PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Nomen Omen tom 1: Całkowite zaćmienie serca

[RECENZJA] Nomen Omen tom 1: Całkowite zaćmienie serca

Non Stop Comics od jakiegoś czasu stosuje zasługującą na pochwały praktykę zapoznawania polskich czytelników z pozycjami spoza głównego nurtu. Oprócz cenionych klasyków, takich jak Śmierć Stalina lub Mort Cinder oraz światowych bestsellerów – np. Paper Girls, Odrodzenie czy też Zabij albo zgiń – pisanych przez pierwszoligowych autorów, w ofercie wydawnictwa znaleźć można także dzieła mniej znanych w naszym kraju europejskich twórców. Po Vei, Duchu Gaudiego i Wbrew naturze przyszła kolej na Nomen Omen prosto z Włoch.

Omawianą serię dość prędko uznano zresztą za tytuł, którego celem jest wypełnienie luki po ostatnim z komiksów wymienionych w powyższym akapicie. Nic w tym dziwnego, wszak podobieństwa nasuwają się same – ekspresywna kreska, tematyka urban fantasy, w jakimś stopniu również narodowość autorów podpowiadały, że Nomen Omen i Wbrew naturze Mirki Andolfo mogą być skierowane do zbliżonej grupy odbiorców.

Do pierwszego tomu nowego cyklu od Non Stop Comics najlepiej pasują określenia: „fanfikowy” i „deviantartowy”. Całkowite zaćmienie serca przypomina właśnie coś, co tworzą oddani fani popularnej młodzieżowej fantastyki, naznaczonej charakterystycznymi dla niej elementami i pomysłami. Nawet główna bohaterka w pewnym momencie zwraca na to uwagę.  

Efektem współpracy scenarzysty Jacopo Camagniego z rysownikiem Marco B. Buccim jest bowiem historia spod znaku young adult, która swoją obrazowością i dosadnością stara się pozorować opowieść dla dorosłych. Bohaterowie mówią ostrym językiem, który bardziej niż z wiarygodną wymianą zdań kojarzy się z wyobrażeniem nastolatków na temat tego, jak rozmawiają starsze od nich osoby. Budując baśniowość świata przedstawionego, autor stosuje nadmiar kwiecistych porównań i mało wyszukanych metafor, co finalnie przekłada się na grafomańskie, egzaltowane konstrukcje językowe, wylatujące z głowy już w trakcie czytania. Ilustracje nie stronią zaś od nagości i odważnych scen, które nie mają jednak większego uzasadnienia i zdają się pełnić wyłącznie funkcje fanserwisowe.

Fabuła Nomen Omen na tę chwilę opiera się w całości na motywach, które najpierw zostały wyeksploatowane w książkach, filmach lub serialach dla nastolatek, a później dodatkowo przemielone przez twórców wszelkiej maści fan fiction. Protagonistka jest więc młodą dziewczyną w typie Mary Sue, która wyróżnia się pod względem wyglądu, ma tragiczną przeszłość i budzi zainteresowanie mężczyzn. Na samym początku historii okazuje się oczywiście wybrańczynią o wyjątkowych, skrywanych przez lata zdolnościach magicznych, dzięki którym może pokonać złego, ubierającego się na czarno, zdrajcę. O swoim przeznaczeniu Becky dowiaduje się naturalnie wtedy, gdy porywa ją nieokrzesany, władczy maczo, który ewidentnie przekracza pewne granice, ale prędzej czy później i tak stanie się jej obiektem uczuć.

Odtwórczość i przewidywalność udałoby się obronić, gdyby wizja autorów działała na wyobraźnię, a umiejętności bohaterów były oryginalnie przedstawione. Niestety Camagni nie zdołał na razie zarysować tutejszej mitologii w wyrazisty, świeży sposób. Ciężko stwierdzić jak właściwie działa ten świat i jakie daje możliwości. Jedne postacie manipulują pogodą, drugie dysponują ogromną siłą, ale na dłuższą metę ich moce niczym nie różnią się od tego, co czytelnik widział w innych historiach fantasy. Przez to scenariuszowe lenistwo i chodzenie na skróty można odnieść wręcz wrażenie, że włoski duet zwyczajnie nie włożył w swój komiks żadnego wysiłku. Jako osoba, która zawsze stara się w recenzowanych tytułach znaleźć jakiekolwiek pozytywy, rzadko wysuwam tak stanowcze tezy, ale w tym przypadku już na poziomie pierwszego tomu popełniono radykalne, trudne do naprawienia błędy.

W Całkowitym zaćmieniu serca najkorzystniej wypada klimatyczny prolog, pozbawiony hałaśliwej gromadki stereotypowych dwudziestolatków, którym w balowaniu nie przeszkodzą nawet magowie demolujący ulice. Wstęp dawał jeszcze nadzieje na to, że Nomen Omen będzie znośną lekturą – na tym etapie dialogi nie zdążyły zrazić swoją topornością, a scenariusz nie tonął w morzu chaosu. Graficznie także prezentował się zachęcająco, co zresztą utrzymało się aż do ostatnich stron albumu. W większości czarno-białe rysunki Bucciego, budzące skojarzenia chociażby z kreską Babs Tarr (Batgirl, Motor Crush) lub wspomnianej Mirki Andolfo, wydają się stworzone do tego typu historii. Niewątpliwie są estetyczne i mogą trafić w młodzieżowe gusta.

Pomysłem, który mieli twórcy i który również warto docenić, jest powiązanie komiksu z mediami społecznościowymi, a konkretnie kontem na Instagramie, na którym udostępniają zdjęcia, jakie mogłaby zrobić wymyślona przez nich Becky. To drobiazg, który nie poprawia ogólnej oceny Nomen Omen, ale świadczy przynajmniej o jakiejś inwencji autorów.

Porwanie się na ten tomik było dla mnie wyjściem poza swoją strefę komfortu. Dziesięć, może piętnaście lat temu przeczytałbym go pewnie bez większych zachwytów, ale też bez zgrzytania zębami. Obecnie jest to nieuniknione – komiks Camagniego i Bucciego nie okazał się niezobowiązującym guilty pleasure, a jednym wielkim bałaganem, który raczej nie trafi do dorosłego czytelnika i który jednocześnie ciężko nazwać odpowiednim dla nastolatka. Lepiej odpuścić i sięgnąć po inne pozycje. Wartościowych tytułów w ofercie Non Stop Comics nie brakuje.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Non Stop Comics!

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Infidel

Za dużo było już wyśmienitych horrorów poruszających istotne kwestie społeczne, żeby nie zauważyć tej prostej …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *