PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Spider-Man. Todd McFarlane

[RECENZJA] Spider-Man. Todd McFarlane

Dla wielu polskich czytelników wznowienie przez Egmont komiksów Todda McFarlane’a o Człowieku-Pająku stanowiło zapewne nie lada gratkę – swoistą podróż do przeszłości. Wybrane zeszyty z jego autorskiej serii Spider-Man pojawiały się w naszym kraju niedługo po ich amerykańskiej premierze, bo już na początku lat 90. Dzięki temu, podobnie jak inne pozycje wydawane nakładem TM-Semica, dziś cieszą się sporym sentymentem, który, co oczywiste, często znacznie przyćmiewa faktyczną jakość takiego dzieła.

Polskie wydanie musiała oczywiście zdobić najsłynniejsza okładka autorstwa McFarlane’a.

Zbiór, który ukazał się w ekskluzywnej linii Klasyka Marvela, stwarza doskonałą okazję do tego, żeby sprawdzić jak z upływem czasu poradziły sobie wszystkie numery Spider-Mana, przy których McFarlane pracował zarówno jako scenarzysta, jak i rysownik. Czy kultowy tytuł jego autorstwa ma nadal cokolwiek do zaoferowania?

Wyjątkowo recenzję rozpocznę od poruszenia kwestii warstwy graficznej, co znajduje uzasadnienie w tym, że to właśnie swoją kreską, a nie scenariopisarskimi zdolnościami, McFarlane przebił się do świadomości czytelników. To za jej sprawą wyrobił sobie nazwisko, które pomogło mu odnieść sukces, czy to w Marvelu, czy w założonym przez niego i jego kolegów Image Comics.

Rysunki późniejszego twórcy Spawna, prezentowane na łamach omawianego Spider-Mana, bez dwóch zdań ciągle robią wrażenie. Trzeba przyznać, że do superbohatera, którego jednym z popularniejszych przydomków jest „spektakularny”, te efektowne, ekspresywne ilustracje pasują jak ulał. Patrząc na nie, można założyć, że artysta starał się wypełnić każdy milimetr strony i zostawić jedynie minimum wolnej przestrzeni. Splątane sieci, ekwilibrystyczne pozy Człowieka-Pająka, strzeliste wieżowce Nowego Jorku – wszystko to zdaje się wylewać poza ramy poszczególnych paneli.

Dzięki za przypomnienie, że wujek Ben ciągle nie żyje!

Zabiegiem, który stosuje tu McFarlane i który wzmacnia ten efekt przepychu, jest wykorzystywanie wąskich, ciasnych kadrów. Rysownik regularnie rezygnuje z szerszej perspektywy i z dokładniejszego zobrazowania danych sekwencji na rzecz ich kluczowych fragmentów, detali oddających to, co w nich najważniejsze. Przykładowo, zamiast całego ciała Spider-Mana przygwożdżonego gruzem, prędzej pokaże wyłącznie wystający z pomiędzy kamieni bark bohatera – nic więcej przecież nie potrzeba, żeby zrozumieć jego trudne położenie. Dzięki temu, że McFarlane przywiązuje naprawdę dużą wagę do szczegółów, w tej ciasnocie nie ginie czytelność.

Niekoniecznie jest to kreska, która każdemu przypadnie do gustu – wątpliwości może budzić specyficzny sposób rysowania ludzkich twarzy i charakterystycznie zadarte nosy – ale łatwo pojąć czemu swego czasu robiła furorę wśród nastoletnich odbiorców. Teraz, gdy w mainstreamowym komiksie superbohaterskim artyści coraz częściej muszą „iść” w powodowany pośpiechem minimalizm, okazjonalny powrót do tak drobiazgowej estetyki stanowi zaskakująco miłą odmianę.

Wydanie Egmontu otwiera najsłynniejsza historia o Spider-Manie pióra McFarlane’a, czyli Udręka (w oryginale: Torment). Ta ponura i krwawa opowieść utrzymana w klimacie grozy ma w sobie coś enigmatycznego. Rzuca nowe światło na postać Lizarda, nawiązuje do Ostatnich Łowów Kravena i sięga po wątki voodoo, ale ciężko jednoznacznie stwierdzić, co scenarzysta chciał nią osiągnąć. Jej celem było po prostu zaprezentowanie gorszego dnia Petera Parkera i skontrastowanie jego nocnego życia z nocnym życiem Mary Jane? A może próba odwrócenia pewnych motywów znanych z wielu komiksów Marvela (zwłaszcza tych dotyczących gadatliwych złoczyńców, którzy dzielą się z herosem swoimi złowieszczymi planami)? Autor zostawia czytelników bez odpowiedzi – przyczyną ambicja stworzenia mniej oczywistej fabuły czy raczej lenistwo? Nie tak łatwo go tu rozgryźć.

Gościnny, acz niemały występ zalicza nawet Wolverine.

W następnych numerach Spidey mierzy się z Hobgoblinem, który, tak jak wspomniany Lizard, jest tutaj brutalniejszy i bardziej bezwzględny niż zwykle był przedstawiany. On i Connors są więc skłonni do prawdziwego okrucieństwa i pozbawieni zahamowań. Pierwszy z nich jawi się w wersji McFarlane’a jako nawiedzony psychopata o prezencji gotyckiego upiora. Z kolei drugi to kierujący się instynktem, dziki drapieżnik. To samo mógłbym napisać o Wendigo – antagoniście z kolejnej historii – gdyby nie całkiem ciekawy twist, przy pomocy którego scenarzysta zmienia nagle rolę monstrum w fabule.

Kanadyjczyk, po uzyskaniu większej swobody artystycznej, nie kalkulował i z serii o przyjaznym superbohaterze z sąsiedztwa uczynił komiksowy horror pełną gębą, czego dowodem niech będzie też pojawienie się w pewnym momencie postaci wampira Morbiusa. McFarlane nie zawahał się wprowadzić do Spider-Mana szeregu niepokojących, obrazowych scen, które zdecydowanie nie nadają się do pokazywania najmłodszym odbiorcom. Ci uświadczą tu bowiem tak nieodpowiednich dla nich treści, jak masowe morderstwa, pożeranie ludzi przez czyhające w ciemnościach potwory czy też kierowane chorą ideologią oszpecanie dzieci i pranie im mózgów. McFarlane, choć sili się na podniosłą, niemal patetyczną narrację (przypominającą trochę tę typową dla dzieł Franka Millera), jest przy tym zupełnie bezrefleksyjny. Eksponuje przemoc, bo… nikt mu tego nie zabrania. Niewiele z niej jednak wynika.

Można odnieść wrażenie, że im bliżej końca zbioru, tym mniej interesował autora sam Peter. Jakby dostrzegł, że postać dobrodusznego studenta-reportera niezbyt pasuje do jego pomysłów na tę serię. O ile jeszcze na jej początku poświęcał sporo miejsca na proste scenki z prywatnego życia Parkera i MJ, o tyle w finałowych numerach wyraźnie od tego odchodzi. Ostatecznym potwierdzeniem tej tezy jest zamykający tom crossover z X-Force Roba Liefelda i Fabiana Niciezy – obfitujący w niewyszukaną, superbohaterską akcję, ale zarazem wyzuty z resztek subtelności.

Spider-Man McFarlane’a to pełnokrwisty (użycie tego słowa w kontekście Morbiusa nie jest przypadkowe) horror.

Czuć, że recenzowany tytuł został stworzony przez dorosłe dziecko – człowieka, który wychowywał się na historiach z najsłynniejszym herosem Marvela i chłonął je z nieskrywanym zachwytem, ale z czasem zaczął oczekiwać od nich czegoś bardziej ekstremalnego i śmiałego. W efekcie sam w końcu wziął po latach sprawy w swoje ręce i wymyślił komiks skrojony idealnie pod gusta osób, które w dziewiątej dekadzie XX wieku były akurat nastolatkami. Nie da się przecież odmówić Spider-Manowi McFarlane’a tego, że dla takiej grupy docelowej zwyczajnie musiał on być pozycją znacznie atrakcyjniejszą niż chociażby „grzeczne” zeszyty pisane przez Stana Lee i Steve’a Ditko.

Ten brudny, niepokorny charakter całości sprawia, że przygody Pająka zebrane w tym albumie dalej czyta się z umiarkowaną przyjemnością. Bez wątpienia nie zestarzały się tak mocno, jak masa innych komiksów Marvela wychodzących w latach 90.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Promethea: Księga Pierwsza

Patrząc na ofertę polskich wydawców komiksowych, można odnieść wrażenie, że bibliografia Alana Moore’a to worek …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *