PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [Recenzja] Uniwersum DC według Mike’a Mignoli

[Recenzja] Uniwersum DC według Mike’a Mignoli

Najpierw dzięki Egmontowi a później za sprawą innych wydawców (Scream, KBOOM czy Non Stop Comics) mogliśmy poznać Mignolę jako artystę ukształtowanego. Wciąż się rozwijającego, lecz jednocześnie mającego już za sobą poszukiwanie własnej drogi. Teraz zaś powracamy do źródeł, bowiem w nasze ręce trafił album, który spokojnie mógłby nosić nazwę The Making Of Mike Mignola.

Zapoznawanie się z pracami lubianych twórców, pochodzącymi z okresu kiedy to ich artystyczny GPS wciąż daleki był od komunikatu dotarłeś do celu, niesie ze sobą spore ryzyko. W przypadku innego Mike’a, mam tu na myśli Deodato Jr, zadziałało to wręcz odstraszająco – lektura jego Wonder Woman i męczenie oczu oglądaniem nieumiejętnego naśladownictwa Jima Lee skutecznie zniechęciły mnie do dalszego poznawania wcześniejszego dorobku artysty. Na szczęście z Mignolą sprawa ma się zupełnie inaczej – śledzenie jego początków okazało się całkiem fascynujące. Warto jednak pamiętać, jakby sama nazwa albumu już o tym nie przypominała, że nie jest to zbiór dla każdego.

Wiadomo nie od dziś, że Batman sells, więc nie powinno dziwić umieszczenie wizerunku Mrocznego Rycerza na okładce omawianego albumu. Problem w tym, że samego obrońcy Gotham jest tu tyle, co przyjemności w oglądaniu obrad Sejmu. Nawet okładki poszczególnych bat-komiksów zdają się zajmować więcej miejsca niż same historie z Batsem w roli głównej. Już większą zgodność z zawartością zbioru wykazuje grzbiet przyozdobiony popiersiem Ostatniego Syna Kryptona. I to trzeba wyraźnie zaznaczyć – Uniwersum DC… powinno trafić nie tylko do biblioteczek miłośników Mignoli, lecz również do osób wskazujących Supermana jako swojego ulubionego superbohatera.

Lecz zanim dojdzie się do tego, co fani eSa lub Batmana lubią najbardziej, na czytelnika czeka opowieść, którą śmiało mogę nazwać największą zaletą tego tomu. Mowa o czteroczęściowej miniserii poświęconej Widmowemu Przybyszowi (Phantom Stranger). Postaci raczej nieznanej wielu odbiorcom, co jednak nie powinno być przeszkodą podczas lektury. Historia jest całkiem samodzielna i można spokojnie darować sobie poszukiwanie innych tytułów z Przybyszem grającym pierwsze skrzypce, ale jednak nie jestem taki pewien czy powinno się to robić. Mnie Widmowy Przybysz zaintrygował na tyle, bym przy jakiejś okazji chętnie zajrzał do innych komiksów o tej postaci. Jednakże interesujące są tu nie tylko fabuła czy główny bohater, lecz również rysunki. Nie brak tutaj elementów charakterystycznych dla późniejszej twórczości Mignoli, dzięki czemu całość jest na tyle podobna, by nie była całkowicie obca i zmuszająca do zastanawiania się jakim cudem ta sama osoba narysowała też Hellobya, a zarazem na tyle świeża, by móc bawić się w wyłapywanie podobieństw i różnic. 

Jeszcze ciekawszy pod względem poszukiwania własnego ja przez Mignolę jest Świat Kryptona. Monumentalna opowieść o historii i nieuchronnym kresie Kryptończyków sama w sobie jest godna czasu poświęconego na zapoznanie się i aż dziwi fakt, że Egmont nie sięgnął po nią tuż po opublikowaniu Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach, lecz bardziej intrygujący jest tu dla mnie styl Mignoli. Widać tutaj chęć do eksperymentów, do znalezienia swojej własnej ścieżki artystycznej, a wszystko to skutkuje tym, że Mignola ze Świata… bardziej przypomina Johna Byrne’a niż samego siebie. Poznawanie go właśnie takim było dla mnie ciekawym doznaniem i to nawet bardzo. Podobnie jak w przypadku wcześniejszej opowieści, tak i tutaj do zrozumienia nie jest wymagana znajomość innych tytułów.

Niestety wraz z ostatnią stroną Świata Kryptona kończą się także dłuższe historie, a zaczynają krótkie opowiastki. W większości skupiają się one na Człowieku ze stali i być może okażą się one zaletą dla wielbicieli tej postaci, dla mnie jednak ich główną wartością są rysunki – te nadal są pełne eksperymentów, ale za to z każdą kolejna historią coraz mocniej skręcają w kierunku Mignoli, jakiego znamy i kochamy. Znacznie mniej interesujące są fabuły tych historyjek – nie wyróżniają się one jakoś bardzo szczególnie tak na tle innych komiksów z recenzowanego zbioru, jak i opowieści o Supermanie w ogóle. Szczerze powiedziawszy, to nie zdziwiłbym się, gdybym szybko o nich zapomniał. Godnym wzmianki jest natomiast konsekwentne i nieustanne odwoływanie się do wcześniej omówionej miniserii Byrne’a i Mignoli. Można odnieść wrażenie, jakby Mignola celowo związał supermanową część swojego dorobku ze Światem Kryptona.

Znaczne ożywienie, tak fabularne jak i graficzne, przynosi krótka opowiastka o Potworze z Bagien pióra Neila Gaimana (tak, Gaiman, Byrne, Stern, Perez – dużych nazwisk w tym tomie nie brakuje), lecz jest to jedynie preludium do przyspieszenia rytmu serca, jakie niesie ze sobą kolejna historia.

Po trzystu stronach z hakiem przychodzi czas na Sanktuarium (wcześniej wydane u nas pod tytułem Sanctum). I to już jest Mignola w pełni; mroku i Przedwiecznych tu nie brak! Album żegna czytelników jeszcze dwoma historiami z Batmanem w roli głównej. Te jednak sprawiają wrażenie łatwych do zapomnienia – i to mimo kolejnych eksperymentów graficznych, do jakich doszło na kartach Gdyby człek z gliny powstał.

Jak widać, brakuje sporo. Wielkim nieobecnym, który fantastycznie uzupełniałby Sanktuarium, jest Zagłada Gotham. Miejsca nie wystarczyło także dla Gotham w świetle lamp gazowych oraz Cosmic Odyssey – o zaangażowaniu Mignoli w te projekty świadczą jedynie zamieszczone w albumie okładki.

O ile zrozumieć można brak niektórych historii, które dla DC stworzył Mignola, o tyle dla mnie niedopuszczalnym jest umieszczenie w zbiorze prac w gorszej jakości, a takie niestety zdarzają się wśród prezentowanych okładek. Szkoda, że DC zdecydowało się na ich umieszczenie – chyba wolałbym kolejne braki od brzydko wyglądających grafik.

Kończąc chciałbym na chwilę odnieść się do wydawnictw konkurencji. Na rodzimym rynku komiksowym do rzadkości należą pozycje poświęcone wybranym artystom – zwłaszcza tym amerykańskim. Powodów takiej sytuacji może być multum, więc pozwolę sobie je pominąć i skupić się na porównaniu recenzowanego zbioru z wydanymi kilka lat temu przez Muchę Legendami Mrocznego Rycerza od Tima Sale’a. I w zestawieniu tym niestety Uniwersum DC… minimalnie przegrywa z albumem poświęconym nietoperzej części artystycznego dorobku współtwórcy Długiego Halloween. Nie chodzi tu o poziom historii, a o staranność wykonania i podejście do odbiorcy. U Sale’a jakość okładek była zadowalająca, zaś poszczególne opowieści poprzedzone zostały wstępem. I brak tego drugiego bardzo przeszkadza mi u Mignoli – tym bardziej, że krótkich tekstów od autora nie szczędzono w komiksach o Piekielnym Chłopcu. Po pozycje skupiające się na konkretnych artystach sięgam nie tylko po to, by prześledzić jak przez lata ewoluował ich styl, lecz także by zapoznać się z ich refleksjami i wspomnieniami dotyczącymi własnej przeszłości. Zamiast tego otrzymałem niewiele wnoszące i niezbyt interesujące posłowie Kamila Śmiałkowskiego.

Jak możecie wywnioskować z końca poprzedniego akapitu, tekst Śmiałkowskiego nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia, ale z jednym jego zdaniem trudno się nie zgodzić.

W sumie to tom ciekawie prezentujący rozwój tego twórcy, ale też – jeśli spojrzeć pod innym kątem – dokumentujący pewien istotny etap w ewolucji wydawnictwa DC. I z całą pewnością wart lektury.

I chciałbym, abyście zapamiętali powyższy cytat – zwłaszcza jeśli komiksy amerykańskie poznajecie wyłącznie za pośrednictwem wydawców polskich i działających na polskim rynku. Uniwersum DC… to pozycja przeznaczona głównie dla wielbicieli Mignoli i/lub Supermana. Jest to też po części interesujący wycinek historii DC, w ciekawy sposób przypominający o tym, że duże wydarzenia nie muszą angażować Trójcy czy innych przedstawicieli Ligi Sprawiedliwości. Być może opowieść o Widmowym Przybyszu zachęci któreś z Was do dalszego odkrywania mniej znanych regionów uniwersum. Oby więcej takich historii do nas trafiało. No i oby częściej wydawcy sięgali po albumy dedykowane konkretnym twórcom. Dla mnie, jako dla miłośnika twórczości Mike’a Mignoli, była to fantastyczna podróż i nawet wspomniane wcześniej braki i niedociągnięcia nie odebrały mi przyjemności płynącej z zapoznawania się z tym tytułem.

Dziękujemy wydawnictwu EGMONT za dostarczenie egzemplarza do recenzji.

AUTOR Smok

Człowiek udający, że jest smokiem albo smok udający, że jest człowiekiem. Jeszcze nie zdecydował, które z powyższych jest prawdą. Nałogowo opowiada o "Gwiezdnych wojnach", czyta komiksy i wciąż nie wyzbył się dziecięcego pragnienia zmieniania świata na lepsze.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Rodzina z domku dla lalek

Dominujące w sieci dyskusje na temat tego, czy komiksowe horrory działają i czy w ogóle …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *