PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] „Marvel’s Iron Fist” – sezon 1, odcinki 1-6

[RECENZJA] „Marvel’s Iron Fist” – sezon 1, odcinki 1-6

Po pierwszych opiniach krytyków zza oceanu, dotyczących Marvel’s Iron Fist, byłam zaniepokojona. Duet Netflix/Marvel jak dotąd nie zawiódł ani jakością wykonania, ani podejściem do poprzednich seriali z bohaterami wydawnictwa w rolach głównych. Po obejrzeniu sześciu pierwszych odcinków przygód kolejnego, nowojorskiego superherosa, moje niepokoje jednak zniknęły. Opowiadana historia oraz jej tempo wydaje się pasować do Danny’ego Randa jak nos złoczyńcy do żelaznej pięści.

Serial zaczyna się tak, jak ostatni zwiastun promocyjny, lekko „menelowaty” Danny (Finn Jones) pojawia się w Nowym Jorku i podąża prosto do budynku firmy, której jest spadkobiercą. Nie trzeba się długo zastanawiać, żeby zgadnąć, iż nie zostaje on mile przyjęty. Joy (Jessica Stroup) oraz Ward Meachum (Tom Pelphrey) – przyjaciele z dzieciństwa, zarządzający teraz Rand Enterpise – nie mają zamiaru uwierzyć jego tłumaczeniom na słowo. Czy bosy obdartus, podający się za kogoś, kto został uznany za martwego 15 lat temu, może mówić prawdę?

Tak rozpoczyna się walka Danny’ego o odzyskanie przede wszystkim własnej tożsamości i ojcowizny. Nie zyskuje on również zaufania Colleen Wing (Jessica Henwick), która prowadzi szkółkę karate (jej ogłoszenie można znaleźć w jednym z ostatnich odcinków Luke’a Cage’a). Osamotniony i bezdomny ma przed sobą ciężką drogę, ale jednego nauczono go w K’un Lun – nie poddawać się, szczególnie, kiedy nosi się tytuł Żelaznej Pięści.

Do serialu mam jedno zastrzeżenie. Bohater, którego tożsamość opiera się na wybitnym talencie w dziedzinie sztuk walki, wymaga podjęcia pewnego ryzyka, zwiększenia dynamiki, gwałtowności wymiany ciosów. Wiarygodnej choreografii, pozwalającej widzom poczuć wagę uderzenia. Ten potencjał nie został wykorzystany, montaż ujęć pozostawia sporo do życzenia.  Starcia są miejscami wykonywane powoli, ostrożnie, jakby aktorzy i kaskaderzy dalej byli na treningach. Może wynika to z chęci twórców ukazania nam wszystkich dopracowanych i niemal perfekcyjnie wykonywanych ruchów. Daredevil przyzwyczaił nas do szybszego tempa. Jednak ci, którym (podobnie jak mi) podobała się słynna, długa sekwencja walki Murdocka w pierwszym sezonie, w Iron Fist także dostaną coś podobnego.

Dobranie aktorów do ról udało się producentom doskonale, jak zwykle zresztą. Jones przygotował się do pracy bardzo dobrze i w serialu to widać. Na samym początku serii brzmi jak nawiedzony, co jest całkiem zrozumiałe i zgodne z założeniami scenariusza. W ujęciach walk, w których brał udział, poruszał się z gracją i dokładnością (co można zauważyć, jak już wcześniej wspomniałam, dzięki wolnym sekwencjom tychże). Podobnie Henwick, z tą różnicą, że posługuje się innym stylem walki. Oglądając nie miałam cienia wątpliwości, że jest to właściwa osoba, we właściwej roli.

Wolny bieg opowiadanej historii może sprawiać, że niektórzy z widzów mogą się nudzić. Mi jednak on jak najbardziej odpowiadał. Historia jest bardziej złożona niż w przypadku poprzednich trzech produkcji Marvel/Netflix, chociażby dzięki tajemnicy rodziny Meachum dotyczącej ojca Joy i Warda, Harolda (David Wenham). Danny ma do zrobienia więcej, niż jego przyszli koledzy z drużyny: odzyskanie swojego nazwiska, ojcowskiej firmy… samego siebie. To nie są łatwe zadania.
Fabuła nie pędzi ślepo przed siebie, więc nie mamy do czynienia z lukami w scenariuszu. Powoli dowiadujemy się, jak wyglądało życie głównego bohatera w K’un Lun, ale pomimo nieszybkiego rozwoju akcji, nie ma miejsca na nudę. Stopniowo jest również wprowadzany wątek największego przeciwnika Pięści, do walki z którym Danny był szkolony, i którego nie spodziewał się spotkać w Nowym Jorku. Zapewniam Was, wolne tempo nie oznacza nudy.

Tak, Iron Fist jest inny od poprzednich produkcji Marvel/Netflix nie tylko pod względem opinii krytyków. Może i nie wybija się nowym podejściem do tego typu historii, ale nie można mu odmówić tego, że jest produkcją dopracowaną i ciekawą. Fani komiksów o tym bohaterze powinni być co najmniej zadowoleni. Sześć pierwszych odcinków wprowadza nas w historię, która ze względu na zdolności bohatera, nie może się zakończyć inaczej niż mocnym uderzeniem. Przynajmniej taką mam nadzieję. Pełna premiera już w piątek na platformie Netflix.

AUTOR Maja Rybak

Duża fanka Jakuba Ćwieka, chce dołączyć do składu Zaginionych Chłopców. Kiedy tylko może zanurza się w popkulturowym oceanie filmów, seriali, komiksów oraz książek.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Jessica Jones – sezon 1

Nigdy nie byłam taką bohaterką, jaką chciałaś, żebym była Recenzowanie krótko po premierach nie zawsze …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *