PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Obcy: Przymierze

[RECENZJA] Obcy: Przymierze

Naszemu „bohaterowi” nie wiedzie się ostatnio zbyt dobrze. Mówię tutaj nie tylko o Ósmym Pasażerze Nostromo, ale także o jednym z jego twórców. Reżyser Ridley Scott, mimo wielu sukcesów, lata swojej artystycznej świetności zdaje się mieć dawno za sobą. Nie licząc kilku nominacji dla Marsjanina, ostatni, naprawdę zapadający w pamięć film Brytyjczyka trafił do kin w latach dziewięćdziesiątych. Jednakże Scott z uporem maniaka powraca, próbując udowodnić nam, że ma jeszcze wiele do powiedzenia. Ponownie prowadzi nas do świata zasiedlanego przez Xenomorphy, choć poprzednim razem nie skończyło się to dobrze.

Statek Przymierze wyruszył w wieloletnią misję, mającą na celu bezpieczne przetransportowanie liczącej 2000 osób załogi do nowo powstającej kolonii. Jednakże cała ekspedycja zostaje przerwana przez tajemniczy sygnał pochodzący ze znajdującej się niedaleko planety. Covenant robi zwrot, załoga kosmonautów postanawia dowiedzieć się kto nadał komunikat. Tutaj właśnie nowy film Scotta zazębia się z poprzednią częścią serii – Prometeuszem. Meldunek został bowiem wysłany przez jedynych ocalałych z katastrofy. A jak pamiętamy, na tej planecie nie jest zbyt bezpiecznie. Dopiero co poradzono sobie z Inżynierami, a już po powierzchni biegają morderczy obcy – neomorphy. Jak nietrudno się domyślić, udana kolonizacja zostaje znacznie utrudniona. Przede wszystkim nie przez obcych, a przez niekompetentną załogę.

Na płaszczyźnie budowania świata, droga jaką obrał Scott wydaje się bardzo ciekawa. Osoby składające się na załogę statku Covenant dobrane są parami. To kolejni członkowie kolonii, którzy będą zasiedlać nowy dom i płodzić potomstwo. To oczywisty zabieg mający przywiązać widza emocjonalnie nie tylko do konkretnych postaci z osobna, ale do pary za jednym zamachem. Niestety bagaż emocjonalny momentalnie zmienia się w silną irytację, kiedy jedna z połówek ginie. Płacz, irracjonalne decyzje, groza pochłaniająca całą wyprawę… Choć ciężko spierać się z tezą, że miłość świadczy o człowieczeństwie, biorąc pod uwagę odpowiedzialność kolonistów i wagę celu ich misji, łatwo odebrać wzburzonego załoganta jako irracjonalnego panikarza. Nie sądzę, że to wina moich deficytów empatii. Wszak w myśl pierwszych scen filmu, każdy z bohaterów jest w pełni świadomy potencjalnych zagrożeń. Ale ponieważ Przymierze wraca do estetyki horroru, bohaterowie preferujący krzyk i strzały zamiast elementarnej logiki postępowania w kryzysie, są na porządku dziennym.

Na szczęście nie tylko sianiem histerii film stoi. Tym razem Ridley Scott postanowił odpuścić sobie filozofowanie o  początkach korzeni rodzaju ludzkiego i sięgnąć po bardziej oczywisty, przez to lepiej znany, strach. Surową chęć przetrwania. Wychodzi to na ogromny plus. Siłą oryginalnego filmu była bowiem konfrontacja z niewiadomym. Powolne odkrywanie z czym muszą walczyć członkowie załogi Nostromo sprawiało, że z każdą kolejną chwilą czuliśmy większy niepokój. W przypadku nowego filmu postanowiono pokazać nam jak obcy adaptują się do środowiska oraz zadano pytanie, czy bohaterowie są w stanie zrobić to samo. Ale o tym dowiecie się w kinie.

Przymierze jednak nie porzuca całkowicie tematyki ludzkiej natury i zabawy w Boga. Wątek zapoczątkowany w poprzedniej części serii jest kontynuowany dzięki obecności postaci Davida, w którego wciela się Michael Fassbender. Co ciekawe, nie jest to jego jedyna rola, bowiem pojawia się tutaj także android kolejnej generacji, o imieniu Walter. Pomimo ciężkiego bagażu narzekań względem postaci składających się na załogę, rola obu androidów jest wręcz wybitna. Zarówno pod kątem scenariusza jak i gry aktorskiej. Mówcie co chcecie, moim zdaniem Michael jest jednym z najlepszych aktorów swojego pokolenia. W tej podwójnej roli po raz kolejny daje temu świadectwo. Udaje mu się osiągnąć idealny balans między automatycznym recytowaniem dyrektyw, a niepokojącą serdecznością zahaczającą o pasywną agresję. Ponadto nowa generacja androidów różni się od poprzedników pod względem interpretacji emocji. Jak można się zatem domyśleć David i Walter będą mieć wiele kwestii do omówienia, każda z ich konfrontacji jest absolutną rewelacją. Nie wróżę nadchodzącego Oscara w kategoriach aktorskich, ale jeśli David i Walter nie dostaną żadnego wyróżnienia będę nieprawdopodobnie rozczarowany.

Covenant skutecznie broni się również oprawą wizualną. Przepiękne plenery Nowej Zelandii zachwycają dosłownie w każdej sekwencji. Obrana gama kolorystyczna nadaje całemu filmowi wyjątkowo niepokojący i oniryczny sznyt, przez co nawet patrzenie na konkretne plenery jest satysfakcjonującym przedstawieniem. Dodatkowo design pojazdów, czy kombinezonów załogi odchodzi od sterylności zdanej z poprzedniej części, przez co całość staje się o wiele bardziej spójna plastycznie. Jeśli zaś chodzi o kreację obcego środowiska, autorzy również dają radę. Pozostałości po Inżynierach noszą w sobie ewidentne ślady inspiracji malarstwem H.R. Gigera (co przyznają sami twórcy w napisach końcowych) zaś nowe kreatury wyglądają zaskakująco świeżo i organicznie.

Neomorphy mimo pewnej przesady w procesie ich rozwoju wyglądają naprawdę niepokojąco i potrafią wywołać strach. Prezentują się świetnie zarówno w akcji, jak i skrywając się w półmroku. Co więcej, możliwość ewolucji owych stworzeń sprawia, że żaden z nich nie jest bliźniaczo podobny do reszty. A z czasem przybierają one o wiele lepiej znany nam kształt, który widzieliśmy w zwiastunie. Zatem usatysfakcjonowani będą zarówno puryści sagi, jak i ci łaknący czegoś nowego w uniwersum. Niestety pojawia się jeszcze jeden, stosunkowo oczywisty problem. Siłą napędową pierwszego Obcego była eksploracja nieznanego. Zarówno film, jak i samo monstrum były czymś zupełnie nowym na mapie kinematograficznego kosmosu. Nie mieliśmy pojęcia skąd wziął się tak przerażający i odrealniony twór. Świat który zamieszkiwał Ósmy Pasażer był niemal kwintesencją biomechanicznego koszmaru sennego, którego fundamentem są nasze lęki. Niestety w Przymierzu aura tajemniczości zaczyna się rozwiewać.

Nie jest to problemem sam w sobie, jednakże geneza najstraszniejszych istot we wszechświecie zrodzonych do zabijania, prosi się o nieco lepszy start niż… to co zaserwował nam Scott. Zawieszenie niewiary wisi tutaj na cienkim włosku, który urwie się gdy tylko zestawimy ze sobą pierwsze i ostatnie stadium rozwoju Xenomorphów. Jednakże, jeśli jesteście w stanie przymknąć oko na kilka kuriozów i odciąć się od symbolicznego wydźwięku Obcego, nie będzie wam to przeszkadzać

Słowem podsumowania, Alien Covenant to zaskakująco angażująca produkcja. Dzieli masę problemów z poprzednim, ewidentnie słabszym epizodem sagi, lecz nie przeszkadza mu to w byciu świetnie zrealizowanym filmem. Potrafi sobą zainteresować, zaoferować intrygujący klimat, przepiękne elementy wizualne i zadać kilka pytań. Dobrze, że Ridley postanowił zrezygnować w pretensjonalnego kwestionowania człowieczeństwa i małymi krokami wrócił do tego, co czyniło Obcego silną marką. To ostrożność w odkrywaniu nieznanego i świadomość, że nie na wszystkie pytania musimy poznać odpowiedź.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Blade Runner 2049

Bardziej ludzcy, niż ludzie. To jedna z kwestii wypowiedzianych w pierwszym z trzech shortów, które …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *