PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Paper Girls – Tom 4

[RECENZJA] Paper Girls – Tom 4

Na początek pobawimy się w skojarzenia. Pierwszym będzie pluskwa milenijna. Jeśli wasze dzieciństwo nie mieściło się najdalej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, może być to dość obce zjawisko. W dużym skrócie, była to zakrojona na dużą skalę paranoja, wywołana nadchodzącym przestawieniem się dat na rok 2000 w systemach komputerowych. Samoloty miały spadać z nieba, banki zerować konta, komputery wybuchać a giełda upadać z chwili na chwilę. Jak jednak możemy zaobserwować, świat się nie skończył. Jednakże, kiedy grupa nastolatków wpada w wir czasu, ingerując zarówno w przeszłość i przyszłość, coś może się posypać. A jako że tym od trzech tomów zajmują się nasze tytułowe gazeciary w Paper Girls, zobaczmy co wydarzyło się w pewnej wersji roku dwutysięcznego.

Paranoja sięgnęła zenitu. Na horyzoncie pięściami okładają się wielkie mechy, twoje rodzinne miasto zostało rozgrabione a do domu jeszcze jakieś 12 lat drogi. A w dodatku twoja przyjaciółka wciąż się nie odnalazła. Na szczęście w całą aferę z podróżą w czasie, są też zamieszani nowi sojusznicy. Dziewczęta postanawiają obrać trop, wskazany im przez tajemniczego Chucka Spachefskiego za pomocą gazet, które roznoszą. Równolegle, ich zaginiona przyjaciółka zaczyna odkrywać, że żadna ze ścieżek życiowych nie powinna być brana jako pewnik. Całkiem sporo się dzieje…

Przyznam, że przy całej aprobacie jaką wyrażam względem pomysłów Vaughnana, ilość konwencji i motywów jakie próbuje zamknąć w Paper Girls może miejscami być przytłaczająca. Jednakże tom czwarty wreszcie zaczyna podsuwać nam odpowiednie elementy układanki, abyśmy mogli złożyć z nich pełny obrazek. Zaczynamy rozumieć skąd wzięli się adwersarze naszych bohaterek i jakim cudem ci przypadkowi ludzie wiedzą o co chodzi w podróżach w czasie. To ogromna ulga, rozważając oczywistą prawdę, że skomplikowane równania najtrudniej będzie rozwiązać. Tym bardziej, że rozwiązania proponowane przez scenarzystę korespondują z poprzednimi tomami na dwóch płaszczyznach.

Po pierwsze, dramaturgii. Podróże w czasie to nie przyjemny spacer po parku, a permanentna obawa o zmianę całej egzystencji. Zwłaszcza gdy nie wiemy gdzie został popełniony błąd, który zrujnuje całe nasze życie, które właśnie nam pokazano. Dziewczyny kolejno odkrywają nieznane wcześniej zakamarki własnych osobowości, momentalnie je podważając, przez co stopniowo podupada ich wiara w siebie i sens całej eskapady. No bo skoro i tak nigdzie nie zajdziemy, czemu by nie poddać się już teraz? Paradoksalnie, to właśnie ten dualizm jest jednym z fundamentów całej historii. Kto zdecyduje się wziąć los w swoje ręce, a kto postanowi zupełnie odpuścić? Czy cała praca nie pójdzie na marne? I czy ten węzeł gordyjski da się splątać jeszcze bardziej.

Drugą ze wspomnianych płaszczyzn jest spójność wizualno-tematyczna. Jak wszyscy wiemy, wielkie roboty są fantastyczne. Ale jak udowadnia nam od kilku lat Michael Bay, żeby się nimi cieszyć, muszą znaleźć się przez naszymi oczami z jakiegoś powodu. Vaughnan na szczęście znalazł im dobry powód by toczyć zacięte walki na pięści, a w dodatku umieścić je na innej płaszczyźnie rzeczywistości. Za sterami stoi organizacja, która ma w swoich działaniach istotny cel, a my właśnie zaczynamy rozumieć o co jej chodzi.

Dodatkowo, po czterech tomach Paper Girls wszystkie kuriozalne uniformy, których nie powstydziłaby się Lady Gaga circa about 2010, przestają szokować. Kuriozalność świata, który czytelnik odbiera jako obcy bardziej wybrzmiewa ze świata świeżo po wybuchu pluskwy milenijnej. To w roku 2000 znajduje się ta dziwniejsza część ludzkości. I choć nieco się powtórzę, tutaj właśnie znajduje się najważniejsza część historii. Jeszcze nigdy wcześniej doczesność życia i jego kruchości nie wybrzmiewała tak wyraźnie. Dodatkowym atutem jest także coś, co pozwolę sobie określić jako „stonowaną apokalipsę”. Nie licząc pojedynczych opuszczonych budynków, Vaughnan do spółki z Chiangiem nie starają się wykreować świata, który dotknęła absolutna zagłada. Owszem, system upada, ale ludzkość nie przestała istnieć. Po prostu zasady nieco się zmieniły, a wszyscy muszą się dostosować.

Kudos wędruje też do Vaughnana za bardzo konsekwentne, ale i subtelne rozwijanie charakterologii głównych bohaterek. Szczególnie, że na przestrzeni całej historii, każda z nich okazuje się wykluczona z innego powodu. Owszem, w punkcie wyjścia są one typowymi schematami, które znacie ze wszystkich filmów Nowej Przygody czy pierwszych powieści Stephena Kinga. Jednakże po lekturze już czterech tomów, widzimy z jakiej gliny ulepione są dziewczęta. Agresja pod którą kryje się masa kompleksów, odmienna orientacja seksualna czy najzwyklejsza nieumiejętność dopasowania się do własnych rówieśników. To z młodzieńczych buntów wyrosną z czasem kryzysy wieku średniego. Przynajmniej te, na jakie może cierpieć ktoś z przełomu pokolenia X i millenialsów. Aż na myśl przychodzi pytanie, jakie swego czasu zadał Janusz Kofta w pierwszych wersach utworu Arcytektura.

Przeglądając wszystkie zeszyty Paper Girls raz za razem, powoli zaakceptowałem fakt, że Cliff Chiang stał się jednym z moich ulubionych artystów komiksowych. Okładka pierwszej części powiększona do rozmiaru plakatu to jeden z najcenniejszych suwenirów komiksowych jakie posiadam i żadne ze skierowanych nań spojrzeń nie ujmuje mojej fascynacji kreską artysty. Ilustracje nadal ogromnie cieszą oko, a dodatkowo artysta ma możliwość zaprezentować swój warsztat w zupełnie nowych okolicznościach. Wszak dotychczas nie mieliśmy okazji widzieć imponujących walk robotów w wykonaniu Cliffa. Poza tym, stała klasa światowa. Zero potknięć. Zero uwag.

Tom czwarty Paper Girls to podobnie jak poprzednie części, niezwykle angażująca lektura. Seria obrała konkretny kierunek, który wreszcie zdaje się zmierzać do satysfakcjonującego końca, zawiązującego wątki. Stosunek akcji i rozterek młodych bohaterek jest utrzymany w idealnej równowadze, przez co historia nie wpada w banał a materiał nie męczy. I pomyśleć, że w punkcie wyjścia to kolejna historia bazująca na manii lat 80. Jakieś uwagi? Tak, w latach 2000-nych jeszcze nie mówiliśmy „sztos”. Choć teraz, to bardzo akuratne określenie.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] The Wicked + The Divine: Fandemonium

The Wicked + The Divine dla mnie osobiście jest jedną z najlepszych serii komiksowych ostatnich …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *