PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Miracleman

[RECENZJA] Miracleman

Kiedy pisze się o arcydziele takim jak Miracleman, ciężko jest zacząć tak, żeby nie zawrzeć wszystkich pochwał już w pierwszym akapicie. To jest komiks, o którym chce się dyskutować, udowadniać wszystkim, że to dzieło znacznie ważniejsze niż jakikolwiek inny komiks superbohaterski lat 80. Nie chce się tracić ani jednego słowa na coś innego niż opiewanie geniuszu Pierwotnego Scenarzysty*. Widzicie? Ciężko mi się powstrzymać. Zwolnię i zacznę od początku.

Początków jest oczywiście tyle, ile tylko w komiksie potrafi ich być. Postać Mir… ach, no właśnie, postać Marvelmana (tak początkowo się nazywała) powstała na początku drugiej połowy ubiegłego wieku, a wyszła spod pióra Micka Anglo. W genezie tego herosa znajdziemy coś, za co dzisiaj Anglo musiałby płacić surowe kary – plagiat. Dziennikarz spotyka astrofizyka, który obdarza go mocą atomu. Wystarczy, że wykrzyknie „Kimota!” i Mike Moran przemienia się w najpotężniejszego herosa na Ziemi. Brzmi znajomo? To dodajmy do tego uśmiechniętych towarzyszy – Young Marvelmana i Kid Marvelmana, oraz fakt, że cała trójka tworzy Rodzinę Miraclemana… Jeśli z jakiegoś powodu nie widzicie analogii, to rzucę hasło pomocnicze – „Shazam!”.

mooremaircle11

Zaraz, zaraz. Co za kity ja Wam wciskam, starając się przekonać, że taka tandeta jest niby arcydziełem? Toż to zwykła zrzynka z Kapitana Marvela**, a ja mam czelność wywyższać ją ponad Powrót Mrocznego Rycerza czy Strażników? Otóż oryginalna historia Anglo była niczym więcej aniżeli rozrywką dla dzieciaków, ale już recenzowany przeze mnie album, napisany przez Pierwotnego Scenarzystę, jest czymś dokładnie przeciwnym. To postmodernistyczna perła, która zachowując ciągłość fabularną i czasową z poprzednimi komiksami (!) dekonstruuje mit superbohaterski w sposób brutalnie realny. Miracleman to brudna, naturalistyczna historia, przeznaczona tylko dla dojrzałego czytelnika.

Przy niej wspomniane wcześniej sztandarowe dzieła Alana Moore’a wydają się raczej lekturą dla nastolatków, i w żadnym bądź razie nie chodzi mi tutaj o graficzną przemoc, której nie brak w Miraclemanie. Siła, z którą uderza nas lektura, jest o tyle większa, że bazuje na dużo bardziej namacalnych przykładach niż tematy obecne w innych dziełach z tamtej dekady. Scenarzysta nie bawi się w subtelności, zabiera nas do świata, który jest niewygodnie blisko naszego własnego. Dostajemy tutaj ludzkie lęki i samotność. Ludzkie, nie tylko superbohaterskie. Herosi tutaj są niemal bez skazy i wszelkie ludzkie emocje zawsze ukazywane są przez pryzmat ich mocy. Człowiek nie może zniszczyć wszystkiego, czego się boi. Bóg może. I robi bez wahania. Nie znaczy to, że herosi są sterylni – po prostu ich słabości i wątpliwości mają zupełnie inny wydźwięk, niż to co czują ludzie dookoła nich. Widać to szczególnie kiedy Miracleman przemienia się z powrotem w zwykłego człowieka, Mike’a Morana.

Dojrzałość Miraclemana objawia się również w warstwie narracyjnej. Choć historia jest tak naprawdę jednowątkowa, często chronologia się miesza, szczególnie w ostatnich zeszytach. To wszystko jednak doskonale współgra, tworząc spójną opowieść, która po prostu nie mogłaby być inaczej opowiedziana. Czasem to, co dzieje się później nadaje kontekst temu, co było wcześniej (patrząc na kolejność kadrów, nie chronologię czasową). Fascynująca jest również sama fabuła. Choć stosunkowo prosta, kilka jej elementów przyprawia o dreszcze. Sposób, w jaki wcześniejsze przygody Miraclemana zostały wyjaśnione to, mimo braku finezji, jeden z najlepszych sposobów na revamp superbohaterskiej genezy. Nie gorzej napisane są same postaci, łącznie z tytułowym bohaterem. Miracleman to nie dobry harcerzyk, który stroni od przemocy. On wie, co trzeba zrobić i nie ma najmniejszego zamiaru tłumaczyć się z tego czytelnikowi. To jedna z najbardziej realnych postaci w superbohaterskim kanonie.

Przy nim każda postać z głównego nurtu komiksowego wydaje się papierowa i stereotypowa. Obok głównego bohatera dostajemy plejadę innych znakomitych, żywych postaci. Jego żona Liz nie potrafi się odnaleźć w ich związku, seks jest dla niej zoofilią i to ona jest tam zwierzęciem. Antagoniści Miraclemana to proste, ale wywołujące silne emocje postaci. Choć osobiście chciałbym, żeby przynajmniej jeden z nich był nieco bardziej „szary”, bowiem wszyscy są dość jednoznaczni w byciu złymi, to w żaden sposób nie mogę się przyczepić do tego, jak skutecznie spełniają swoje role. Przerażają czytelników i zatruwają życie bohatera. To jednak nie wszystko, bo obok ludzkich postaci Pierwotny Scenarzysta zaludnił świat przedstawiony innymi inteligentnymi rasami, a ich mitologię i zwyczaje fantastycznie wkomponował w opowiadaną historię.

Jednak nawet najlepsza historia może mieć problem, żeby się obronić, jeśli nie stoi za nią odpowiednia warstwa graficzna. Całe szczęście, rysunki i kolory stoją na wysokim poziomie. Zarówno Garry Leach, Alan Davis jak i pozostali artyści popisali się głębokim zrozumieniem scenariusza, dzięki czemu kompozycja kadrów może stanowić sztandarowy przykład na to, jak obraz i słowo mogą się uzupełniać. Choć najlepiej wypada Leach, to i pozostali wcale nie obniżają poziomu całokształtu. Co więcej, rysownicy nie bali się dosadnie ukazać przemocy, a trzeba zaznaczyć, że Miracleman zawiera jedne z najbardziej brutalnych scen w historii komiksu superbohaterskiego, głównie za sprawą realistycznej konwencji nie tyle samych rysunków, co kontekstu, w jakim się je odczytuje. Co bardziej wrażliwym scena z #15, na której widać zniszczone miasto, będzie się śnić po nocach. Dobrze wypadają również kolory. Jest przejrzyście i kontrastowo, nawet bardziej stonowane kadry są w pełni czytelne.

Jeśli chodzi o wydanie, Mucha nie zawiodła. Piękna, twarda okładka, gruby papier, garść dodatków. Choć cena okładkowa może niektórych przerazić, to zapewniam, że ze względu na sporo tekstu i złożoność niektórych kadrów, stosunek cena/czas czytania wypada i tak całkiem dobrze. Teraz prośba do wydawnictwa – błagam, wydajcie szybko kolejny tom!

Ciężko jest mi podsumować krótką i wybiórczą recenzję, jaką popełniłem. Ponieważ nie wspomniałem o tylu rzeczach, mam wrażenie, że nie jestem w dobrej pozycji do robienia ostatecznych podsumowań. Niemniej jednak, mogę wydać werdykt, bez wchodzenia we wszystkie szczegóły. Miracleman to arcydzieło. Myślałem, że od czasów mojej nastoletniej naiwności i fascynacji postmodernizmem zatraciłem już możliwość zachwycenia się podobnymi tematami. Jednak recenzowany komiks to superbohaterski mit tak uniwersalny, że odczytać go można z każdej perspektywy – młodzika, dorosłego i starca. Dla każdego będzie to lektura tak samo zajmująca.

*Pierwotny Scenarzysta to Alan Moore, jednak zażyczył sobie, żeby podpisywać Miraclemana pseudonimem.

** Kapitan Marvel to znany współczesnym czytelnikom Shazam. Jak widzicie, słowo „Marvel” było aż nadto popularne ponad pół wieku temu.

AUTOR Paweł Kicman

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Promethea: Księga Pierwsza

Patrząc na ofertę polskich wydawców komiksowych, można odnieść wrażenie, że bibliografia Alana Moore’a to worek …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *