PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Muminki tom 1

[RECENZJA] Muminki tom 1

Nie będzie przesadą jeżeli napiszę, że ze wszystkich wieczorynek, które emitowano w trakcie mojego dzieciństwa, to właśnie Muminki budziły we mnie największe emocje. Nie oznacza to od razu, że to tę bajkę wspominam najcieplej, ale zdecydowanie najbardziej zapadła mi ona w pamięć. To ze względu na towarzyszący jej klimat dziwności i tajemnicy, który sprzyjał wprowadzaniu do świata zrodzonych w głowie Tove Jansson trolli prawdziwie niepokojących motywów oraz przyprawiających o ciarki na plecach stworków. Czy oryginalne przygody Muminka i przyjaciół wydane przez Egmont udanie przywołują tamte wspomnienia?

W kwestii formy nie oczekujcie od fińskiej pisarki ani fajerwerków, ani różnorodności. Jej komiksy to po prostu zebrane w jednym albumie szerokie na stronę, poziome paski (publikowane pierwotnie w prasie), z których każdy następny stanowi bezpośrednią kontynuację poprzedniego. Mimo zachowania ciągłości, mało tutaj segmentów czysto przejściowych, które byłyby pozbawione dowcipów lub nowych, barwnych postaci i których funkcja ograniczałaby się tylko do spajania tych nieskomplikowanych fabułek. Wszystko dzięki temu, że Jansson nie krępuje niczym wyobraźni i beztrosko puszcza jej wodze, przez co w historiach o Muminkach nie ma miejsca na nudę.

Umownie wydzielone rozdziały – których w tomie znajduje się w sumie jedenaście – nie trzymają się ściśle konkretnego, głównego wątku. Żeby zobrazować: pierwszy pt. Rabusie zaczyna się od perypetii Muminka z koczującymi w jego domu krewnymi, ale prędko zmienia kierunek i opowiada kolejno o tym, jak tenże ucieka z więzienia, przy współpracy z Ryjkiem próbuje zdobyć sławę i pieniądze, spotyka ducha i inne niesamowite stworzenia, ratuje Pannę Migotkę i dopiero finalnie konfrontuje się z tytułowymi rabusiami. Bohaterowie pojawiają się i znikają, co już na samym początku pozwala pobieżnie, bo pobieżnie, ale jednak dobrze poznać świat przedstawiony i rządzące nim reguły. A w zasadzie… ich brak.

W przeciwieństwie do wspomnianej przeze mnie animowanej adaptacji, tutejsza dolina nie przypomina cichego, spokojnego i odludnego miejsca, a tętniące życiem miasteczko. To nie tyle dom dla jednej rodziny, co prężnie działająca społeczność. Znane z kreskówki postaci Jansson przedstawia stopniowo – najpierw śledzimy wyłącznie losy Muminka. Z czasem do obsady dołączają pozostali – Ryjek, Bobek, Paszczak itd. Co ciekawe, mamy tu także okazję zobaczyć jak wyglądało pierwsze spotkanie Muminka z Migotką, Małą Mi, Włóczykijem oraz… rodzicami. Tak, początkowo w komiksie główny bohater nie zna swojej mamy i taty, co sprawia, że czuje się samotny i nosi się z… popełnieniem samobójstwa.

Z dzisiejszej perspektywy niektóre z żartów zawartych w tomie wydają się dość osobliwe (jak ten o tacie Muminka ewidentnie zakochanym w dobrym whisky i bimbrze) i tak śmiało balansują na granicy czarnego humoru (jak powyższy o rozważającym utopienie się Muminku), że można zastanowić się czy będą odpowiednie i w ogóle zrozumiałe dla małego czytelnika. To raczej ten typ komizmu i niekiedy absurdu, który wychwycą jedynie dorośli.

Czarno-białym (na zastosowanym przez Egmont kontrowersyjnym papierze, w zasadzie czarno-żółtym), prostym rysunkom artystki przyświeca to, co powinno cechować tego typu prace, czyli czytelność oraz płynność. Jansson przy pomocy paru kresek udało się stworzyć charakterystyczne postacie, które w niemalże niezmienionej, niewymagającej poprawek formie można było przenieść potem na plansze animacji.

Nie chciałbym wypowiadać się w imieniu dzieci, do których w oryginale kierowane były komiksy Jansson, ale po lekturze mam pewne wątpliwości czy współcześni kilkulatkowie w zalewie rozmaitych, pstrokatych i przede wszystkim łatwo dostępnych bajek zwrócą uwagę akurat na odarte z kolorów, posługujące się specyficznym humorem historie z Muminkami w rolach głównych. Jeśli jednak jesteście wychowanymi na nich rodzicami, sprawdźcie. Pociechy może i nie podzielą entuzjazmu, ale dla Was będzie to urocza podróż do dziecięcych czasów.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[Recenzja] Catwoman: W blasku księżyca

Mniejszy format, nazwisko scenarzystki i podtytuł rzucające się w oczy bardziej od tytułu, niewielkie logo DC sprawiające wrażenie, jakby nie powinno go tu być - wszystko to wręcz krzyczy nie oczekujcie typowego komiksu superbohaterskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *