PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / INNE / [RECENZJA] The Walking Dead: Zejście

[RECENZJA] The Walking Dead: Zejście

Kiedy w październiku 2010 roku ruszała emisja The Walking Dead, chyba nikt z producentów nie spodziewał się, że to wszystko tak się potoczy. Serial oparty na komiksie o tym samym tytule doczekał się już sześciu sezonów, a i siódmy zaplanowany jest na przełom 2016-17 roku. Jednak już w 2011 roku miłośnicy słowa pisanego, dzięki wydawnictwu SQN mogli zacząć cieszyć się książkami uzupełniającymi serialowo-komiksowy świat. Tak zaczęła się historia mieszkańców Woodbury i despotycznego Gubernatora. W niecały rok po premierze ostatniego tomu trylogii, fani mogą śledzić dalsze przygody mieszkańców ocalałego miasteczka w stanie Georgia w tomie rozpoczynającym nową serię, zatytułowanym The Walking Dead. Żywe Trupy: Zejście.

Po pozbyciu się problemu Gubernatora, mieszkańcy Woodbury pod wodzą młodziutkiej Lilly Caul zdają się prowadzić w miarę normalne życie. Normalne, jak na rzeczywistość przesiąkniętą odorem rozkładających się ciał. Oczywiście w świecie, którego znaczną część populacji stanowią zombie, trudno przetrwać nawet najzaradniejszej garstce osób. Dlatego Lilly, wraz z wiernymi towarzyszami, podejmuje się ryzykownej misji ratunkowej, która, jeśli się powiedzie, pozwoli na zasilenie populacji Woodbury o kilkanaście pracowitych dusz. Niestety nie zdaje sobie sprawy z ceny, jaką przyjdzie jej za to zapłacić.

Moim skromnym zdaniem, nie da się zrecenzować tej książki nie przyjmując dwóch różnych punktów widzenia. Okiem fana serii, czy chociażby gatunku Zejście jest jak najbardziej satysfakcjonującą lekturą. Bardzo szczegółowe i niezmiernie turpistyczne opisy sprawiają, że przed oczami czytelnika ukazują się niesamowicie plastyczne obrazy cieknącej krwi i rozpruwanych flaków. Nie raz w trakcie czytania ma się wrażenie, iż niemal słyszy się odgłos wgryzania się w ludzkie ciało i czuje duszący smród hordy zombie.

Do tego należy dorzucić żywe emocji ludzi zmagających się z końcem świata, niczym nieugrzecznione i nieocenzurowane przez tłumacza, więc i wulgaryzmów jest pod dostatkiem. Nikt przecież nie będzie się silił na piękne słowa, kiedy walczy z falą zombie. Akcja może nie gna na złamanie karku, ale pozwala to lepiej wgryźć się w przedstawiony świat, poznać codzienne dylematy i niezbędne przystosowania, by nie tylko przetrwać czy wegetować, ale także żyć. Może niektóre zabiegi fabularne są ciut zbyt przewidywalne, ale przecież nie o to chodzi.

Tylko o chrzęst czaszki roztrzaskanej kolbą od karabinu.
Ponieważ przedstawiona historia nie wiąże się bezpośrednio z tą przedstawioną w serialu, nie spotkamy w niej też bohaterów znanych z ekranów telewizorów czy z kart komiksów. Jest to niewątpliwą zaletą dla miłośników gatunku, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z serią The Walking Dead (choć może się to wydawać dziwne, że prawdziwy entuzjasta zombie w dzisiejszych czasach nie oglądałby TWD). Podobnie znajomość pozostałych książek nie jest wymagana, by zrozumieć sens całej historii. Choć to akurat może być postrzegane za wadę przez fanów szukających uzupełnienia losów postaci znanych im właśnie z serialu. Sami bohaterowie książki żyją chwilą obecną i nieustanny niepokój o nadchodzące jutro sprawia, że nie mają czasu przejmować się przeszłością. Ów sposób bycia, oparty na trzymaniu się chwili obecnej, został szczególnie podkreślony dzięki użyciu w narracji czasu teraźniejszego, co jest ciekawym, choć raczej rzadko spotykanym zabiegiem literackim.

Jednakże u zwykłego czytacza, który sięgnąłby po tę pozycję zaintrygowany popularnością serii, wywołałaby nie lada konsternację. Naturalistyczne opisy pełne dosadnych przymiotników i mlaszczących onomatopei, jeśli nie przyprawią o rozstrój żołądka to przynajmniej o dziwny grymas twarzy. Znajomość barwności i bukietu smrodu żywych trupów, jaką popisuje się autor jest równocześnie interesująca i niepokojąca. Poza tym jego bohaterowie, jak na ludzi, którzy nie muszą uważać na swój język, posiadają zaskakującą mały zasób przekleństw.

Bardziej soczyste wiązanki potrafiłam zasłyszeć w metrze czy też na ulicy, więc moim zdaniem, ograniczenie bohaterów do korzystania z trzech najbardziej popularnych wulgaryzmów, jest swego rodzaju cenzurą. Dodatkową trudnością dla zapalonego czytelnika mogą też się okazać zdania długości całych akapitów oraz pewne epitety, które pierwszy raz od dawna wywołały we mnie chęć pisania komentarzy na marginesach książki. „Święta, oczyszczająca błyskawica” w kontekście niepohamowanego pożądania i sceny po nim następującej jest cokolwiek dziwne. Ale to tylko moje odczucia.

Zejście doskonale wpasowuje się w klimat wszelkiego rodzaju apokalips zombie, dostarczając nam precyzyjnych, plastycznych przeżyć, niedostępnych przez inne medium. Obrazy ukazujące się w głowie, dzięki bujnej wyobraźni, potrafią przebić te, dostarczane fanom przez serial. Nie jest to pozycja wysokich lotów, ale ta porcja flaków, krwi i makabry powinna usatysfakcjonować każdego fana. Ale podkreślam, tylko FANA tego typu historii. Pozostali, sięgając po tę książkę, robią to na własną odpowiedzialność.

Autorka: Powiało Chłodem

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Oblivion Song

Gdybym był bardzo leniwy, napisałbym, że Oblivion Song to typowy Kirkman. I czytelnikom zaznajomionym z …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *