PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Promethea: Księga Pierwsza

[RECENZJA] Promethea: Księga Pierwsza

Patrząc na ofertę polskich wydawców komiksowych, można odnieść wrażenie, że bibliografia Alana Moore’a to worek bez dna. Za każdym razem, gdy zaczynam myśleć, że wszystkie jego wartościowe dzieła zdążyły ukazać się już w naszym kraju, na rynku pojawia się coś, co każe mi zweryfikować to przypuszczenie. Recenzowana Promethea jest tego idealnym przykładem.

Tytuł wydawany na przełomie XX i XXI wieku w ramach imprintu WildStorm, America’s Best Comics, nie odbił się takim echem, jak chociażby Strażnicy, V jak Vendetta, Miracleman czy nawet pochodząca z tamtego okresu Liga Niezwykłych Dżentelmenów, i raczej nie określa się go mianem sztandarowej pozycji z portfolio słynnego Brytyjczyka. Dlatego też przez lata zwyczajnie uchodził mojej uwadze. Kiedy jednak po niedawnej lekturze innych, znacznie popularniejszych komiksów autorstwa Moore’a – nigdy niepublikowanego wcześniej w Polsce zbioru historii o Supermanie z WKKDC i finale Sagi o Potworze z Bagien od Egmontu – nawinęła się okazja, żeby sprawdzić także i ten, nie mogłem z niej nie skorzystać.

Prometheę wyróżnia bardzo interesujący punkt wyjścia. Tom rozpoczyna się bowiem wstępem, w którym Moore przedstawia losy fikcyjnych bohaterek pojawiających się w tekstach rozmaitych twórców z różnych okresów historycznych. Postacie te łączy to samo imię oraz zastanawiająco podobna charakterystyka. Niezależnie od tego, czy opisywał ją poeta, czy występowała w komiksowych paskach lub gościła na kartach groszowych powieści fantasy, autorzy zawsze nadawali jej zbliżone przymioty. Tytułowa Promethea jawiła się więc jako księżniczka wróżek, bogini, wojownicza królowa z baśniowej krainy. Charyzmatyczna, dobroduszna i roztaczająca wokół siebie aurę pewnej niesamowitości.

Gdy scenarzysta rozpoczyna właściwą opowieść, jej protagonistką mianuje nieśmiałą, niepewną siebie Sophie Bangs, która zbiera materiał do pracy semestralnej poświęconej dziejom Promethei. Dziewczyna, po zrobieniu pogłębionego researchu, umawia się na wywiad z żoną zmarłego artysty, który jako ostatni tworzył przygody czarodziejki. Na miejscu odkrywa, że za sprawą wyobraźni męża jej rozmówczyni stała się kolejnym wcieleniem władczyni cudownego Hy Brasil. Teraz wdowa musi jednak ustąpić, a na swoją następczynię wyznacza właśnie nastoletnią Sophie. Ta ma niewiele czasu, żeby oswoić się z nową rolą.

W świecie przedstawionym to, co wyimaginowane, nabiera realnych kształtów i zamieszkuje Immaterię – fantastyczny niematerialny wymiar, do którego dostęp mają tylko nieliczni. Pełen absurdalnych stworów i niepowtarzalnych lokacji oraz rządzący się swoimi zasadami.

Tak wymagający scenariusz należało oddać w ręce jakiegoś wszechstronnie uzdolnionego ilustratora. Padło na J. H. Williamsa III, a zatem wybór nie mógł być lepszy. Mówimy w końcu o artyście, który jak mało kto potrafi płynnie zmieniać i mieszać style rysowania, dostosowując się do konwencji komiku, przy którym pracuje. Williams, znany m.in. z Sandman: Uwertura, Batwoman: Elegy czy też Batmana Granta Morrisona, może tutaj dać się ponieść i pokazać pełnię swoich możliwości. Jego plansze zachwycają niebanalnym rozmieszczeniem kadrów, ilością detali i wirtuozerskim przechodzeniem z jednej estetyki do drugiej.

O ile Promethea niewątpliwie kipi od kreatywności, a jej warstwa wizualna oferuje najprawdziwsze fajerwerki, o tyle fabularnie bywa problematyczna. Większa swoboda artystyczna, na którą Moore mógł liczyć dzięki wyrobionemu nazwisku, przyczyniła się do tego, że z wiekiem poprzez swoje dzieła zaczął on zdradzać własne fantazje i fetysze. W wielu przypadkach wykorzystywał sferę seksualną, żeby symbolicznie wspierać rozwój postaci lub obrazować zbliżenie jako rytuał przejścia. Przykładowo, słynna sekwencja ze Swamp Thinga wywierała ogromny impakt na historię – przedstawiała przełamanie barier, metafizyczne, zmysłowe doznanie, będące zapowiedzią daleko idących zmian w życiu Abby i Potwora z Bagien.

W recenzowanym tytule Moore podchodzi do tematu w znacznie płytszy, ocierający się nawet o pretensjonalność, sposób. W pewnym momencie Sophie jest bowiem zmuszona oddać się magowi, żeby posiąść wiedzę niezbędną do dalszej walki ze złem. Pomijając już sam fakt, do jakich prowadzi to implikacji, scena seksu Promethei z kilka razy starszym mężczyzną wydaje się zaskakująco tanim, jak na Moore’a, chwytem. Nie da się nie zauważyć, że służy wyłącznie temu, żeby odhaczyć kolejny punkt scenariusza. Nijak nie wpływa przy tym na resztę historii. Przypomina przez to nieciekawą misję poboczną, którą trzeba wypełnić w grze, aby kontynuować główną linię fabularną.

Nie tylko to sprawia wrażenie mało wyszukanego – być może to niepopularna opinia, ale jestem zdania, że twórca Strażników i Zabójczego żartu… nie ma poczucia humoru. Z cięższą tematyką radzi sobie zwykle wyśmienicie, ale kiedy sili się na frywolne, komediowe wstawki w postaci złośliwych komentarzy rzucanych przez nastolatki efektem są nienaturalnie, niekiedy niezręcznie brzmiące dialogi. Na szczęście nie odwołuje się do nich zbyt często.

Egmont wydał Prometheę w takim samym formacie, jak np. wspomnianą Sagę o Potworze z Bagien, czyli w twardej okładce i na kredowym papierze. Do jakości tradycyjnie nie można mieć żadnych zastrzeżeń, bo ponownie otrzymujemy dopracowany, pięknie prezentujący się produkt. Także dzięki temu, choć finalnie nie czuję, żeby lektura omawianego tomu dała mi coś wyjątkowego, absolutnie nie żałuję, że mam go na swojej półce.

Historia o bohaterce z krainy wyobraźni wypada całościowo gorzej od najlepszych komiksów Moore’a, ale też zdaje się nie mieć ambicji ku temu, żeby im dorównywać. To po prostu autorski, miejscami szalony eksperyment, w którym na pierwszy plan wysuwa się zabawa z formą i możliwościami, jakie niesie medium. Miłośnicy twórczości scenarzysty nie powinni tego przegapić.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Doom Patrol – Tom 1

Zamiast zaczynać ten tekst encyklopedycznym streszczeniem skąd wziął się Doom Patrol i czy to X-Men …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *