PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Secret Wars: The End Times/Doom Messiah

[RECENZJA] Secret Wars: The End Times/Doom Messiah

Muszę przyznać: ze sporą dawką podejrzliwości reaguję na każdą zapowiedź kolejnego, przedstawianego jako zmieniającego wszystko eventu Marvela. Zwłaszcza, jeżeli ma on zlikwidować marvelowe multiwersum, jak nam to obiecano przy okazji nowego Secret Wars. Postanowiłam jednak sprawdzić pierwsze dwa zeszyty, by przekonać się, czy moje niezliczone obawy są uzasadnione.

Na razie niekoniecznie. Muszę przyznać, że event zaczyna się całkiem nieźle. Punktem wyjścia jest w nim nadchodzące zderzenie Marvel Universe i Ultimate Universe. Dobrze nam znani herosi z Ziemi 616 starają się zabezpieczyć cywili na miarę swoich możliwości, a ich odpowiednicy z 1610 pod wodzą Reeda Richardsa przygotowują się do ataku. Nietrudno więc przewidzieć, że prowadzi to do bijatyki.Jonathan Hickman miał przed sobą trudne zadanie: w końcu na planszy (i dalej w komiksie) przedstawiającej dramatis personae pojawia się kilkadziesiąt znanych twarzy. Na szczęście sporej ilości z nich udaje się mniej lub bardziej błysnąć (moim zdaniem najfajniej wypadł króciutki występ Punishera i Captain Marvel bijąca się z Ultimate Iron Manem). Co prawda pierwszy zeszyt to przede wszystkim zawiązanie akcji, ale scenarzysta już raczy nas cliffhangerem, tylko częściowo rozwiązanym w #2.

Jedynka jest efektownym zeszytem, ale to drugi zeszyt rozpoczyna właściwą fabułę. Pełni on funkcję przede wszystkim ekspozycyjną, wprowadzając czytelnika w realia i zasady rządzące Battleworld – a są one całkiem ciekawe. Recenzenci porównują świat przedstawiony przede wszystkim do Gry o Tron, i jest to słuszna analogia: każda z krain jest rządzona przez barona podległego Doomowi, a kontakty między tymi królestwami są zabronione (niczym w Lego Przygoda).

Kolejne podobieństwa do sagi Martina i serialu HBO nasuwają się same, gdy w komiksie pojawia się Shield – gigantyczny mur chroniący cywilizację od niebezpieczeństw, proces przez pojedynek i dr Strange podejrzanie przypominający Littlefingera… A to nie koniec pomysłów związanych z kreacją świata, który zostawia ogromny potencjał na dziesiątki tie-inów. Hickman wydaje się pewnie projektować event, co daje nadzieję na jego rozwój w kolejnych numerach.

Jeżeli zaś chodzi o oprawę graficzną: rysunki Esada Ribićia w obu zeszytach stoją na naprawdę wysokim poziomie. W pierwszym kreska artysty podkreśla przede wszystkim emocje bohaterów i sceny walki, w drugim świetnie dopasowuje się do konwencji, bliższej high fantasy niż superhero. Oczywiście trzeba tu też pochwalić kolorystę – Ive Svorcina w #1 korzysta przede wszystkim ze stwarzających atmosferę zagrożenia oranży, w #2 zaś paleta składa się z zimniejszych i ciemniejszych kolorów.

Oczywiście Secret Wars zostawia sporo miejsca na domysły i niepewność, można też się zastanawiać nad niedociągnięciami, ale warto pamiętać, że seria jest dopiero w jednej czwartej drogi. Z jednej strony jest więc to powód do optymizmu, ale z drugiej warto pamiętać, że sporo może się zmienić, niekoniecznie na lepsze. Nie zmienia to jednak faktu, że oceniam pierwsze dwa zeszyty pozytywnie, i uważam, że warto na nie rzucić okiem. Zarówno jeśli jesteście już fanami marvelowego multiversum, oraz jeżeli planowaliście zacząć lekturę na bieżąco, ale nadal tego nie zrobiliście. Sama planuję nowe Secret Wars śledzić, i po raz pierwszy od jakiegoś czasu mam szczerą nadzieję, że Marvel mnie swoim eventem nie zawiedzie.

AUTOR Śledź

Przedstawicielka młodego pokolenia Panteonu, niepoprawna fanka Young Avengers i WicDiva, zaczytująca się w pozycjach Image Comics. Rasowy nerd, human z informatyki, człowiek-mem.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[Recenzja] Runaways Tom 1

Na pewnym etapie życia wszyscy młodzi ludzie są przekonani, że ich rodzice to najgorsi ludzie …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *