podejmie kolejny, łajdacki krok. Proza Conan Doyle’a jest zgrabna i przystępna, a jego wizja (niepozbawionego skaz) heroizmu niesłychanie wciągająca. Zachęcam, abyście prawdziwość mych słów przetestowali sami, sięgnijcie koniecznie po oryginalne opowiadania.

Umieszczanie Sherlocka w paranormalnych tarapatach jest praktyką jak najbardziej uzasadnioną. A.C.D. był bowiem zapalonym spirytystą, głęboko przekonanym o realnym wpływie ezoteryki na otaczający nas świat. Tajemnica, mistycyzm i paranaukowe klimaty były wyraźnie obecne w dziełach autora oraz w wielu powstałych na przestrzeni lat adaptacjach – serialach, komiksach a nawet grach video.

Sam pomysł starcia Holmesa z żywymi trupami nie powinien być faktem oburzającym fanów. Przeciwnie – stawianie bohaterów wiktoriańskiej literatury w obliczu nietypowych problemów jest pomysłem całkiem atrakcyjnym. Sherlock jest przecież postacią nie tylko ponadprzeciętnie inteligentną, ale również dynamiczną, skłonną do bezpośredniego uczestnictwa w sytuacjach wymagających użycia pięści lub broni palnej. Odpowiednio przedstawiony przez scenarzystę będzie ozdobą każdego medium.

Moda na zombiaki nie… umrze, dopóki istnieją na tym padole patenty, które nie zostały jeszcze nią dotknięte. Tak jak religia daje ludziom nadzieję na wieczną egzystencję, tak wizja żywej śmierci budzi w nich fascynację, strach i zgorszenie. Umieranie i związane z nim procesy są tematem uniwersalnym, nieuchronnym, dotykającym nas wszystkich, a tym samym łatwym do przekształcenia w cyferki na bankowym koncie. Nie będę rozstrzygał, czy to źle, czy dobrze. Mam za to kilka uwag, dotyczących schlebiającego tym skłonnościom komiksu – Victorian Undead Iana Edgintona i Davidea Fabbriego.

Chcąc znaleźć punkt odniesienia dla tego komiksowego wytworu, zadałem sobie naiwne pytanie: Do której z wcześniejszych popkulturowych adaptacji upodobnił się Holmes WIldstormu…? Sherlock w VU jest wysokim, „gładkim”, uporządkowanym facetem, niezależnie od okoliczności pozostającym w roli opanowanego analityka. Niestety jego osobowość operuje na najprostszym, dotyczącym genialnego detektywa, stereotypie wiktoriańskiego gentlemana, za wszelką cenę trzymającego się pompatycznych schematów. Daleko mu do najciekawszych, powstałych wcześniej wizji tej postaci. Szczęśliwie zawarte w scenariuszu zwroty akcji skutecznie mobilizują go do działania.

Warto wspomnieć, że w komiksie wykorzystano wiele charakterystycznych dla serii postaci. Poznamy oczywiście nowego Doktora Watsona oraz brata HolmesaMycrofta, a także (uwaga, niezbyt zaskakujący spojler) odwiecznego wroga protagonisty – geniusza zbrodni – profesora Moriartyego (możecie czytać dalej). Wszyscy wymienieni bohaterowie oscylują w granicach stereotypu. Kompletnie niepodpartego prozą wyobrażenia o pierwowzorze. Apokalipsa natomiast, szaleje aż miło, i co ciekawe, nie udaje się plagi żywych trupów stłumić w zarodku. W kulminacyjnych scenach tragedii potwory podchodzą pod sam zadarty nos królowej Wiktorii, beztrosko kpiąc z majestatu wyspiarskiego mocarstwa.

Skoro pojawia się czołowy detektyw złotej ery kryminału, musi więc też istnieć zagadka godna uwagi tej ikonicznej postaci. Cóż, szare komórki Sherlocka nie napracowały się w tym wydawnictwie. Tak naprawdę, głównym dylematem tomiku jest tajemnica związana z wyjściowym założeniem serii – czyli plagą nieumarłych. Zielona (a jakże!) kometa przelatuje nad 19-sto wiecznym Londynem. Mieszkańcy z zachwytem podziwiają nietuzinkowe zjawisko, nie przypuszczając, jak koszmarne będą jego konsekwencje.

Rzecz jasna, zmarli powstają z grobów w poszukiwaniu tętniących życiem ofiar. Jednak zanim plaga przybiera drastyczne wymiary, rząd przeprowadza stanowczą akcję – niszczy nieumarłych oraz wszelkie dowody ich istnienia. Ale to jeszcze nie koniec dramatu. Po kilkudziesięciu latach zombie ponownie pukają do drzwi bojaźliwych mieszczan. Czy są to tylko niedobitki masakry z przeszłości, czy też może złowrogi umysł, dyryguje przerażającą mocą? Konieczność odpowiedzi na te pytania spoczywa na barkach Holmesa, przy czym nie tylko truposze stają na drodze wielkiego detektywa. Fabbri postanowił podkreślić nieco industrialnego ducha epoki Wiktoriańskiej i wrzucił do komiksowej mikstury udające ludzi androidy…

Graficznie album jest konsekwentny. Od pierwszej do ostatniej strony widzimy spójną, dobrze dopasowaną do treści kreskę. Przy ilustrowaniu wypełnionego zombie scenariusza w grę wchodzą dwa skrajne podejścia, „na straszno” i „na śmieszno”.  Fabbri wyraźnie szukał między nimi kompromisu. Rysunki nie popadają przesadnie w mroczne klimaty – dominują jaskrawe kolory i uproszczone rysy twarzy. Jednak, pomimo tego, truposze prezentują się dość upiornie, a spotkanie z nimi nie przypomina spaceru wieśniaczki miotającej płatkami róży w kierunku bezchmurnego nieba. Sielanki tu nie zaznacie, makabra w komiksie jest jak najbardziej obecna. I bardzo dobrze, nie przypuszczam, aby czytelnik decydujący się na zakup Wiktoriańskich Nieumarłych liczył na łagodne traktowanie aparatu wzroku.

Czy można było ten patent wykorzystać lepiej? Pewnie tak. Wyobrażam sobie ciekawą paranormalną zagadkę, która wystawi na próbę talenty Holmesa, nie pomijając przy okazji z atmosfery dusznego, londyńskiego kryminału. Jednak VU nie zasługuje również na równanie z brukiem. Z każdym kolejnym rozdziałem tomik nabiera tempa, a sztywne, ugrzecznione dialogi przestają drażnić. Co zaskakujące, po odłożeniu wydawnictwa na półkę, byłem z lektury nawet zadowolony (a początkowo na to się nie zanosiło). Zombiaki zawodzą na szczęście tylko werbalnie. W kategorii „czysta rozrywka” Victorian Undead spokojnie zasługuje na 3+. Jestem pewien, że fani super-bohaterskich historii przeczytają ów komiks z olbrzymią przyjemnością.

Tekst powstał w oparciu o amerykańskie wydanie zbiorcze (TP), opublikowane przez (aktualnie wcielone do DC) wydawnictwo Wildstorm.

AUTOR RWilczur

Alkohol i tytoń spływa po mnie gładko, ale komiks ściska za gardło tym mocniej, im dłużej od niego stronię. A konsekwencje zażywania wspomnianego cholerstwa są straszne, okulary na długim nosie oraz siwiejąca w zastraszającym tempie broda. Jak żyć, powiedzcie sami? Otóż jest z sytuacji pewne - całkiem przyjemne - wyjście. Ukojenie daje klepnięcie na wygodnym leżaku i zamoczenie jednej kończyny w wartkiej rzeczce polskiego fandomu komiksowego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *