PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Paper Girls – Tom 6

[RECENZJA] Paper Girls – Tom 6

Nadszedł czas! I choć nasze Gazeciary widziały już niejeden, my po raz pierwszy doświadczamy końca.  Wielkiej kosmicznej intrygi, przygód czwórki przyjaciółek, świata jaki znamy i przede wszystkim, rewelacyjnego komiksu Briana K. Vaughna. Ale czy taką scenariopisarską hekatombę da się zakończyć ot tak, bez problemu? Zaraz Wam opowiem.

Nie mamy niestety czasu na streszczanie fabuły, bowiem przez ostatnie pięć tomów wydarzyło się właściwie wszystko, co w obserwowalnym wszechświecie wydarzyć się mogło. Nie ma go też wydawca, który uprzedza nas tylko, że „nie możemy tego przegapić”. I słusznie, bo kto nie chciałby się dowiedzieć, czemu od paru tygodni twoje życie rozciąga się na kilka tysiącleci, planet i wymiarów. Tego ostatecznie też chcą dowiedzieć się Erin, MacKenzie, KJ i Tiffany. I chyba po raz pierwszy od… od kiedy zaczęła się cała ta eskapada, wszechświat wreszcie zaczął umieszczać elementy łamigłówki we właściwych miejscach. Żeby jednak nie rujnować frajdy z układania, każda z dziewczyn będzie musiała układać swoje puzzle niezależnie od reszty.

To bardzo dobra decyzja ze strony scenarzysty, ponieważ mimo swojej oczywistości, zapewnia nam nieco miejsca na oddech. Wystarczająco męczące jest samo skakanie po obcych światach, a tym bardziej gdy cztery silne charaktery walczą o dominująca w historii pozycję. Każda z dziewcząt dostaje tutaj swoje piętnaście minut by zabłysnąć, i to właśnie wtedy mają okazję udowodnić nam, jak dużą zmianę przeszły. Koleżanki nie słyszą, nie ma się czego wstydzić, nie będzie obciachu. I nie za każdym razem będą to zmiany spodziewane, czy nawet mile widziane. Bo choć wojna nigdy się nie zmienia, jej dzieci już tak.

Jednak nie chodzi tutaj tylko o pouczanie młodocianych o szkodliwości papierosów czy homofobii. Paper Girls to przecież w nie mniejszej mierze gigantyczny fantastyczno-naukowy poligon doświadczalny Briana K. Vaughnana, gdzie autor sprawdza na co jeszcze pozwoli mu natura. I choć pozwoliła mu na wiele, to czy pozwoliła mu się jakoś wytłumaczyć z tego co zbroił? Mówiąc krótko, tak. Idąc przy tym na kilka kompromisów. Nie powinno to dziwić nikogo, bo biorąc pod uwagę hekatombę fabularną z jaką mamy tu do czynienia, musimy pójść skrótem.

Nie mam najmniejszych kompetencji, by rzucać tutaj frazesem pokroju „sam bym tego pewnie lepiej nie poukładał”, bowiem przy pustyni wyobraźni Vaughnana, mój umysł to pewnie uboga piaskownica. Wspomniany skrót jest na szczęście drogą prowadzącą do celu, bo choć ostatnia część naszej przeprawy może zdawać się o wiele krótsza, jest to wciąż niezwykle przyjemna podróż. Każdy z bohaterów tła okazuje się działającym trybikiem maszyny czasu, podrzucane tropy prowadzą do konkluzji, a zakończenie zostawia czytelnika z idealnym odczuciem, jakie tego typu historia powinna wywołać – choć jestem gotowy na więcej, cieszę się że przebyliśmy tę drogę razem.

Przykro jest mi też żegnać się z kolejnymi dziełami Cliffa Chianga. Z perspektywy kilku lat spędzonych w towarzystwie jego kreski, zdążył urosnąć do miana jednego z moich ulubionych współczesnych artystów. To przez pryzmat jego rysunków postrzegam obecnie komiksowe lata 80-te i wszelaki retro futuryzm, więc ciężko będzie mi przyjąć do serca kolejnego mistrza, o ile kiedyś taki jeszcze nadejdzie. Tym razem zdążył dopisać w mojej pamięci jeszcze jedną zasługę, którą było symultaniczne prowadzenie czterech wątków, o czym mówiłem wcześniej. Przearanżowanie kompozycji i rozciągnięcie kadrów na szerokość dwóch stron sprawia, że całość czytało się bardziej jak zwój z przepowiednią, aniżeli zwykły amerykański komiks.

Niezmiernie cieszę się, że dane mi było wyruszyć w tę kosmiczną podróż razem z Mac, KJ, Erin i Tiffany. Dziewczyny zdążyły wyruszyć w trasę w idealnym dla postmodernistyczego ujęcia lat 80-tych czasie i zakończyć ją na początku kolejnej dekady. Choć to nie tylko w odgrzewaniu niegdyś smacznych kotletów tkwi siła komiksu Vaughnana. Dał nam on bowiem zupełnie nowy, świeży i wyrazisty posiłek, który nasyci nawet najbardziej wybrednego głodomora. I bez wątpienia narobi nam przy tym smaku na dokładkę.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Tokyo Ghost Tom 1

Przysłowie mówi, że nie powinno się oceniać książki po okładce. A na niej znajdują się …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *