PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Thunderbolts: Faith in Monsters

[RECENZJA] Thunderbolts: Faith in Monsters

Suddenly, wild review appears! Na tapecie Thundebolts: Faith in Monsters, w Polsce wydanym pod tytułem Wiara w potwory. Załóżmy na chwilę, że nie jesteście ekspertami od całego komiksowego wszechświata Marvela. Z okładki na witrynie pobliskiego salonu prasowego bije napis: Thunderbolts. Po chwili stagnacji, musicie zadać sobie pytanie Kto?. Sam o składzie słyszałem nie raz, ale nie miałem wcześniej okazji zapoznawać się z ich przygodami. Wiara w potwory więc, była moim pierwszym kontaktem z tą drużyną. Kontaktem niezwykle owocnym.

Wojna Domowa odcisnęła swoje wyraźne piętno na mentalności amerykańskich obywateli. Mimo minionych dekad niesienia pomocy, bohaterom nie ufa się tak jak niegdyś. Wypadek, który pochłonął życia kilkuset cywili, zachwiał w posadach całą ich wiarygodność. Przez swoje rewolucyjne zapędy, Kapitan Ameryka został zamordowany, a niezarejestrowani, samozwańczy pogromcy zła, są tropieni i sukcesywnie eksterminowani z ramienia rządu. Kto musi załatwiać tak brudną robotę? Tytułowi Thunderbolts. Bullseye, Songbird, Moonstone, Venom, Swordsman, Radiocative Man, których działaniami kieruje Norman Osborn Przyznajcie sami, nie brzmi to jak typowa grupa postaci, którym z reguły kibicuje się na kartach komiksów. Antybohaterów, widzieliśmy już co prawda cały zestaw, ale stuprocentowi złoczyńcy jako protagoniści? Zabieg ciężki do wykonania, tutaj sprawdza się znakomicie. Obawiałem się czegoś w rodzaju Strażników Galaktyki, tylko z odmiennym kodeksem moralnym.

Tudzież, jego brakiem. Konkretny antagonista, grupa która musi się nauczyć ze sobą współpracować, mruganie okiem do widza luźnym humorem. Na pierwszy rzut oka, obie formacje wydają się niemal bliźniacze. Na szczęście moje (i innych czytelników) Thunderbolts to grupa o nieco innej dynamice wewnętrznej. Postacie nie poznają się wzajemnie ze wszystkich stron, nie zaprzyjaźniają a tym bardziej nie zakochują. To złoczyńcy z krwi i kości z zupełnie innymi problemami na grzbiecie. W jakiej wierze mamy działać? Jak to wpłynie na moją przyszłość? Czy od teraz działamy legalnie? Oczyszczą mnie z zarzutów? Jaką swobodę w działaniach możecie mi zagwarantować? Dylematy tego pokroju, kształtują nam głównych bohaterów jako skomplikowanych, nie jednowymiarowych. Z zaskakująco dużym potencjałem dramatycznym. Choć nie każdy dostaje tyle czasu, aby pokazać nam swoje pełne wnętrze, liczba postaci, których analizę psychologiczną (lekka hiperbola, to nie jest film Nolana) przelano na karty omawianej historii obrazkowej, jest godna podziwu. Nie chcąc spoilerować wam zbyt wiele, powiem tylko że nawet tacy psychopaci jak Bullseye potrafią się bać.

Poza głównym składem, uchylono nam furtkę, do umysłu Normana Osborna . Stara się on jak tylko może, by ukryć swoją obsesję. Przed Thunderbolts, przed obywatelami i przed samym sobą. Wyjątkowo cieszy mnie, że ten wątek został nam wyjaśniony, pokazany tylko w nieznacznym stopniu. Gdyby było go mniej, czułoby się zmarnowany potencjał. Gdyby było bo więcej, mógłby przyćmiewać resztę motywów. To idealna dawka, by pobudzić ciekawość czytelnika w oczekiwaniu na nadchodzące wydarzenia, ale i uniknąć przesytu. Na kolejnym planie pojawiają się także herosi, którzy mimo zakazów prawnych, starają się jak mogą, by nasz ziemski padół obszedł się bez kryminalistów. Zapewne ich nie znacie. Bez obaw, nie musicie. Ci dobroduszni ludzie w kostiumach są niedobitkami, ostatnimi sprawiedliwymi. Jako że pierwszoligowi bohaterowie zostali zlikwidowani, nie został do likwidacji nikt, poza tymi samozwańczymi obrońcami moralności. Fakt że są niemal anonimowi nadaje całej osi fabularnej, sporą dawkę naturalizmu. To postaci z motywacją i bagażem charyzmy, których losy chętnie pozna się szerzej, po zakończonej lekturze.

Chcę też krótko wspomnieć o bardzo subiektywnie ocenionym, niewielkim elemencie Thunderbolts. Chodzi tu o postać Menancea. Pojawił się przed moimi oczyma kilka numerów wcześniej, lecz dopiero teraz uświadomiłem sobie jego obecność i dojrzałem jak dobrze zaplanowaną jest postacią. Krzywdzące backstory, pełna męczeństwa kreacja współczesna, świetny design postaci W momencie skończenia tej recenzji, idę przeszukać sieć, aby dostać więcej historii o Robbiem Baldwinie. Mam nadzieję, że jeszcze zobaczę go w WKKM.

Ale dość o stronie pisarskiej. Jak prezentuje się oprawa wizualna? Kapitalnie. Mroczna tonacja barwna nakreśla nam posępniejszy niż zwykle klimat. Nie jest to oczywiście stylistyka Sin City, ale spowicie cieniem momentami wychodzi na korzyść opowieści. Każda strona może zaświadczyć o tym, że Mike Deodato jest niezwykle utalentowanym twórcą, świadomym tego co tworzy. Nastrój kadrów odpowiednio dawkuje akcję. Potrzebna walka? Dynamika aż wylewa się z kadru. Szukacie pauzy na wejście w mroczną część psychiki postaci? Statyczne plansze ze zbliżeniami na doskonale wykreślona mimikę. Anatomicznych zniekształceń nie dopatrzyłem się ani razu, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu o umiejętnościach Deodato.

Reasumując. Thunderbolts: Faith in Monsters to komiks niemal idealnie dopasowany do Wielkiej kolekcji Komiksów. Umiejętnie korespondując z poprzednimi opowieściami, jest w stanie zapewnić czytelnikowi powiew świeżości wśród pozostałych pozycji. Punktuje i fabułą i stroną estetyczną. Mam nadzieję że przy nadchodzącym rozszerzeniu WKKM będziemy jeszcze mieli okazję spędzić z tym składem nieco więcej czasu, bo póki co, to jedna z najciekawszych drużyn spod znaku Marvel Comics.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

Top 100 najlepszych komiksów o Daredevilu – miejsca 10-1

Niezamierzenie ostatnia dziesiątka rankingu stała się sceną pojedynku dwóch znakomitych scenarzystów. Pojedynku, który okazał się wyrównany, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *