PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Torpedo 1972

[RECENZJA] Torpedo 1972

W podsumowaniach roku 2017, na runku komiksowym nie wystąpiło zestawienie, które nie uwzględniłoby chociaż jednej publikacji wydanej przez Non Stop Comics. Wydawnictwo wdarło się na rynek szturmem i od razu zaskarbiło sobie ogrom zaufania ze strony czytelników. Sam darzę je ogromną sympatią i mimo jednego rozczarowania z uśmiechem wyczekiwałem pojawienia się kolejnej premiery na półkach księgarni. Jednakże od każdej reguły jest jakiś wyjątek, a król czasem musi dowiedzieć się, że jest nagi.

Torpedo 1972 to historia, do której musiałem podejść z pewną rezerwą. Jakby nie patrzeć, jest to kontynuacja zasłużonej serii, której nie miałem okazji choćby dzierżyć w dłoniach, nie mówiąc o lekturze. Nieznajomość całości mogłaby ujmować omawianej historii sporo uroku. Jednakże, skoro Alan Moore może samymi retrospekcjami zarysować mi historię zupełnie obcych mi postaci, czemu miałbym nie zaufać Abuli’emu? Odpowiadając: bo prawdopodobnie nie ma pojęcia jak kontynuować zamknięte już serie.

Realnie upływa 17 lat, zaś diegetycznie aż 36. Nasz główny bohater, Luca Torelli, był niegdyś bezwzględnym gangsterem o pseudonimie Torpedo. Kulom się nie kłaniał, kobiety zmieniał częściej niż bieliznę, a oponentów i gołębie likwidował z klasą godną Daredevila. Ale latka lecą, kości się kruszą a talent pisarski zanika. Niegdyś Torpedo siał grozę i zostawiał za sobą stosy trupów. Biorąc pod uwagę jego status i stan psychiczny, historia powolnego upadku brzmi nad wyraz ciekawie. Starszy, wciąż wściekły człowiek, który nie jest już w stanie stawić czoła przeciwnościom losu, wydaje się bardzo ciekawym protagonistą. Musi zebrać się w sobie i wracając do korzeni swojej działalności odzyskać formę, by na powrót stać się tym, kim był długie eony temu. Coś na kształt „Staruszka Logana”osadzonego w centrum Nowego Yorku. Z tą elementarną różnicą, że komiks Millara kreuje konsekwentną wizję świata, która mimo sporej dawki zawieszenia niewiary, jest możliwa do zaakceptowania. Głównie przez bohaterów, nawet w ramach tej jednej historii przechodzących przemianę i oferujących czytelnikowi pewną głębię. Torpedo 1972 zaś wypada jak nieudany fanfic, napisany pod wpływem fascynacji około 13-letniego twórcy oryginalnym dziełem.

Doskonale rozumiem, że w erze postmodernizmu obecnego w każdym medium, pewne rozwiązania zostały już przerobione, wyśmiane i zhiperbolizowane na setki sposobów. Mało tego, bardzo często takie dzieła znajdują się w kanonie moich ulubionych pozycji. Jednakże, by coś w sposób gustowny obśmiać, trzeba podejść do gatunku z szacunkiem i wyczuciem, czego nie potrafi zrobić Abuli. Motywy powieści noir wyskakują poza skalę kuriozalności, co kładzie się cieniem na jakiejkolwiek rozsądnie prowadzonej historii, czy pojedynczego wątku.

„WSZYSCY ARTYŚCI TO PROSTYTUTKI”

Poniższy akapit może zawierać śladowe ilości spoilerów względem fabularnych niekonsekwencji, zatem zaleca się baczność. Ze wstępu poznajemy szereg faktów, dotyczący życia naszego głównego bohatera. Między innymi odkrywamy, że Torpedo przez lata potrafił obejść się bez kulki w głowie, dzięki swojej skuteczności i sprytowi. Jednakże, gdy ktoś zamierza ujawnić jego tożsamość na łamach gazet, bez wahania się zgadza. Gdy zostaje ujawnione jego przewinienie względem mafijnej rodziny, postanawia wyciągać garść niepowiązanych z faktem informacji, zwraca się bezpośrednio od niej. Gdy jedna z bohaterek chce zrobić reżyserowaną sesję zdjęciową niezrównoważonemu, groźnemu gangsterowi, przywdziewa skrajnie prowokacyjny i seksualizujący strój, by ze zdziwieniem paść ofiarą gwałtu. A pomagier głównego bohatera, choć od trzydziestu lat obrywa mokrą szmatą w twarz, wciąż próbuje uspokoić naszego gangstera.

Całą sytuację byłbym w stanie przyjąć i zrozumieć, gdybyśmy mieli do czynienia z przejęciem steru przez innego twórcę. Ale jeśli Denis Villeneuve potrafi stworzyć arcydzieło kontynuując Łowcę Androidów, Enrique Sanchez Abuil powinien udźwignąć brzemię własnego tworu, który powinien znać jak nikt inny. Jestem przekonany, że przed wydaniem „1972” niemałe grono fanów stworzyło sobie własne wersje tej opowieści i na nieszczęście czytelników, to nie one zostały wydane.

Absurdu zaistniałej sytuacji dopełnia wstęp do omawianego wydania. Po zapoznaniu się ze stopką redakcyjną ujawnia nam się prolog, spisany ręką scenarzysty. Streszcza on nam jak toczyły się losy tytułowego bohatera na przestrzeni trzech dekad. Dowiadujemy się o skokach na banki, strzelaninach, przelotnych romansach czy krwawych bijatykach. To wszystko opisane ścianą tekstu na łamach dwóch kartek w formacie nieprzekraczającym A4. Czy nie sensowniej byłoby opowiedzieć to wszystko w formie komiksu? Tak jak przystało na komiksową kontynuację?!

Przywodzi mi to na myśl sekwencję montażową z X-Men Geneza: Wolverine, gdzie to napisy początkowe stanowiły zdecydowanie najciekawszą stronę filmu, który z każdą kolejną sceną pogrążał się bardziej w bagno rozczarowań. Następnym razem, proponuję wybrać jedną z form. Albo komiks, albo powieść. Bowiem przy połączeniu o tak niewłaściwych proporcjach, obie formy twórczości literackiej stają ze sobą w konflikcie. I nie wyjdzie z niego zwycięsko ani autor, ani Torpedo, ani tym bardziej czytelnik.

„W OPARACH LEPSZYCH FAJEK, W OPARACH WÓDKI”

Jednak żeby nie wychodzić na jeszcze większego zrzędę niż nasz tytułowy dziad, oddam delikatny ukłon w stronę jedynego zwycięzcy – Eduardo Risso. Wielbiciele kryminałów i thrillerów mieli już okazję oglądać jego prace przy okazji lektury 100 naboi Briana Azzarello. Nie bez powodu w jego ręce trafiają opowieści okraszone dusznym klimatem, gdzie w powietrzu unosi się zapach ołowiu. Kreska Eduardo wydaje się stanowić idealny balans stylu znany ze złotej ery komiksu, połączony ze specyficzną stylizacją, kojarzoną choćby z Sin City Franka Millera (głównie dzięki wyraźnym światłocieniom zaznaczonym czystą czernią).

Dotyczy to zarówno teł, jak i postaci, na których twarzach kilka kresek, bardzo elegancko zmienia się w pełne wyrazu grymasy. Interakcja sylwetek ludzkich z otoczeniem i ich fizyczne starcia również zaplanowane są bardzo konsekwentnie i bardzo cieszą oko. Styl Risso możemy również podziwiać w dołączonym do albumu szkicowniku autora, umieszczonym na kilku ostatnich stronach. Osobiście zawsze bardzo chętnie witam takie dodatki, by samemu przekonać się ile pracy i czasu trzeba włożyć w efekt końcowy. Abuli mógłby się tego uczyć…

Mówi się, że najlepiej uczyć się na błędach. Idąc tropem tej lekcji, dziś nauczyłem się: jak nie powinno się pisać zarówno kontynuacji, jak i kryminałów sensu stricto; jak umiejętnie skalować swoje oczekiwania względem rynku komiksowego i przede wszystkim, jak wiele jestem w stanie wycierpieć, by poznać jak najlepiej medium, które tak kocham. Medium, które oferuje sobą ogrom fascynujących historii. Bez względu na to czy mamy rok 1936, 1972 czy 2018, zawsze znajdziemy komiks, który nas urzeknie. Lub jak w przypadku Torpedo 1972 zawiedzie. Jednak nie przestawajmy szukać.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Giant Days: Bycie Miłą Nic nie Kosztuje

Minęło trochę czasu odkąd zajmowałem się jakimś komiksem. Nie tylko na łamach tego portalu, ale …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *