PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Time Masters: Vanishing Point

[RECENZJA] Time Masters: Vanishing Point

Gdy zobaczyłam zwiastun serialu, mającego mieć premierę w 2016 roku, pod tytułem Legends of Tommorow ucieszyłam się. Jestem fanką komiksów drużynowych, wszelakich team-upów i tym podobnych rzeczy, więc i dobrym show również nie pogardzę. Co prawda w pojedynczych odcinkach projektów stacji CW miały miejsce już podobne crossovery, ale tyle postaci naraz i do tego perspektywa całego sezonu, czegoś takiego chyba jeszcze nie było. W zwiastunie Legends of Tommorow wszystkie postaci tam występujące poznaliśmy już w serialu Arrow i The Flash. Wszystkie oprócz jednej.

Tajemnicza postać imieniem Rip Hunter, zdająca się napędzać wątki tej produkcji to dla mnie novum. Gdzieś tam kiedyś słyszałam o tym facecie, ale jego zdolności, biografia czy ogólny koncept tego człowieka są dla mnie nieznane. Jednak mimo wszystko, w tej dwuminutowej zapowiedzi potrafił mnie zaintrygować. Zaciekawił mnie na tyle, że postanowiłam czegoś się o nim dowiedzieć, a gdzież to lepiej zrobić, niż przez komiksowy pierwowzór? Spojrzałam na swoją kupkę komiksów odłożonych na wieczne nieprzeczytanie (sterta dość duża, bo czasu brak, a nowe komiksy przecież trzeba kupować) i coś mnie tknęło, że znajdę tam to czego szukam. Kupiony dawno temu album Time Masters: Vanishing Point, który jest odpryskiem po Final Crisis okazał się strzałem w dziesiątkę w kategorii „poznanie bliżej Ripa Huntera”.

No cóż, zasiadając do tego komiksu trzeba choć trochę znać event Final Crisis. Konkretnie trzeba mieć jakieś pojęcie co się stało z Batmanem pod koniec tego wydarzenia. Ci, którzy tego nie wiedzą, a nie chcą sobie psuć niespodzianki (bo może niedługo planują nadrobić tę serię) niech dalej tekstu nie czytają i wrócą później. Już? Mogę pisać dalej? Ok, no więc chodzi o to, że Darkseid zabił Batmana. To znaczy zabił go i uciekł, to znaczy on przeżył, eee, no trafił go tymi swoimi promieniami z du.. z OCZU! No, ale Batman jak to Batman nie mógł oczywiście umrzeć, tylko zamiast tego zagubił się w czasie. O powrocie Bruce’a Wayne’a do czasów teraźniejszych wydano inne tomiszcze, a Time Masters… jest sześciozeszytową mini serią traktującą o poszukiwaniach Mrocznego Rycerza przez jego przyjaciół.

W skład ekipy ratunkowej wchodzą: Booster Gold, Green Lantern (Hal Jordan), Superman oraz, ku mojej uciesze, właśnie Rip Hunter. A podróże w czasie i przestrzeni są znakomitym pretekstem, by pokazać niesamowite przygody, prawda? Coś po drodze może przecież pójść nie tak, jakiś złoczyńca może pokrzyżować plany i bohaterowie wylądują w krainach, których wcześniej nie zamierzali odwiedzać, a które są ograniczone jedynie wyobraźnią autora. Tym autorem jest Dan Jurgens, który zajął się scenariuszem, a także rysunkami. Twórcy tego (użyję teraz wyświechtanego zwrotu) nie trzeba zapewne nikomu przedstawiać. Związany jest najsilniej chyba z postacią Supermana i jest odpowiedzialny choćby za event dotyczący śmierci Człowieka ze Stali, ale także za inne wielkie wydarzenie jakim niewątpliwie było Zero Hour.

Siłą rzeczy, postaci Supermana nie mogło zabraknąć w tym całym zamieszaniu z podróżami w czasie. Widać też, że Jurgens nieźle się bawił tworząc tę historię i przywołując lekko już zapomniane postaci i miejsca z uniwersum DC. Opowieść momentami naprawdę trąci oldschoolem. Występują tu podróże w czasie i związane z tym pitu pitu, zapomniana kraina i rasy ją zamieszkujące czy oswojony Pterodaktyl i pół naga dosiadająca go kobieta. Są nawet wielkie macki atakujące bohaterów. I sama się sobie dziwiłam, ale mnie się podobało. Ta mieszanka pierwszoligowych herosów z trzecioligowymi wypadła całkiem nieźle. Tutaj nie ma wielkiego filozoficznego myślenia, ani żadnego głębokiego przesłania. Villaini nie mają jakichś wyrafinowanych planów, tylko starą dobrą żądze władzy absolutnej.

Dość powiedzieć, że w pewnym momencie pewien złowrogi starożytny czarnoksiężnik otrzymuje dostęp do podróży w czasie i ma możliwość znalezienia się w dowolnym miejscu w kosmosie. I co robi? Przenosi się do lat czterdziestych dwudziestego wieku i próbuje ukraść bombę atomową! Jeżeli ktoś szuka tego typu „rozwiązań fabularnych”, a do tego takich oklepanych scen jak bezwładne opadanie w wir czasoprzestrzenny (taki z niekończącymi się spiralami), to z Time Masters będzie zadowolony. Vanishing Point sprawdza się również dobrze w kwestii poznania bliżej Ripa Huntera, o której pisałam wcześniej.

Na początku każdego rozdziału otrzymujemy kilka stron przedstawiających dzieciństwo Ripa. Obserwujemy jego relacje z ojcem oraz nauki jakie od niego przyjmuje, by stać się w przyszłości kompetentnym opiekunem czasowego kontinuum. Właśnie czegoś takiego szukałam. Lektura tego komiksu dostarczyła mi wiedzy na temat postaci Huntera, miejsca którym jest tytułowe Vanishing Point, a także ogólny koncept dotyczący Time Masters i ich przeciwników zwanych Time Stealers.

Oprócz tego, album dał mi dużo zabawy w starym stylu z pierwszoligowymi bohaterami jak i również tymi już zapomnianymi bądź dawno niewidzianymi, jak np. Claw the Unconquered. W założeniu miała to być opowieść o poszukiwaniu Batmana, ale pomysł ten spadł na drugi lub nawet trzeci plan. I dobrze. Dzięki temu Superman, Booster Gold i reszta załogi mogła przeżyć swoją własną interesującą przygodę w starym stylu.

Autor: Ewelina

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Batman: Imposter

W związku z wejściem do kin Batmana z Robertem Pattinsonem w roli Mrocznego Rycerza internet …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *