PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Maus. Opowieść ocalałego

[RECENZJA] Maus. Opowieść ocalałego

O Mausie napisano już tyle, że trzeba mieć się na baczności, żeby nie popaść w parodię, siląc się na oryginalność. Z drugiej strony ten komiks wzbudzał i wciąż wzbudza emocje, więc trudno zachować chłodny dystans. Jednak największym problemem recenzowania Mausa jest to, że traktuje on o Holokauście – temacie tak niewygodnym, jak tylko niewygodne mogą być słowa i myśli. Cóż, spróbujmy.

Historia opowiadana jest na dwóch płaszczyznach czasowych. Pierwsza to czasy wojny, podczas której ojciec autora, Władysław Spiegelman, pokonuje długą, dramatyczną podróż, która w końcu doprowadza go do Auschwitz. Druga płaszczyzna to czasy, w których Art Spiegelman zaczął pracować nad Mausem. To fragmenty rozmów Władysława z synem, które służą za pewnego rodzaju bufor pomiędzy kolejnymi wspomnieniami starszego ze Spiegelmanów.

maus_1

Pierwsza płaszczyzna, a więc tytułowa Opowieść Ocalałego, ilustruje jak zmieniło się życie Żydów w Polsce w trakcie II Wojny Światowej. Większość wydarzeń widziana jest oczami Władysława, choć część to fakty bądź plotki z drugiej ręki. Mniej więcej chronologiczna struktura sprawia, że poczucie bezradności i zaszczucia rośnie z każdą stroną. Ot, zaczyna się niemal sielankowo, Władek Spiegelman świetnie sobie radzi w Częstochowie – nie narzeka na powodzenie wśród kobiet ani na sytuację finansową. Jednak jeszcze przed wybuchem wojny sprawy przybierają koszmarny obrót. To, co dzieje się dalej niepozbawione jest odpowiedniego ładunku emocjonalnego, ale nie jest to wyciskacz łez ani trzymający w napięciu thriller. To raczej dziennikarska relacja, prowadzona przez historyczną akuratność (tak dokładną, jak pamięć Władysława).

Okropieństwa wojny nie rażą tutaj tak, jak w fabularyzowanych filmach z Hollywood. Autor nie dodaje również od siebie niczego, co miałoby być nieczystym ciosem poniżej pasa tylko po to, żeby uderzyć w czułą strunę. Koszmary Holokaustu i wojny w ogóle to coś czego zarówno Art nie mógł zrozumieć, jak i coś czego czytelnik, który tego nie przeżył, nigdy nie zrozumie. Czerń i biel jest tutaj tylko w kadrach, sama historia nie jest koloryzowana, nie ma w niej też podziału na dobrych i złych. Właśnie to stanowi o głównej sile Mausa. Postaci są tutaj takie jakimi widział je autor, a można założyć, że Spiegelman starał się zachować maksimum obiektywizmu. Najlepiej widać to w tym jak przedstawił swojego ojca. Oszczędnego, rasistowskiego, robiącego z siebie ofiarę, wydawać by się mogło – stereotypowego Żyda. A takim właśnie był Władysław.

maus_3

To doprowadza mnie do drugiej płaszczyzny, czyli relacji z rozmów ojca z synem i obyczajowych scenek podkreślających jak wyglądała ich relacja. Choć czytelnikowi łatwo zacząć sympatyzować z Władkiem po tym jak widzi jakie piekło przeszedł podczas wojny, jeden fragment dialogu pokazuje prostą prawdę – nie wszyscy, którzy ocaleli z Holokaustu stali się tacy jak on. Niektórym udało się wrócić do normalności. To chyba najgłębsza warstwa jaką ja osobiście odnalazłem w Mausie. Każdy inaczej radzi sobie z traumą i kiedy to zrozumiemy, warto przeczytać komiks jeszcze raz i postarać się pod innym kątem spojrzeć na starszego Spiegelmana.

Warstwa graficzna komiksu to prosta kreska, standardowy układ ośmiu paneli zmieniany momentami przez wymogi narracji. To co oczywiście rzuca się od razu w oczy to fakt, że wszystkie postacie są zwierzętami. Żydzi to myszy, Niemcy to koty, Polacy to świnie. Oczywiście analogia koty-myszy jest prosta i zrozumiała, ale nie przykładałbym dużej wagi to pozostałych zwierzęcych transformacji. Pewnie łatwo byłoby się oburzyć, że nasi rodacy to świnie, ale Polacy w komiksie bywają zarówno bohaterscy, jak i podli, a świńskie twarze to po prostu wizja autora, która zapewne nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Miłym dodatkiem są prawdziwe zdjęcia, np. zdjęcie Władysława w pasiakach, znakomicie z fabułą komponuje się także komiks Więzień piekielnej planety autorstwa samego Arta Spiegelmana.

maus_4

Wydanie stoi na najwyższym poziomie. Twarda okładka i wykonany z materiału grzbiet świetnie prezentują się na półce. Gruby papier ułatwia czytanie i prawdopodobnie zapewni kartkom dłuższe życie. Jednak to, co w polskim wydaniu uważam za najlepsze, to tłumaczenie. Piotr Bikont wykonał fenomenalną robotę tłumacząc kwestie Władysława Spiegelmana, oryginalnie wypowiadane po angielsku, uchwyciwszy sposób w jakim mógłby mówić po angielsku (po tłumaczeniu na polski) polski Żyd. Może to zagmatwane, ale zrozumiecie czytając. Doskonała robota.

Jedno, o czym myślałem od początku do końca lektury to to, że jest jeszcze tyle historii, które nasi ojcowie czy dziadkowie noszą ze sobą, że może warto kiedyś do nich podejść i o tym porozmawiać – o ile będą w stanie wracać do trudnych wspomnień i zechcą się nimi podzielić. Bo Maus wydaje się takim zapożyczonym katharsis. Ot, syn próbuje zrozumieć Holokaust, zobaczyć go oczami swojego ojca. Nie wiem, czy pracując nad swoim opus magnum Art Spiegelman lepiej zrozumiał Zagładę, ale na pewno lepiej zrozumiał swojego tatę. Dla mnie ten komiks traktuje właśnie o tym – o zrozumieniu drugiego człowieka przez pryzmat sytuacji w jakiej ów się znalazł. O oczyszczenie się przez czyjeś cierpienie, bo przecież lepiej uczyć się na cudzym nieszczęściu, niż na własnym. Prawda?

AUTOR Paweł Kicman

Miłośnik deszczu i lenistwa. Gracz i komiksiarz. Na co dzień narzeka na brak czasu i ostre zęby swojej chomiczki - Ofelii. Co drugi dzień narzeka na wszystko inne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *