PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / INNE / [RECENZJA] Tequila: Liczba Bestii

[RECENZJA] Tequila: Liczba Bestii

Zdarzają się takie tytuły, do których ciężko podejść bez żadnych oczekiwań, nadziei czy uprzedzeń. Rzadko kiedy kończy się to dobrze – zbyt optymistyczna wizja może doprowadzić do zawodu i gorszej oceny treści, która normalnie zrobiłaby większe wrażenie; tak samo przedwczesne przekonanie, że dana produkcja będzie słaba, potrafi zaburzyć odbiór. Oczywiście często bywają sytuacje, w których pesymistyczne oczekiwania przechodzą w radosne zaskoczenie, jednakże ogólnie rzecz mówiąc, lepiej podchodzić do nowych tytułów ze świeżą głową.

Czasami jednak jest to niezwykle trudne, jak – przynajmniej dla mnie – było z przypadkiem omawianego tu tytułu. Ludzie, którzy w 2013 roku śledzili, lub chociaż przebywali w pobliżu, polskiej sceny komiksowej, z pewnością pamiętają pierwsze wzmianki o Tequili i crowdfundingową akcję mającą na celu jej wydanie. Projekt zapowiadał się jak coś naprawdę ogromnego: miał wyjść poza ramy komiksu, uzupełniając historię serią powieści, w dodatku był umiejętnie rozreklamowany fanartami, trailerami i ogólnym rozentuzjazmowaniem wszystkich zaangażowanych. Pieniądze zostały zebrane, komiksy i gadżety miały zostać rozesłane wspierającym, powieść planowano wydać już za chwilę, już za moment… Zamiast miłego rozwiązania dostaliśmy jednak przykrą sytuację, która zostawiła po sobie spory niesmak. Po paru latach czekania większość osób porzuciła myśl, że kiedyś trafią do nich obiecywane przedmioty, a już pierwsze miesiące wystarczyły, żeby przekonać się, że świetnie zapowiadający się komiks jest w rzeczywistości co najwyżej mierny. Słaby scenariusz, nudny koncept i przygotowane na szybko rysunki – choć zdolnej artystki – raczej nie przekonały do uniwersum Tequili.

W tym roku tytuł serii wypłynął przy okazji premiery zapowiadanej książki: Tequila: Liczba bestii. Mimo nieprzyjemnych wspomnień byłam strasznie ciekawa, jak powieść wypadła, i czy zaprezentuje wyższy poziom, niż komiks.

Powieść jest prequelem do wydanego komiksu. Śledzimy w nich poczynania Tequili, “jedynej w swoim rodzaju, kobiecej heroiny”, jak objaśnia nam opis na okładce. Kobietą faktycznie jest, jednakże “jedyną w swoim rodzaju” mogą nazwać ją tylko ci, którzy nigdy nie widzieli na oczy azjatyckiego MMORPGa czy komiksu z lat ‘90. Rozebrana Mary Sue z niespotykanymi, nieznanego pochodzenia umiejętnościami i talentami oraz wybitnie ciętym językiem, biega po okolicy, olśniewa pięknem i morduje ludzi. Jej towarzyszem jest wielki, kolorowy tygrys, z którym porozumiewa się telepatycznie. Ciężko określić jej charakter, jako że zazwyczaj zajęta jest byciem typową action girl, nie pokazując nic ponad to.

Książka nie jest na szczęście jedynie zapisem działań Tequili. Reszta bohaterów często wychodzi z tła i dostaje nieco czasu dla siebie, wypada przy tym całkiem nieźle. Większości brakuje trójwymiaru, ale są sympatyczni i całkiem zgrabnie prowadzeni.

Jeden z największych minusów Liczby bestii może być też liczony jako jej zaleta – jest to tempo. Napisanie, że akcja pędzi tu na łeb, na szyję, byłoby paskudnym niedopowiedzeniem. Wydarzenia następują po sobie z prędkością, która nie pozwala bohaterom – ani czytelnikom – zatrzymać się, zaczerpnąć oddechu, rozejrzeć po okolicy i zastanowić, co właściwie się tu dzieje. Właściwie nie ma tu takich momentów, przez co nie tylko nie mamy okazji poznać lepiej bohaterów, ani przyjrzeć się mijającemu nas krajobrazowi – zarysowanemu zresztą całkiem zgrabnie w tych nielicznych chwilach, w których mu się na to pozwala. Oczywiście pasje to do pulpowego akcyjniaka, nie pozwala też nudzić się w trakcie lektury, ale jednocześnie sprawia, że to pozycja na jakąś jedną, wolną godzinę, nic więcej.

Świat przedstawiony w książce uważam, paradoksalnie, za jeden z najjaśniejszych plusów. Paradoksalnie, bo jest to przecież jeden z najbardziej generycznych, wyświechtanych i nieoryginalnych settingów. Postapo, wielkie pustkowie istniejące na ruinach dawnej cywilizacji, prymitywne społeczności oraz dziwaczne, mordercze potwory. Klasyka. Ostatnio widzieliśmy wykorzystanie czegoś podobnego, pozbawionego jedynie monstrów, w Mad Max: Fury Road – swoją drogą, klasyczny madmaksowy klimat utrzymuje się w książce przez właściwie cały czas – gdzie sprawdził się doskonale. Tutaj też wypada ładnie, pasuje do historii, w dodatku pokazuje parę barwnych, ciekawie zarysowanych konceptów plemion i działania świata po apokalipsie.

Podsumujmy. Liczba bestii pozytywnie mnie zaskoczyła – nie oznacza to jednak, że jest pozycją dobrą. Fabuła nie tylko nie porywa, ona ledwo stara się zainteresować czytelnika. Postacie są miałkie, a świat żywy, ale nie oryginalny. Do tego dochodzi styl i język, które zdecydowanie nie powalają, parę błędów i zagmatwań. Czyta się niezwykle łatwo i szybko, co jest pewnym plusem, ale ciężko zneutralizować tym wszystkie wady powieści.

Miałabym problem z poleceniem tej książki. Fanom postapo może spodobać się świat, ale nie jestem pewna, czy to wystarczy. Miłośnicy pulpy będą usatysfakcjonowani tylko, jeśli odpowiada im całkowity brak świeżości i polotu. Osoby lubiące szybką, bezpardonową akcję powinny bawić się dobrze, więc może do nich ta książka trafi.

AUTOR Sida

PRZECZYTAJ TAKŻE

[FELIETON] Mini-Relacja z 4 Krakowskiego Festiwalu Komiksu

To była trochę spontaniczna decyzja. Zdecydowaliśmy z Kubą (Kubanino, nasz rezolutny programista) że Krakowski Festiwal …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *