PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / GRY / [RECENZJA] Naruto Ultimate Ninja Storm 4: Road to Boruto

[RECENZJA] Naruto Ultimate Ninja Storm 4: Road to Boruto

Naruto to seria, która w pewien sposób ukształtowała to, kim dzisiaj jestem. W drugiej klasie podstawówki zaczęłam oglądać anime, a w trzeciej pierwszy raz sięgnęłam po mangę. Pamiętam po dziś dzień moją ekscytację podczas lektury tomu trzydziestego i zawód, gdy okazało się, że „ciąg dalszy nastąpi” w przyszłości. Pod koniec trzeciej klasy rodzice kupili mi pierwsze dwadzieścia siedem tomów spajających pierwszą serię anime i byłam nimi tak zafascynowana, że potrafiłam wstawać dwie godziny przed szkołą, żeby chociaż trochę poczytać. Jednak mój entuzjazm względem serii nigdy nie zamienił się w miłość do anime.
Nic do tego gatunku „nie mam”, ale bardzo rzadko sięgam po animowane, japońskie produkcje. Naruto ma w moim sercu bardzo specjalne miejsce i podobnie jest z serią Ultimate Ninja. Z racji tego, że graczem jestem od zawsze (dosłownie) grać w Naruto zaczęłam, gdy tylko ja – no, raczej moi rodzice – odkryli, że takowa seria gier istnieje. W tamtym roku CyberConnect2 wydał finalną część cyklu, pieczętującą Ultimate Ninja, co więcej firma pokusiła się o wydanie edycji rozszerzonej o wszystkie dodatki.

Choć Naruto proponuje kilka wariacji gry, wisienką na torcie jest tryb fabularny i tryb Droga do Boruto. Ten pierwszy obejmuje finałowe walki Trzeciej Wielkiej Wojny Shinobi oraz kilka walk z przeszłości. Grę zaczynamy od starcia Hashiramy z Madarą, by później historia rozdzieliła się na dwa człony – zaskakująco, nie zawsze gramy w nich Naruto i Sasuke. Bardzo często gra wrzuca nas w wir walki innych bohaterów Obito, Kakashiego, Gaia czy Kabuto. W niektórych momentach historia przeplata się ze sobą łącząc się i tworząc jedną ścieżkę gry. To wtedy najczęściej mamy przed sobą najtrudniejsze zadania. Na szczęście, twórcy wybrali dłuższą drogę i tryb fabularny nie składa się tylko z luźnych walk. Oprócz nich pogramy również… Jutsu! W NUNS4 posłużymy się  sekretną techniką posiadaczy wiecznego sharingana – usanoo, ale także zapanujemy nad Kuramą i Gamabutą.

Mimo tego, że CyberConnect2 miał ciekawy pomysł- nie do końca wiedzieli jak z niego skorzystać. Walki Kuramą, Gamabutą i Susanoo sprowadzają się do tego samego – uderzania we wskazane nam punkty. Na początku zachwycałam się graniem tymi mistycznymi kreaturami, ale z czasem zaczęły mnie niestety nużyć. Żałuję też, że nie możemy pograć nimi w trybie wolnej walki. Na pewno te kilka stworów na krzyż, wprowadziłoby ciekawe urozmaicenie do grania ze znajomymi. Walki przerywane są przez czasochłonne cutscenki, ale te są takie, jak wiatr zawieje. Raz widzimy na ekranie zdjęcia wyrwane z anime, a innym razem animowane segmenty stworzone na potrzeby gry. Te pierwsze tylko mi przeszkadzały w odbiorze i nie wiem czemu zostały wprowadzone, bo w środku gry nagle przestają występować. Powód? Anime wtedy jeszcze nie było skończone i twórcy nie mieli skąd wziąć gotowych kadrów.

Nawet po pominięciu wszystkich cutscenek tryb fabularny jest niekrótki, ale choć zwykle uważam to za duży atut, tak tutaj zaliczyłabym to jako wadę. Na szczęście (lub nieszczęście) to nie do końca była wina CyberConnect2. Chyba każdy, kto oglądał anime, czy czytał mangę może przyznać, że choć Kishimoto pokusił się na kilka ciekawych rozwiązań w ostatnich bitwach. Te potrafią się jednak dłużyć. Najpierw walczymy z Obito, później z Madarą, później znowu z Obito, znowu z Madarą, Madarą, Madarą i jeszcze kilka razy Madarą, by grę zapieczętowały finałowe walki (!) z Kaguyą i wreszcie pojedynek bohaterów. Ten ostatni cechuje się ciekawymi rozwiązaniami, ale więcej nie zdradzę – warto to sprawdzić samemu.

Po zaskakująco długim trybie fabularnym czeka na nas tryb przygodowy, w którym możemy pobiegać po kluczowych dla gry lokacjach i ukończyć misje poboczne. Te, na nieszczęście sprowadzają się ciągle do tego samego „pobiegnij tam, a później tam! Powalcz z nim. Ej, teraz z nim! Pobiegnij tam!”. Tym samym nudzą. To miłe, że po skończonej fabule ciągle coś na nas czeka, ale przecież twórcy mogli skorzystać z fabuły z którejś z nowelek stworzonych na potrzeby zakończenia serii. Z jednej strony cieszę się, że dostaliśmy cokolwiek, ale z drugiej czuję straszny niedosyt. Powiedzenie „apetyt rośnie w miarę jedzenia” sprawdza się tu idealnie.

Kolejny tryb Droga do Boruto jest połączeniem obu poprzednich, więc jeżeli tamte nie są dla Was zajmujące, ten Katharsis też nie będzie. Tutaj niestety trochę nie gra mi fabuła. Co prawda to bardziej kwestia tego, że nie podoba mi się to co zrobił Kishimoto z postaciami Sasuke i Naruto w epilogu serii, ale wciąż niektóre dialogi kłuły mnie w oczy. To dziwne, że Boruto, syn głównego bohatera kojarzy Sakurę (która przecież była dla Naruto jak siostra) jako „tą dziwną babę, która CHYBA była z moim tatą w drużynie”. A to tylko jedna z małych głupotek zaserwowanych nam przez twórców gry. Już pogodziłam się z tym, że autor zrobił z Sasuke pustelnika, a z Naruto wiecznie pracującego ojca, ale to właśnie te drobnostki irytowały mnie najbardziej.

Dużą zaletą gry jest szeroki wachlarz postaci. W grze zagramy każdym, kto miał choć jedną, popisową walkę w mandze, ale najwyraźniej twórcy upychając grę postaciami zapomnieli o… Arenach, które prawdę mówiąc oprócz innych „widoków w tle” nie różnią się od siebie niczym.  W trybie fabularnym na dwóch planszach możemy biegać po ścianach, ale niefortunnie, nie można na nich grać w trybie wolnej walki! Gdy walki robią się nudne i powtarzalne (a robią, bo jeżeli ktoś opanował poprzednie odsłony serii, to tę przejdzie na najtrudniejszym poziomie bez większego problemu) nie ma w grze co robić.

Choć Naruto Ultimate Ninja Storm 4: Road to Boruto to jedna z najlepszych gier opartych o mangę wciąż mogło być o wiele lepiej. Twórcy byli zbyt zajęci upychaniem do rozszerzonego wydania dodatkowych strojów, kart postaci i tytułów ninja, by pomyśleć nad jakąkolwiek zmianą, a przecież mieli ku temu liczne okazje. Przeniesienie chociażby walk stworów do trybu wolnej walki, innych aren czy jutsu z użyciem przycisków wciskanych na czas trochę urozmaiciłoby rozgrywkę. Mimo tych wad, jeżeli wracaliście do poprzednich części cyklu na pewno będziecie powracać i do tej.  Duża ilość postaci zapewni długie godziny testowania każdej z nich, tryb fabularny przypomni finalną, zagmatwaną walkę Trzeciej Światowej Wojny shinobi, a przygodowy i Road to Boruto zapewnią wirtualną wycieczkę po starej i nowej osadzie Konohagakure, a uwierzcie mi na słowo to może być przeżycie emocjonalne.

Dattebayo!

AUTOR Maja Głogowska

Mieszka gdzieś na granicy Twin Peaks, Riverdale i Hyrule.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Life is Strange

Uwielbiam to uczucie, gdy popkultura daje się „czuć”. Lektura książki i następujące po niej dziwne …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *