PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] The Nobody

[RECENZJA] The Nobody

W 1897 roku światło dzienne ujrzała trzecia z powieści H. G. WellsaNiewidzialny człowiek. Autor, po sukcesie Wehikułu czasu i różnie przyjętej Wyspie doktora Moreau, po raz kolejny postanowił zabrać w nas podróż po ludzkiej psychice, wplatając w nią czynnik nieprawdopodobieństwa. Bo któż z nas nie chciałby, choć na chwilę, założyć „czapkę niewidkę” i w ten sposób wzbogacić się, podsłuchać, co mówią o nas inni czy spłatać figla zrzędliwemu sąsiadowi?

Tylko czy taka moc nie została by przez nas nadużyta? Wells odpowiada na to pytanie przez postać młodego naukowca – Griffina, któremu udało się odkryć tajemnice niewidzialności. Od pierwszego wydania tej książki już dawno minął wiek, a ona wciąż niezmiennie inspiruje licznych twórców, jak chociażby Jeffa Lemirea – autora powieści graficznej The Nobody wydanej przez Vertigo Comics pod znakiem DC Comics w 2009 roku. Ten debiut amerykańskiego rysownika ponownie reaktywował tajemniczego, zabandażowanego mężczyznę, każąc mu zmierzyć się ze swoją przeszłością w bliższych nam czasach.

Do Large Mouth – małego miasteczka gdzieś w Ameryce – przybywa obcy, co poza sezonem rybackim jest już nie lada niezwykłością. Na dodatek jego całą twarz szczelnie pokrywają bandaże, a oczy zasłaniają ciemne gogle, co nie wzbudza ufności w mieszkańcach. Nieznajomy przedstawia się jako John Griffen i wynajmuje pokój w miejscowym motelu. Niepewność w ludziach wywołuje jego nietypowe zachowanie, ponieważ przybysz stroni od towarzystwa, jada sam i nigdy nie odsłania swojego oblicza. Na domiar złego, przeważnie zamknięty w swoim pokoju, prowadzi jakieś eksperymenty. W tej małej mieścinie, gdzie każdy każdego zna, inność wzbudza nie tylko niezdrową ciekawość. Są też tacy, którzy oskarżyliby obcego o wszystko, tylko dlatego, że różni się od nich.

Narratorem w komiksie jest szesnastoletnia Vickie – zwykła dziewczyna z kompleksem małego miasteczka. Porzucona przez matkę w dzieciństwie, marzy tylko by wyjechać z Large Mouth. Może właśnie dlatego jako jedyna potrafi znaleźć wspólny język Griffenem. Dzięki osobliwemu przybyszowi, dziewczyna w końcu zaczyna dostrzegać uroki małomiasteczkowego życia. Na szczęście, mimo tak sztampowego wyboru głównej bohaterki, jej losy zostały poprowadzone inaczej niż można się było tego spodziewać, znając amerykańskie upodobania do niespełnionych nastolatek i ich marzeń o życiu w wielki mieście. Oszczędzono nam też wątku romantycznego, co zdecydowanie podniosło jakość komiksu.

Sama fabuła dość luźno opiera się na oryginalnym pomyśle. Mamy co prawda zabandażowanego nieznajomego, sekret i niechętnych ludzi z miasteczka, ale na tym podobieństwa w zasadzie się kończą. Griffen nie kradnie, nie napada ludzi, ani w żaden inny sposób nie wykorzystuje swojej niewidzialności, która pozostaje dla wszystkich tajemnicą. Dla wszystkich poza Vickie, która w końcu godzi się mu pomóc w ucieczce, gdy sprawy przybierają bardzo zły obrót. Oczywiście, tym którzy czytali oryginał, pewne postaci wydają się znajome, jak chociażby posterunkowy Ayde, Tommy Marvel, czy Kemp, którego rola nie jest już tak pozytywna jak w pierwowzorze.

Poza tym, komiks aż kipi od nawiązań do utworu Wellsa, choć trzeba przyznać, że stanowią one jedynie ukłon w stronę wiktoriańskiego pisarza. Łatwo dostrzec, iż Lemire poszedł własną drogą, co najbardziej objawia się w charakterze tytułowego bohatera. Oryginalnie szaleństwo i brutalność były w nim zaszczepione już przed zostaniem niewidzialnym, co tylko je spotęgowało, wywołując dodatkowo uczucie bezkarności. Natomiast w komiksie widzimy, że objawy niezrównoważenia psychicznego są wynikiem zażycia serum, wywołującego nieodwracalne zmiany w mózgu, powstrzymywane jedynie przez opracowane przez Griffena, niebieskie tabletki. W związku z tym, zamiast obawy przed jego możliwościami, współczujemy mu, szczególnie widząc, że pragnie odwrócić proces.

Moim zdaniem, zasługującym na największe uznanie fabularnym odstępstwem od oryginału, jest moment w którym ludzie występują przeciwko obcemu. W Niewidzialnym człowieku następuje to dopiero w momencie, gdy ten naprawdę zaczyna im zagrażać, a jego tajemnica staje się informacją publiczną. Budzi lęk nie tylko przez swoją odmienność, ale i nieobliczalne zachowanie, połączone z okrutnymi planami podporządkowania sobie innych. U Lemirea Griffen jest osobą pragnącą wyłącznie spokoju, dlatego właśnie uciekł z wielkiego miasta. Mieszkańcy Large Mauth do samego końca nie zdają sobie sprawy z tego, co kryje się pod jego bandażami. Mają jedynie drobne przesłanki czy przywidzenia zrzucane zazwyczaj na ilość wypitego alkoholu. Przybysz zostaje natomiast posądzony o zbrodnie, której nie popełnił tylko dlatego, że jest inny, mimo że w żaden sposób nie okazał im swojej wrogości czy niechęci. Co nie znaczy, że jest człowiekiem bez skazy. Ma tajemnice, dzięki której Kemp mógł go szantażować. Na szczególnie uznanie zasługuje też zakończenie historii. Choć dla bohaterów komiksu może się ono wydawać jednoznaczne, czytelnik dobrze wie, że wcale takie nie jest.

Literackie nawiązania do oryginału nie dominują ani nie zaciemniają odbioru całości. Dodają jedynie smaczku dla wszystkich wielbicieli wyszukiwania odniesień do innych tekstów. Zamiast koncentrować się na niewidzialności, Lemire przesuwa ciężar fabuły w stronę otoczenia. Pozornie ciche miasteczko ze spokojnymi mieszkańcami, okazuje się mieć wiele tajemnic. Obecność nieznajomego rozdrapuje stare blizny, a jego „szklane” spojrzenie zdaje się odbijać całą prawdę o ludziach, szczególnie tę mroczną i najgłębiej skrywaną. Tak jakby Griffen był uosobieniem ich najgorszych cech. Niczym w opowieściach Shirley Jackson, prawdziwa groza tej historii, polega na czymś zupełnie innym, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

Pod względem graficznym komiks charakteryzuje się bardzo prostą, niekiedy toporną kreską, która jednak w jakiś przedziwny sposób doskonale oddaje małomiasteczkowy klimat Large Mouth. Podobnie twarze, jak i wygląd poszczególnych bohaterów są nieskomplikowane, wręcz swojskie. Całość utrzymana jest w czerni i bieli, z błękitnymi cieniami wzmacniającymi wrażenie głębi, ale i nijakości, senności otoczenia, co ma tylko przytępić uwagę czytelnika, osłabić jego czujność, by w końcowych scenach zaatakować ze zdwojoną siłą. Najbardziej podobały mi się przeplatane kadry mieszające teraźniejszość z przeszłością Griffina, nieraz sumarycznie tworzące jedną, większą grafikę.

The Nobody jest świetną, metaforyczną powieścią graficzną, będącą przy okazji hołdem dla wielkiego pisarza. Specyficzna forma wyrazu, jaką jest komiks, doskonale sprawdza się w minimalistycznym budowaniu klimatu, a zwięzłe dialogi precyzyjnie wyrażają myśli postaci. Jeśli doliczymy do tego dobrze skrojonych bohaterów, ciekawie rozwiniętą fabułę, stopniowo rozłożone napięcie i otwarte zakończenie, otrzymamy pozycję wyróżniającą się na tle innych, sztampowych adaptacji.

Autorka: Powiało Chłodem

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Lucyfer tom 1

Lucyfer to następna z głośnych pozycji wydawanych oryginalnie w ramach imprintu Vertigo, którym zmieniono szyld …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *