PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Superman – Ostatni Syn Kryptona

[RECENZJA] Superman – Ostatni Syn Kryptona

Od czasu upadku wydawnictwa TM-Semic solowe przygody Supermana sporadycznie ukazują się na polskich półkach sklepowych. Oczywiście historie, które do tej pory dostaliśmy to w znacznej większości bardzo dobre, a nawet doskonałe pozycje. Jednak pod względem ilości publikacji w naszym języku, Człowiek ze Stali jest lata świetlne w tyle za swoim kolegą w czarnej pelerynie. Na szczęście, w prognozowanym planie Wielkiej Kolekcji Komiksów DC pod nasze strzechy trafią prawdziwe perełki wśród opowieści o Człowieku Jutra, a pierwsza z nich właśnie trafiła do kiosków. I od razu powiem, że 12 tom kolekcji Eaglemoss to naprawdę wyjątkowy komiks.

W Metropolis ląduje obca kapsuła kosmiczna. Superman jak zawsze punktualnie pojawia się na miejscu i ratuje okolicę przed katastrofą. Ku zaskoczeniu Kal-Ela, w kapsule znajduje się dwunastoletni chłopiec. Dziecko nie wie jednak jak ma na imię, ani skąd przybyło. Przemawia jednak językiem kryptońskim i przejawia te same moce. Mały kosmita trafia w ręce naukowców z Departamentu do spraw Metaludzi, gdzie pieczę nad nim sprawuje wiedziony poczuciem odpowiedzialności Clark. Gdy za jego plecami chłopak zostaje przetransportowany do innego miejsca, Superman postanawia odzyskać go z rąk Armii USA i wychować w tajemnicy. Młodym Kryptończykiem interesuje się także sam Lex Luthor. Jednakże konflikt z Rządem i zakusy Lexa schodzą na dalszy plan, gdy na Ziemi lądują kolejne kapsuły, a w nich starzy znajomi Kal-Ela…

Ostatni Syn Kryptona to absolutnie jedna z najlepszych opowieści o Supermanie jaką dane mi było poznać. Komiks ten jest świetnym wywodem na temat wartości, jakimi kieruje się Człowiek ze Stali w swej post-kryzysowej inkarnacji. Skupia się na jednym z głównych dylematów postaci – życiem, jako zwykły człowiek, oraz pamięci o pozaziemskim pochodzeniu, o którym z resztą hologramowy Jor-El wciąż Kalowi przypomina. Clark wie, że nigdy nie będzie miał z Lois własnego dziecka, dlatego ów chłopiec jest kimś znacznie więcej niż kolejnym ocalałym z Kryptona, jak to było w przypadku Supergirl.

Twórcy pokazują nam to, że Superman, pomimo posiadania kochających rodziców i wspaniałej żony, czuje się inny, a co za tym idzie, w pewien sposób samotny. Kal pielęgnując pamięć o Kryptonie, odrzucił surową moralność swojego ludu na rzecz życia Ziemianina, które z racji jego pochodzenia, nigdy nie będzie w pełni szczęśliwe. Gdy na horyzoncie pojawia się nadzieja na to szczęście, Clark gotów jest wykorzystać cały arsenał swoich mocy by o tą nadzieję zawalczyć.

I właśnie to słowo, nadzieję, możemy uznać za myśl przewodnią komiksu. Sam wątek małego Kryptończyka oraz to, jaki wpływ wywiera on na związek Clarka i Lois, jest też według mnie ciekawą metaforą problemu par, które z różnorakich powodów nie mogą mieć własnego dziecka, a także wywodem na temat gotowości do roli rodzica.

Oczywiście, ten jakże ciepły i poruszający motyw aspiracji Clarka do roli ojca nie jest wszystkim, co serwują nam Geoff Johns i Richard Donner. W komiksie czeka nas mnóstwo akcji, odwiedziny w Strefie Widmowej oraz wizyty wielu gości z uniwersum DC. Sporo z nich jedynie pomacha z dalszego planu, ale bezpośrednio na drodze Supermana stanie nie tylko Luthor, Zod czy Bizarro. Fani team-upów herosów z łotrami na pewno się nie zawiodą.

Dostajemy też jedną z lepszych bitew metaludzi, jaką dały nam komiksy oraz zakończenie… Bardzo smutne zakończenie.

Warto wspomnieć jeszcze o wkładzie Richarda Donnera – reżysera niezapomnianych filmów o Supermanie. Pomimo współczesnej estetyki, komiks świetnie oddaje ducha postaci, którym tak mocno epatowały dwa pierwsze filmy z Człowiekiem ze Stali – bardzo pozytywny ton, który nie wpada w żenującą śmieszność jak to często dzieje się w filmach Marvela, oraz patos dozowany właściwie dla sytuacji, a nie okrywający całą historie czarnym całunem, jak w obrazach Snydera (żeby każdemu oberwało się po równo). Wybór głównych wrogów w postaci generała Zoda i jego partnerki Ursy (będącej stworzoną dla filmu wariacją na temat komiksowej Faory) również można odczytać, jako mrugnięcie okiem do fanów filmów. No i imię, jakie Clark i Lois nadali chłopakowi to naprawdę piękny gest ze strony scenarzystów. Zobaczycie sami.

Rzućmy teraz okiem na stronę wizualną. Grafiką w tomie zajął się Adam Kubert, mniej popularny, choć moim zdaniem, znacznie bardziej utalentowany od swojego brata, Andy’ego. Kreska Adama jest znacznie bardziej charakterystyczna, twardsza i mniej realistyczna. Jednak widać tu określony styl obrany przez rysownika. Artysta świetnie wyważa anatomiczną poprawność z bardziej kreskówkowym sznytem. Dzięki temu postaci ludzkie wyglądają przyzwoicie, a w przypadku bohaterów bardziej abstrakcyjnych, Adam nie ogranicza się w zabawach humanoidalną fizjonomią. Doskonale radzi sobie także z szerokim wachlarzem mimiki, czego zawsze brakowało mi w pracach Andy’ego.

Ponadto Adam fenomenalnie rysuje sceny akcji. Doskonale dobiera układ i wielkość kadrów pod konkretne ujęcia, przez co komiks jest naprawdę dynamiczny. Tomik uraczy nas kilkoma naprawdę wyśmienitymi splash page’ami, przy których niejeden czytelnik zatrzyma się na kilka minut by podziwiać kunszt Kuberta. Jedyną rzeczą, jaką mogę mu zarzucić to bardzo koślawe postaci na dalszych planach, aczkolwiek, przy jego stylu nie razi to aż tak mocno. Jednak prawdziwym majstersztykiem jest to jak, Adam Kubert przedstawił Strefę Widmową. Te niemal monochromatyczne, przypominające stare fotografie wizje ociekają chłodem, pustką i beznadzieją, jaka towarzyszy temu więziennemu wymiarowi. Ponadto, Kubert sam nałożył tusz na swoje prace. Kolorami zajął się Dave Stewart. Bardzo przyzwoita robota w obu przypadkach.

Ostatni syn Kryptona to moim zdaniem pozycja absolutnie obowiązkowa dla czytelników superhero. Mamy w niej właściwie wszystko, co w tym nurcie kochamy. Bohaterów, którzy pomimo swojej niesamowitości, pozostają ludzcy. Mają nieosiągalne dla nas zdolności, ale takie same problemy jak my, zaś komiks podejmuje wyzwanie, by te problemy poruszyć. Prócz tego, mamy spektakularną akcję. Oba te aspekty łączą się w jednolitą całość, wybijającą się spośród oceanu superbohaterskich komiksów.

Stanowczo polecam osobom, które nie znają Supermana, a w swym niezrozumieniu postaci często ją lekceważą, uznając za płytką i zbyt potężną. Supermana bardzo łatwo nie lubić, gdyż na pierwszy rzut oka nie wydaję się być taki ‘cool’ jak Batman czy Iron Man. Ale to bohater, którym podświadomie chyba każdy chciałby być, posiadać jego moc itp. Magnetyzm tej postaci tkwi bardzo głęboko i naprawdę warto go odkryć. Ostatni Syn Kryptona na pewno Wam w tym pomoże. Gorąco polecam.

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Action Comics #1000

Jedną z najwspanialszych rzeczy w nurcie superhero jest ponadczasowość postaci. Herosi inspirują całe pokolenia, a …

2 komentarze

  1. Też uważam że Man of Steel to dobry film. Wszystkie filmy universum DC są lepsze od filmów MARVELA. Powinniście napisać artykuł rozstrzygający kwestię dlaczego filmy DC są tak niedoceniane? Pisze to jako osoba która preferuje komiksy MARVELA.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *