PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Malcolm Max Tom 1: Porywacze Ciał

[RECENZJA] Malcolm Max Tom 1: Porywacze Ciał

Kiedy w październiku ubiegłego roku przyglądałem się ofercie polskich wydawnictw komiksowych, uwagę moją przykuł – z siłą 10 kilowego młota – Malcolm Max. Co prawda egzemplarz wystawiony przez wydawcę (Scream Comics) był oryginalnym wydaniem w języku, którym nie władam zbyt dobrze. Ale hej, jeszcze umiem poznać dobry komiks, gdy go trzymam w ręce. Czym mnie urzekł? Przede wszystkim fantastyczną kreską, klimatem, umiejscowieniem akcji oraz tematyką. Słowem, wszystkim poza fabułą, której nie sposób było przyswoić na krótkiej sesji nie tylko z powodu bariery językowej ale i objętości.

Jeszcze nigdy nie podjąłem tak zdecydowanej i stanowczej decyzji o zakupie komiksu przed jego wydaniem. Minęło pół roku i oto są – Malcolm i Charisma.


 O KOMIKSIE

Komiks powstał na bazie – a raczej obok – słuchowiska pod tym samym tytułem. Do tej pory postać Malcolma Maxa, detektywa mroku, nie wychodziła poza ramy słuchowiska jakie stworzył i tworzy do tej pory scenarzysta Peter Mennigen. Autor od samego początku miał dużą swobodę w tworzeniu historii, ale dzięki szczęśliwemu obrotowi spraw, pełnia praw autorskich i tak znalazła się w końcu w jego rękach. Dało mu to możliwość przeniesienia opowieści na inne platformy medialne. O ile audiobooki, które stworzył, nie różnią się zbytnio od oryginalnego słuchowiska (poza długością), to wejście w komiksowe medium jest odważnym i radykalnym krokiem.

Miejscem akcji komiksu jest wiktoriański Londyn, skąpany w świetle lamp gazowych, dokładnie u schyłku XIX wieku. Jest więc to pora wynalazków, wiktoriańskiej estetyki, techniki parowej… jednym słowem atmosfera typowego steampunka.

Malcolm wraz z Charismą badają sprawę tajemniczych porwań zwłok i stają się mimowolnymi świadkami początku serii tajemniczych morderstw, których wyszukane okrucieństwo zawstydziłoby nawet samego mordercę z Whitechapel.

BOHATEROWIE

Trochę o postaciach. Scenarzysta podkreślał kilkukrotnie w wywiadach, że znajomość słuchowiska nie jest potrzebna do ogarnięcia komiksu i vice versa. Jednak z drugiej strony zdarzają się takie momenty jak na przykład walenie czytelnikowi prosto z mostu, że główna bohaterka, to pół-wampirzyca. Myślę więc zatem, że warto liznąć odrobinę wiedzy o postaciach.

Charisma Myskina:

Jest ona oszałamiającej urody niebieskooką brunetką. Jest też, jak wspomniałem, pół-wampirzycą. Jednak bez przykrych tego konsekwencji (brak alergii na słońce, brak łaknienia krwi). Na pewno na ten stan rzeczy mają wpływ dwa fakty. Po pierwsze Charisma urodziła się wampirem (podobnie jak marvelowski Blade), a pod drugie jej matka jest potężną czarownicą, po której córka odziedziczyła część mocy. Młode lata spędziła w odosobnieniu dalekich Karpat, z dala od cywilizacji. Gdy spotkała na swojej drodze Malcolma, głodna świata, postanowiła dołączyć do niego. Ojciec zaś, jak się domyślacie jest wampirem… i to nie byle chuchrem. Delikatnie mówiąc nie pochwala on znajomości jaką córka zawarła z Malcolmem. Stąd też nasz protagonista ma się na baczności i trzyma ręce przy sobie.

Charisma jest jednak zdecydowanie silniejsza i odporniejsza od najbardziej nawet „przypakowanych” mężczyzn z jej epoki. Pełnię jej mocy pewnie jednak poznamy dopiero w kolejnych tomach. Zmarnowanie większej części życia na odgrywaniu wampirzej królewny w zakurzonym zamku na szczycie transylwańskiej góry sprawiło, że Charisma rzucona na głęboką wodę cywilizowanego Londynu jest uroczo niedostosowana społecznie. Drobne rzeczy potrafią ją cieszyć inne błahostki fascynować a jeszcze innych nie rozumie.

Wampiryzm Charismy jest furtką, przez którą autor mógł przemycić silną niezależną wyemancypowaną kobietę do realiów świata wiktoriańskiego. W przeciwnym wypadku wyglądałoby to nienaturalnie. Pamiętajmy, że kobiety w tamtych czasach nie miały nawet praw wyborczych, o pomiataniu mężczyznami nawet nie wspominając.

Malcolm Max:

Chciałoby się powtórzyć za Tonym Starkiem – „Geniusz, miliarder, playboy, filantrop”. Te słowa jednak nie do końca pasują do protagonisty opisywanego komiksu, choć czuć w tej postaci sympatię jaką scenarzysta darzy role grane przez Roberta Downeya Juniora. Malcolmowi trochę brakuje, do bycia geniuszem. Z kasą się obnosi, ale ciężko powiedzieć jak głębokie są jego kieszenie. Zdecydowanie jest jednak niepoprawnym kobieciarzem. W kulminacyjnym momencie, staje się to nie do zniesienia nie tylko dla jego towarzyszki, ale i dla czytelnika. Jeśli jednak wierzyć ocenie panny Emmeline, jego uczucia są ukierunkowane bezwarunkowo w kierunku jednej, konkretnej osoby, reszta to tylko fasada.

Malcolm jest detektywem mroku, jednak nie całkiem w typie Sherlocka Holmesa. Jest bardziej awanturnikiem, niż gentlemanem. Przesadnie ufa we własne umiejętności. Jako dziecko był świadkiem morderstwa bliskich w szkockiej, rodzinnej miejscowości. Sierotę przygarnęła loża Custodes Lucis (Strażnicy Światła), która wykształciła go w swym londyńskim centrum, na pogromcę demonów.

Zlepek dwóch różnych kadrów. Na lewym Lavina Leroux, a na prawym panny Miranda i Emmeline

FABUŁA

Na zlecenie loży Strażników Światła, Malcolm Max wraz z towarzyszką Charismą Myskiną badają sprawę, związaną plagą porwań zwłok, która ogarnęła miasto. Przez to śledztwo zostają oni wplątani w serię bestialskich zbrodni i chcąc / nie chcąc muszą się zaangażować w poszukiwanie zwyrodnialca za nie odpowiedzialnego. Duet Romling-Mennigen zręcznie powołuje do życia na kartach komiksu kolejne, drugoplanowe postacie. Robią to z taką precyzją w projektowaniu szczegółów, że czytelnik nie jest w stanie zgadnąć jak długo dana persona pożyje. Niektóre zapadły mi głęboko w pamięć i jestem prawie pewien, że wrócą jeszcze nie raz. Są nimi między innymi siostry: Miranda i Emmeline oraz szamanka Mambo (Haitian Vodou) – Lavina Leroux.

Mennigen jest doświadczonym scenarzystą, prowadzi fabułę bardzo gładko i zręcznie. Jest trochę suspensu, dzięki podziałowi na dwa przeplatające się śledztwa Charismy i Malcolma. Jest też trochę humoru. Peter zdradzał w wywiadach, że jest miłośnikiem wczesnej filmowej twórczości Jossa Whedona (Buffy, Angel, Firefly), ale również serialu Sherlock z Benedictem Cumberbatchem. Echa tego można wyczuć w jego stylu pisania. Choć sam autor stara się operować typowo angielskim poczuciem humoru.

WARSTWA ARTYSTYCZNA

Peter Mennigen skończył studia na kierunku artystycznym, jednak jego praca ogranicza się tylko do opracowywania skryptów. Jak sam zdradził w jednym z wywiadów, studia zweryfikowały, czy może zostać samodzielnym artystą, czy też nie. Dlatego też w 2011 roku z głową napakowaną pomysłami wygooglował on grafika – Ingo Romlinga. Brzmi to może trochę nieprofesjonalnie, ale osoba o jego wykształceniu musiała wiedzieć, czego szuka. I tak artysta, który uważa, że nie da się wyżyć z rysowania komiksów w Niemczech, dał się namówić na pracę przy omawianym projekcie.

Nie ma lepszego słowa do określenia rysunków Ingo Romlinga niż – majstersztyk. To jego grafiki zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie, że stanowiły pierwszy impuls dla całego zespołu narządów kurczliwych mięśni, poruszających ramieniem sięgającym na najwyższą półkę stoiska wydawcy – Scream comics.

Jako, że nie znałem tego artysty wcześniej, postanowiłem przeczytać te kilka przeprowadzonych z nim wywiadów, jakie można znaleźć w sieci. Jest on fanem cięższego brzmienia i gotyku, więc popełnił kilka okładek zdobiących krążki z taką muzyką. Zapytany o ulubionych artystów wymienia takie nazwiska jak: Moebius, Uderzo, Enki Bilal, John Romita Sr., Jack Kirby, Mike Mignola, Juanjo Guarnido, Cyril Bonin oraz „szalony i niezwykle elegancki Otto Schmidt”. W przypadku Malcolma Maxa jest nie tylko autorem rysunków (w tym okładki), ale też sam położył kolory. Tu najbardziej widać wpływ Mignoli. Zresztą artysta się z tym wcale nie kryje:

„Jestem fanem bardzo ograniczonego zabarwienia, takiego jak u Mike’a Mignoli. Bardzo płaskie, bardzo oszczędne i z dużą ilością czerni, którą podziwiam absolutnie.”

Bardzo podoba mi się jak dokładnie potrafi oddać emocje na twarzach rysowanych postaci. Jego Charisma ma w sobie coś z Selene (Underworld) oraz z aktorki Evy Green (ta mimika). Komiks został w całości narysowany techniką cyfrową, na tablecie.

 WIARYGODNOŚĆ HISTORYCZNA

Przyznam szczerze, że pomyślałem o tym nie raz podczas lektury tego komiksu – czy to naprawdę wyglądało w ten sposób? Czy taka technologia była wtedy dostępna? Na szczęście obydwaj panowie dbają o to, by nic nie zgrzytało. Peter od strony fabularnej, w którą wplata wiele autentycznych postaci oraz wydarzeń historycznych (nie zamierzam psuć Wam zabawy i nie zdradzę jakich). A Ingo dba, by wszystko wyglądało wiarygodnie, dotyczy to nie tylko kostiumów, fryzur i architektury, ale także wszelkich przedmiotów codziennego użytku. Aby osiągnąć ten efekt posiłkuje się m.in. fotografiami dostarczonymi mu przez Petera.

 O POLSKIM WYDANIU

Polski wydawca wypuścił Malcolma Maxa w standardzie jaki stosował do tej pory w innych komiksach z własnej stajni. Mamy więc ogromy format 240 x 320 mm i twardą okładkę. Konsekwencja w tej kwestii na pewno poprawia estetyczne odczucia kolekcjonerów lubujących się w ładnym rozlokowaniu tomików na regale. Mnie to osobiście obojętne, ale im większy komiks tym większe kadry, a to lubię. Na mój gust papier mógłby być jednak odrobinę grubszy, bo przy tym rozmiarze kartki nietrudno o małe załamania. Na plus zaliczyć można to, że dialogi w komiksie są delikatnie stylizowane na starsze.
Mam nadzieję, że Malcolm Max się u nas przyjmie, bo ten cliffhanger (końcówka tomu 1) mnie zabija powoli.

AUTOR LoboPrime

"There's no flesh and blood within this cloak to kill. There is only an idea. And ideas are bulletproof."

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *