PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Rodzina z domku dla lalek

[RECENZJA] Rodzina z domku dla lalek

Dominujące w sieci dyskusje na temat tego, czy komiksowe horrory działają i czy w ogóle mają rację bytu, często sprowadzają się do powierzchownej konkluzji, która brzmi następująco: statyczne rysunki, ułożone obok siebie na jednej stronie, nie mogą wzbudzić najmniejszego strachu. Skoro zatem nie straszą, nie są efektywnym przedstawicielem gatunku. Brzmi logicznie? Możliwe, ale dla mnie przede wszystkim świadczy o tym, w jaki zaułek zapędzono definicję horroru. Idąc takim tokiem myślenia, wychodzi przecież na to, że została zarezerwowana tylko dla audiowizualnych tworów – filmów, seriali, teledysków…

Jak łatwo zauważyć, takie podejście wyjątkowo działa mi na nerwy, bo zarówno dowodzi lekceważącego traktowania dzieł grozy (ogranicza się je do tego wspomnianego „straszenia”, jakby ich głównym celem było sprawienie, by odbiorca podskakiwał w fotelu), jak i prowadzi do „psucia” się gatunku. Efektem masowo wypuszczane do kin produkcje oparte na szokowaniu widza i tzw. jumpscare’ach, w lawinie których często giną naprawdę wartościowe obrazy.

Czego więc ja oczekuję od horrorów? Tajemnicy. Napięcia. Niepokoju. Trochę ciążącego bohaterom dramatu. I wydanemu niedawno przez Egmont albumowi pt. Rodzina z domku dla lalek, przynajmniej częściowo, udaje się te wymagania spełnić.

Mając już za sobą także Kosz pełen głów autorstwa Joe Hilla, sprawującego pieczę nad ukazującą się w ramach imprintu DC Black Label linią Hill House Comics, chciałbym zacząć od tego, że doceniam różnorodność, cechującą oba te tytuły. Otóż, pierwsze wrażenie, jakie odniosłem po zapoznaniu się z nimi było takie, że reprezentują zupełnie skrajne podejście do gatunku, co daje nadzieję sądzić, że cyklu prędko nie dotknie rutyna. O ile Kosz… miał iście pulpowe zacięcie i w małomiasteczkową, kryminalną intrygę ochoczo wplatał sceny gore (będące przy okazji nośnikiem zamierzonego czarnego humoru), o tyle Rodzinie… bliżej do familijnej sagi z niemal lovecraftowskim sposobem budowania mitologii.

Tytułowy dom dla lalek, który zawsze znajduje się w centrum wydarzeń komiksu autorstwa scenarzysty, M.R. Careya, oraz rysownika, Petera Grossa (duetu znanego czytelnikom m.in. z Lucyfera), kryje bowiem sekrety sięgające milionów lub miliardów lat, jeśli nie czasów sprzed powstania świata. Jest żywym bytem, którego istnienie pozostaje uzależnione od losów zwykłej, niczym niewyróżniającej się rodziny.

Główną bohaterkę, Alice Dealey poznajemy w dniu, w którym kończy sześć lat. Po wprowadzeniu się z mamą i tatą do nowego domu dziewczynka odkrywa, że zmarła ciotka zostawiła jej w spadku staroświeckie zabawki. Mała Alice, uciekając od problemów i stale kłócących się rodziców, jedynych przyjaciół upatruje w podarowanych laleczkach. Fakt, że one zaczynają odpowiadać na jej zwierzenia i zachęcają ją, by na stałe zamieszkała z nimi w ich pozbawionym cierpienia domku, bynajmniej nie martwi dziewczynki. Jak mogłaby nie cieszyć się z tego, że ktoś w tej samotni wreszcie zauważa jej obecność?

Lata mijają, a rodzina lalek coraz mocniej ingeruje w życie dorastającej Dealey. Czytelnik śledzi tę dziwną relację naprzemiennie z historią rodu, którego jest potomkinią. Podział staje się w pewnym momencie dość klarowny. Wątek Alice stanowi trzon komiksu, to on ma na celu zaangażować i dotknąć odbiorcę. Segmentowi poświęconemu jej przodkom przyświeca zaś mniej atrakcyjna funkcja objaśniania genezy wiszącej nad familią klątwy. Dla mnie, co w dużej mierze wynika z tego, że od historii, które starają się w pośpiechu tłumaczyć najbardziej abstrakcyjne kwestie, wolę te niedopowiedziane dreszczowce, właśnie w tej drugiej warstwie zabrakło jakiegoś emocjonalnego podłoża. Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że bez tego połowa albumu ogranicza się do sucho opisowego dopełniania fabuły.

Szkoda tym bardziej, bo wszystkie pozostałe elementy są niewątpliwie na swoim miejscu. Alice jest ciekawą i dającą się lubić protagonistką, a ilustracje Grossa równie dobrze sprawdzają się w obu, pozornie tak odmiennych, osiach czasowych.

Porównując dwa tomy z Hill House Comics, które dotychczas ukazały się w Polsce, można zamknąć się w jednym, krótkim zdaniu i wysunąć prosty wniosek: Rodzina z domku dla lalek przebija pomysłem Kosz pełnych głów o… głowę, ale Kosz pełen głów góruje nad Rodziną z domku dla lalek pod względem ostatecznej realizacji. Po lekturze komiksu Hilla towarzyszyło mi odczucie, że lepszy zwyczajnie nie mógł już być. Osiągnął tyle, na ile pozwalała tak nieskomplikowana historia. W przypadku dzieła Careya skłaniam się z kolei ku opinii, że jego potencjał nie został całkowicie wykorzystany. Finalnie nie przeszkadza mi to jednak w nazwaniu go udaną pozycją i interesującą alternatywą dla takich komiksowych horrorów, jak Hrabstwo Harrow czy Przez las.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[Recenzja] Uniwersum DC według Mike’a Mignoli

Najpierw dzięki Egmontowi a później za sprawą innych wydawców (Scream, KBOOM czy Non Stop Comics) …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *