PANTEON / OTCHŁAŃ / [RECENZJA] Stranger Things

[RECENZJA] Stranger Things

2016 owocował w dzieła oddające hołd klasycznemu kinu. Dostaliśmy genialny Nowy Początek, czarujący La La Land, a jeszcze przed tymi perełkami serial Netflixa Stranger Things. Choć niemalże nikt  nie stawiał na niego pieniędzy, ja w owym czasie pokusiłabym się o taki zakład. Czekałam na serial od kiedy zobaczyłam pierwszy plakat. Mój wewnętrzny hipster jest z tego faktu dumny, bo gdy produkcja okazała się znakomicie przyjętym fenomenem mogłam stwierdzić – „hej, a nie mówiłam?”. Stranger Things znajduje się niemalże na każdej liście najlepszych seriali 2016 roku i powoli wkracza na listy kultowych serii, a przecież od jego premiery minęło niewiele czasu. Najlepszy debiut serialowy, najlepsza seria Netflixa… Stranger Things otrzymało wiele tytułów, ale czy na wszystkie zasługuje?

Stranger Things

Odcinek pierwszy rozpoczyna niezwykle klimatyczna gra w Dungegons and Dragons, bohaterowie mają niespełna dwanaście lat, zbiorową obsesję na punkcie Gwiezdnych Wojen i wszystko, co związane z popkulturą lat osiemdziesiątych. Wracając ze spotkania, dwójka bohaterów, Dustin i Will, postanawiają urządzić sobie wyścig. Osoba która wygra ma dostać 134 numer komiksu X-MEN (przyznajcie, sami gnalibyście na swoich rowerach jak sam Lance Armstrong za taką nagrodę! W 134 numerze X-MEN po raz pierwszy pojawia się Dark Phoenix, jego wartość dziś wynosi ok. 1550 zl). Po drodze Will znika w dziwnych okolicznościach. Bohaterowie, których poznaliśmy na początku spotykają Jedenastkę, ogoloną „na łyso” dziewczynkę z nadnaturalnymi zdolnościami. Zaczynają się formować się trzy grupy postaci.

Mike, Dustin, Lucas i Nastka to najmłodsza grupa bohaterów, próbująca na własną rękę zbadać sprawę zaginięcia przyjaciela i tu reżyserowie dostają ode mnie jednego z największych plusów. Nie zrobili z młodych poszukiwaczy przygód głupców, co przecież tak często zdarza się w kinie. To, że chłopcy mają tylko dwanaście lat nie przekreśla ich inteligencji. Rzadko kiedy nie irytuję się przed ekranem myśląc: „zrób to!”, „zrób tamto”, „jeju, czemu robisz właśnie TEGO?” Tu nie ma takiej potrzeby, bo dwunastolatkowie robią to, co podpowiada zdrowy rozsądek widza. Muszę podzielić też często przytaczane zachwyty nad postacią Jedenastki, która nie tylko jest bardzo dobrze napisana, ale też fantastycznie zagrana. To rola warta nagrody Emmy, a przecież Mille Bobbie Brown miała tylko kilka linijek dialogu przez całe osiem odcinków!

Komendant Jim Hooper radzi sobie z emocjanlną dziurą wywierconą w jego psychice przez stratę dziecka, gdy u jego progu staje Joyce, matka zaginionego Willa, głęboko wierząca w to, że jej syn jeszcze wróci do domu. Tu mam pierwsze zastrzeżenia. Choć ich relacja bardzo dobrze rozwinęła się przez cały sezon, było w niej zbyt wiele niedopowiedzeń i czułam, iż jest odrobinę miałka. Na dłuższą metę to nie przeszkadza widzowi, ale po głębszej analizie muszę stwierdzić – to nie jest duet perfekcyjny.

Stranger Things

Rola Joyce przypadła Winionie Ryder (Edward Nożycoręki, Czarny Łabędź, Obcy: Przebudzenie) i choć aktorka bardzo przerysowała zrozpaczoną matkę mi ta rola przypadła do gustu. Winiona nie jest manieryczna i idealnie uderza w aktorskie akordy lat 80’tych, to ostatnie na pewno nie przypadnie do gustu każdemu. Duet Hooper i Byer odpowiada raczej za kwestie techniczne w śledztwie. To oni powoli skreślają podejrzanych, przeglądają podejrzane dokumenty i robią wszystko to, czego nie mogą robić dzieciaki. Ich czas na ekranie nie nudzi, a jeszcze bardziej zasysa widza w mikroklimat Stranger Things.

W skład ostatniej grupy, za której losami podążamy wchodzi Nancy Wheeler (siostra Mike’a), Jonathan Byers (brat zaginionego Willa) i chłopak Nancy – Steve Harrington. Bohaterowie stanowią podporę dla całego wątku dramatycznego, który zaskakująco jest nie tylko znośny, ale i równie dobry co reszta serialu. Nie wyobrażam sobie Stranger Things bez sercowych problemów Nancy, bo tak jak w przypadku dzieciaków, nastolatkowie nie są głupi i zdają sobie sprawę z tego, że są problemy ważne i ważniejsze. Na dodatek każdy z nich jest dobrze rozplanowany i ich tożsamości nie są zbudowane z klasycznych, nastoletnich masek. Aktorsko Natalie Dyer przewyższają jej koledzy, większą rolę w tym sezonie miał Charlie Heaton (Jonathan Byers), miał więcej okazji do błyszczenia, ale pokładam też duże nadzieje w Joe’u Kerrym (Steve Harrington). Czuję, że w kolejnym sezonie pokaże nam na co go stać.

Podczas seansu Stranger Things czułam się tak, jakbym oglądała film pełnometrażowy. Działania trzech bohaterów przeplatają się ze sobą tworząc dzieło ostateczne. Jedyne co widz musi sam sobie dopowiedzieć to  tajemnicze zakończenie ósmego odcinka i kilka innych, małych detali, stanowiących podporę dla kolejnego sezonu. Reszta została odkryta przez bohaterów. Oby w przyszłości było więcej serii, które nie skupiają się na komunikacyjnych ułomnościach!

Stranger Things

Wizualnie, Stranger Things jest dziełem sztuki. Brak tu surowych, łopatologicznych kadrów. Każde ujęcie jest dobrze przemyślane, aby precyzyjnie odzwierciedlać lata osiemdziesiąte, bez całkowitego kopiowana stylu tamtych lat. Bardzo pomaga w tym sposób w jakim urządzone są miejsca, które może podziwiać widz, zarówno rekwizyty jak i kostiumy prezentują wysoki poziom. Twórcy stanęli na wysokości zadania.  Stranger Things jest prawdziwą perełką muzyczną, soundtrack trąci sentymentalizmem, ale za to jakim przyjemnym! W kwestii technicznej żałuję jedynie jednej rzeczy, serial nie ma dobrego, polskiego lektora. Wiem, pewnie teraz przewracacie oczami, ale wyobraźcie sobie tą klimatyczną serię z równie klimatycznym lektorem. Szkoda, że polski oddział Netflixa nie zdecydował na zatrudnienie do tej roboty Tomasza Knapika, to byłoby coś!

Na początku wydawało mi się, że serial będzie prosty fabularnie (dobry, ale prosty fabularnie). Nie mogłam się bardziej mylić. Choć wszystko wpada w lata 80te, wcale nie jest naiwne. Pierwszy sezon Stranger Things dostarczył nam angażującą historię, dynamiczne dialogi, pełnokrwistych bohaterów i narrację zarówno przewrotną jak i sprytnie sklejającą się w finalnych epizodach. Jeżeli jeszcze nie widzieliście „Dziwniejszych Rzeczy” to prawdopodobnie wpływa na to jeden z tych czynników: a) jesteście hipsterami tak wielkimi, że unikacie tego, co popularne, b) boicie się rozczarowania, c) brak Wam czasu na serial, d) mieszkacie w jaskini. Czwarty z powodów można wybaczyć, ale a) , b) i c) nie. Stranger Things zasługuje na wszelkie pochwały, to fenomanlny serial i pisząc „fenomenalny” mam na myśli, naprawdę fenomenalny, bo nie ma w nim ani jednego, prawdziwe złego elementu. Byle do listopada!

AUTOR Maja Głogowska

Osiemnastolatka bezgranicznie zakochana w popkulturze. Marzy o tym, żeby więcej osób czytało Archie Comics, poczuło o co chodzi Lynchowi i Koreedzie i choć trochę doceniło Nintendo.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Jessica Jones – sezon 1

Nigdy nie byłam taką bohaterką, jaką chciałaś, żebym była Recenzowanie krótko po premierach nie zawsze …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *