PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Tank Girl t.1

[RECENZJA] Tank Girl t.1

Brytyjczycy, wbrew popularnemu stereotypowi o dżentelmenach popijających herbatkę pomiędzy partyjkami krykieta, mają dusze buntowników. To właśnie tam, w roku 1977, John Lydon szczerząc przy akompaniamencie kolegów z Sex Pistols swoje zepsute zęby, wieszczył brak przyszłości dla swojego pokolenia. Krytykował ówczesną sytuację polityczną i nawoływał do anarchii. Rok ten został uznany za datę narodzin punk rocka – jednej z najbardziej buntowniczych form sztuki. Pokłosie tej kultury sprzeciwu objawiało się także w brytyjskim komiksie, a jednym z jego owoców jest Tank Girl właśnie.

Dzięki wydawnictwu Non Stop Comics, przygody wyuzdanej koleżanki po fachu Janka Kosa, trafiły nad Wisłę. Czy warto było czekać te, cytując slogan z okładki, trzy dekady picia, palenia i molestowania kangurów? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie należy do najłatwiejszych.

Rysunek w Tank Girl jest najmocniejszym elementem całości.

Tank Girl, jak tłumaczą twórcy, stanowi manifest buntu wobec formy, w jakiej zastygła kultura popularna w latach 80-tych. Sprzeciw ten zaowocował serią krótkich historyjek, przesyconych bezpardonowymi żartami i nawiązaniami do popkultury oraz konkretnych celebrytów, a także toną absurdu oraz ostrego, obscenicznego humoru. Komiks publikowany był w formie zinu, dlatego mamy w tym tomie do czynienia z antologią krótkich, niepowiązanych ze sobą fabularnie, opowieści.

Tytułowa (anty)bohaterka, Tank Girl, to apoteoza niegrzecznej dziewczynki: pali jak lokomotywa, wlewa w siebie więcej piwa niż Ferdek Kiepski i Bender razem wzięci, uwielbia obdarte ciuchy, skórę i ciężkie buty oraz wszelkie zdobycze techniki wojskowej. Ach, i jej chłopak jest kangurem.

Historie w tym komiksie stoją głównie humorem i odniesieniami do ówczesnych trendów. Nie oczekujcie wciągającej fabuły ze zwrotami akcji, suspensem oraz przesłaniem. Mamy tu opowieść o tym, jak Czołgistka musiała dostarczyć pieluchy prezydentowi Australii. W innej, nasza łysa protagonistka wraz z koleżankami przeprowadza skok na transporty z piwem. Czy wreszcie mamy epizod, gdzie Tank Girl wchodzi w posiadania szlafroka samego Boga.

Anarchia, chaos, sprzeciw… pod ścisłą kontrolą Jemiego Hewletta. 

Koniec końców, są to opowieści, które na przełomie lat 80-tych i 90-tych były ostrą satyrą ówczesnych obyczajów i popkultury. Niestety, dziś te gagi straciły na aktualności i z treści komiksu zostały nam tylko obsceniczne tekściki, które jednych rozśmieszą, a innych zażenują, oraz nawiązania do nazwisk, o których większość z nas będzie musiała przeczytać w przypisach. Z drugiej strony i tak dobrze, że tłumacz nie postanowił skorzystać z syndromu Wierzbięty i pozamieniać żartów na polskie realia, co miało miejsce w polskiej edycji Heavy Metal Dredd. Ogólnie, przaśne żarty w połączeniu z (chyba celowo) sztywnym tłumaczeniem, przywołują na myśl klimat tych słabszych przygód Lobo, publikowanych przez TM-Semic, których sam jestem wielkim fanem. Mamy też trochę łamania czwartej ściany.

A jak prezentuje się warstwa graficzna? Tutaj bez wątpienia byłem znacznie bardziej zadowolony. Kreska Jemiego Hewletta doskonale współgra z tonem opowieści, lecz w przeciwieństwie do nich, jest ona wciąż godna uwagi. Poprawne anatomicznie i realistycznie rysowane elementy, jak np. sama postać Tank Girl, świetnie uzupełniają się z totalnie karykaturalnymi facjatami postaci pobocznych. Sceny akcji są bardzo dynamiczne, ale ze względu na czarno-białą oprawę, bywają nieczytelne. Bądź, co bądź, kreatywności panu Hewlettowi nie odmówię. Świat ukazany w komiksie to ciekawa mieszanka Mad Maxowych pustkowi z karykaturalnością Mega-City 1 z opowieści Bisleya i Kennedy’ego. Oprawa mówi o tym uniwersum dużo więcej niż warstwa fabularna.

Jak na przygody Czołgistki zareagują współcześni, polscy czytelnicy?

Ciężko jest mi jednoznacznie ocenić pierwszy tom Tank Girl. Sama lektura była dla mnie niestety męcząca, głównie przez bardzo ubogą warstwę fabularną oraz humor, który pomimo sporadycznych momentów wywołujących uśmieszek pod nosem, wydawał się przestarzały, nieaktualny, a czasem na siłę kontrowersyjny. Ufam, że na swoje czasy była to odważna i trafna satyra, ale czytając ten komiks w 2017 roku widzę jedynie ciekawe rysunki maskujące kiepskie historie.

Czy komiks mi się podobał? Nie, z trudem udało mi się przebrnąć przez te 136 stron. Czy Wam go odradzam? Również nie. Uważam, że z tak osobliwej treści, niejeden czytelnik wyciągnie coś dla siebie. To komiks, który dla niejednego miłośnika odjechanych historyjek będzie idealnym odmóżdżaczem. Jeżeli brak Wam na polskim rynku szalonych opowieści w stylu wspomnianego Lobo to polecam spróbować. Jeżeli świadomie lubujecie się w tanim toaletowym humorze, bierzcie w ciemno. Komiksy z Tank Girl mają bądź, co bądź status kultowych, a takim tytułom wypada dawać szansę.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Non Stop Comics!

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Paper Girls

Jest bardzo wcześnie rano, ale Wy mimo to wstajecie z łóżka bez żadnych objawów zmęczenia. …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *