PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Velvet tom 3: Człowiek, który ukradł świat

[RECENZJA] Velvet tom 3: Człowiek, który ukradł świat

Pora zamknąć na Panteonie rozdział pt. Velvet i zrecenzować ostatni tom serii autorstwa Eda Brubakera oraz Steve’a Eptinga. Jak na razie nic nie wskazuje, żeby w planach były jakiekolwiek kontynuacje, czy też spin-offy, a zatem Człowieka, który ukradł świat należy potraktować jako definitywne pożegnanie z tym komiksem. A czy zarazem godne? Zapraszam do zapoznania się z moją opinią.

To, na co najpierw chciałbym zwrócić uwagę i co w zasadzie nijak nie wpływa na lekturę, to sam tytuł. Czyż nie brzmi on fantastycznie? Człowiek, który ukradł świat przywodzi mi od razu na myśl te przeładowane pastiszem filmy o Jamesie Bondzie z Pierce’em Brosnanem w roli głównej albo niektóre z produkcji z nieodżałowanym Rogerem Moore’em. Śmiało można postawić go obok takich przykładów kreatywności jak Szpieg, który mnie kochał czy też Jutro nie umiera nigdy. To jeden z tych tytułów, które od razu zapadają w pamięć i pozytywnie nakręcają jeszcze przed rozpoczęciem czytania. Jasne, jest kiczowaty i górnolotny, ale przy tym doskonale trafia w oldschoolowe tony.

Po tej krótkiej dygresji, którą po prostu musiałem z siebie wyrzucić, mogę z czystym sumieniem przejść do właściwej recenzji komiksu. Wszak nie omawiam tu tylko tytułu, a cały zbiór, zawierający pięć ostatnich zeszytów serii. Niestety… Tak jak drugi tom odrobinę ostudził mój entuzjazm odnośnie Velvet, tak trzeci poniekąd dokończył dzieła.

Wydana przez Muchę trylogia o przygodach agentki Templeton pozornie utrzymywała się na niezłym poziomie aż do samego finału. Mimo że dostrzegam wady tej pozycji, nie byłbym wobec niej w pełni sprawiedliwy, gdybym nazwał ją niewartą uwagi bądź słabą. Uważam, że to pod wieloma względami bardzo przyzwoity komiks. Sęk w tym, że część pierwsza naprawdę wysoko zawiesiła poprzeczkę. Złożyła mi obietnicę, której nie potrafiła dotrzymać. Rozwiązanie wszystkich wątków, zamiast dać satysfakcję, zostawiło mnie z poczuciem, że w tym koncepcie tkwił znacznie większy potencjał.

Co więc nie wyszło? Jak łatwo się domyślić, zakończenie nie sprostało oczekiwaniom. Mówimy tu przecież o serii, która opierała się na swojej intrydze. Myliła tropy, stale wprowadzała do historii kolejne postacie i kazała bohaterom szukać odpowiedzi w przeróżnych zakątkach świata. W przypadku takiej formuły łatwo o to, żeby na ostatniej prostej się potknąć. Brubaker pogubił się w tej złożonej fabule, pewne wątki jakby uciął, a niektóre przyspieszył. Mam nieodparte wrażenie, że zwyczajnie za szybko zgotował nam finał. Z drugiej zaś strony obawiam się, że obrana konwencja nie sprawdziłaby się na dłuższą metę. Patowa sytuacja.

To, co najbardziej zabolało mnie w trzecim tomie to fakt, że całe to śledzenie intrygi okazało się w zasadzie na nic. Scenarzysta ostatecznie i tak nie pozwala nam samodzielnie połączyć poszczególnych elementów układanki. Velvet rozwiązuje bowiem zagadkę niemal zupełnie bez naszego udziału. Niejako robi to za plecami czytelnika, przez co ten uzyskuje wyjaśnienia dopiero wtedy, kiedy jest już właściwie po wszystkim. Nie dość, że nie przebiega to w pełni naturalnie, to dodatkowo odbiera sporo frajdy.

Odpowiedź na pytanie kto w ARC-7 jest zdrajcą nie należy przy tym do wyjątkowo zaskakujących. Brubaker, pomimo że wmieszał w fabułę sporo bohaterów drugoplanowych, tak naprawdę tylko kilku z nich rzeczywiście rozwinął. Już samo to było pewnego rodzaju wskazówką. Jedyną większą niespodzianką, jaką funduje nam trzeci tom, pozostaje zatem fakt, iż scenarzysta znalazł w tej intrydze miejsce dla ważnej postaci historycznej. Jakiej? Tego oczywiście nie zdradzę.

Ponadto dochodzę do wniosku, że prolog pierwszego tomu sugerował nam kompletnie inną historię niż ta jaką finalnie otrzymaliśmy. Nie widzę w tym jednak sprytnego mylenia tropów, o którym wspominałem już wyżej. Powiedziałbym raczej, że początek U kresu po przeczytaniu całości staje się… dość zbędny.

Nie ukrywam, że w ogólnym rozrachunku scenariusz Velvet trochę mnie rozczarował. Im bliżej byłem końca lektury, tym mniej angażowała mnie fabuła. Narracja, która w poprzednich tomach zgrabnie budowała nastrój, tutaj zaczyna nużyć, a każde kolejne przemyślenia agentów zdają się coraz bardziej wtórne. Szpiedzy za mało się od siebie różnią, przez co ich refleksje brzmią w zasadzie identycznie. Żaden z nich, naturalnie poza protagonistką, nie jest na tyle charakterystyczny, żeby zaintrygować czytelnika.

Człowiek, który ukradł świat zawodzi w warstwie scenariuszowej, ale pod względem rysunków wzbija się na swoje wyżyny. Ilustracje Steve’a Eptinga już wcześniej były niesamowite i stanowiły gigantyczny atut serii, ale czuję, że to właśnie w tej części wypadają one najlepiej. Łatwo dostrzec, że w ostatnich zeszytach artysta coraz śmielej zaczął korzystać z możliwości jakie niesie ze sobą ulokowanie akcji w latach 70. Kolorystka Elizabeth Breitweiser także pozwala sobie na prawdziwe szaleństwa i stosuje zapierającą dech w piersiach paletę barw. Wizualnie Velvet pozostaje prawdziwą perełką.

Nie żałuję, że przeczytałem tę serię, ale nie mogę też napisać, że trafiła w moje gusta. Miała momenty, w których potrafiła mnie uwieść, ale z czasem to, co czyniło ją w moich oczach ciekawą gdzieś uleciało. To, co pozostało to po prostu porządny komiks. Nic więcej.

Recenzja pierwszego tomu Velvet
Recenzja drugiego tomu Velvet
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Mucha Comics!

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Infidel

Za dużo było już wyśmienitych horrorów poruszających istotne kwestie społeczne, żeby nie zauważyć tej prostej …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *