PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Tokyo Ghost Tom 1

[RECENZJA] Tokyo Ghost Tom 1

Przysłowie mówi, że nie powinno się oceniać książki po okładce. A na niej znajdują się znane nazwiska zarówno scenarzysty jak i rysownika, co niejedno dzieło popełnili. Rick Remender jest choćby autorem Death or Glory, które recenzowałem poprzednio. Z kolei Sean Murphy znany jest choćby z Batman: White Knight. Projekt okładki jest zresztą zachęcający. Utrzymana w brązach kolorystyka i sprawna centralna kompozycja przyciągają oko. Niestety z zawartością za nią ma o wiele więcej problemów. I tym razem przysłowie się sprawdziło.

Zacznijmy od pozytywów. Rysunki potrafią być świetne. Wiele ze stron to rozkładówki, często prezentujące całkiem imponujące krajobrazy. Murphy świetnie radzi sobie z ruchem, postacie prezentują się bardzo dynamicznie, a tła potrafią zachwycić głębią. Kolory Matta Hollingswortha też sprawdzają się wyśmienicie. Czasem jest trochę szkicowo, ale spójnie. Styl Murphiego jest dość charakterystyczny i łatwo rozpoznać twórczość tego rysownika.

Nie mogę też narzekać na jakość polskiego wydania. Non Stop Comics przyzwyczaiło mnie do raczej wysokiej jakości swoich komiksów. Tu mamy do czynienia z grubym kredowym papierem, solidną oprawą i zwiększonym wymiarem. Ten komiks jest duży i ciężki, 288 w albumowym formacie (203 × 305 mm). Bliżej jest mu do podręczników RPG zamieszkujących moje półki niż do reszty komiksów. Nie zauważyłem też żadnych poważnych błędów, czy literówek. Choć przyznam, że specjalnie ich nie szukałem. Moim zdaniem wydawnictwo spisało się na medal. Cieszyć się należy, że jest to raczej standard, niż wyjątek.

Gorzej jest już z samą treścią. Choć scenariusz jest w miarę poprawny pod względem technicznym, to niestety potrafi być jak niezbyt subtelne kazanie. Główna oś fabularna kręci się wokół dwóch miast, zepsutego, zanieczyszczonego, cyberpunkowego Los Angeles i Tokyo, przemienionego w teoretyczny rajski ogród, które porzuciło technologię. Śledzimy to z perspektywy pary Debbie i Leda Denta.

L.A. jest karykaturą, którą ktoś potraktował zbyt poważnie. Przypomina trochę Detroit z Robocopa, tylko jest podlane dziwnym kreskówkowym sosem. Ludzie podłączeni tutaj do sieci dosłownie zamieniają się tutaj w kanapowe ziemniaki i spędzają całe życie przeglądając różne bezmyślne programy rozrywkowe. I choć mam wrażenie, że pewne elementy miały być tu zabawne, to wyszło pretensjonalnie. Kontrastuje to z idylliczną sytuacją,z jaką mamy do czynienia później w Tokyo. Dodam do tego duże stężenie penisów i cycków na metr kwadratowy jest tutaj dość wysoka i obrazy wręcz nimi epatują do obrzydzenia. Z kolei główny antagonista to cyberpunkowy Alex DeLarge z Clockwork Orange. Z tą różnicą, że jego dialogi pisał, ktoś kto myśli, że wie jakim słownictwem posługują się gracze. Prezentuje się to raczej żenująco.

Komiks przedstawia technologię jako coś kompletnie negatywnego i to z subtelnością niezbyt rozgarniętego kaznodziei. Prezentuje się bardzo naiwnie. Do tego stopnia, że przebrnięcie przez niego okazało się dla mnie ciężkie. Fabuła nie buduje tu napięcia, czy nawet nie jest zaskakująca. Przesłanie w niej zawarte pozbawione jest jakiegokolwiek niuansu i jak tępe narzędzie bije w czytelnika bezlitośnie strona po stronie. Komiks ma też sporo powtarzających się retrospekcji, które napisano w sposób podobny jak w Death or Glory. Tam poglądy scenarzysty tak nie raziły i zrzuciłem je głównie na charakter i pewne nierozgarnięcie bohaterki. Tutaj stają się ciężkim do przebrnięcia referatem.

Tokyo Ghost krytykuje ludzką miłość do fikcji. Całość bije hipokryzją, kiedy czyta się tą bajkę na grubym kredowym papierze, z rysunkami pokrytymi cyfrowym kolorem i wydrukowanymi przez najnowszej generacji maszyny. Gdy piszę te słowa, panuje pandemia, której przeżycie bez technologii byłoby o wiele trudniejsze, a to co próbuje przekazać mi komiks staje się jeszcze bardziej naiwne. Kiedy w ostatnich kadrach uśmiecha się do mnie paru gości w okularach, sadzących w postapokaliptycznym Tokyo ryż, a główna bohaterka wsiada do nowoczesnej łodzi podwodnej by szerzyć na świecie jedyną słuszną filozofię, o odrzuceniu techniki, to czuję się jak ktoś z przysłowiowym źdźbłem w oku. Odkładając ten gruby tom na półkę, uruchamiam komputer, by ponarzekać w internecie i napisać wam. NIE POLECAM.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Non Stop Comics!

AUTOR Mateusz Dąbrowski

Ilustrator. W jego żyłach płynie mieszanka ołówkowego grafitu, tuszu i cyfrowej farby. Czasem jednak musi wystukać swą opinię przy pomocy klawiatury, czy to w momencie zachwytu, czy też typowej geekowskiej złości, gdy ktoś dokonuje gwałtu na popkulturze.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Niewidzialna Republika tom 1

Byłem nieco zaskoczony, kiedy dostałem do recenzji komiks z wydawnictwa Amber. Mgliście kojarzyłem je z …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *