PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Luthor

[RECENZJA] Luthor

Brain Azzarello i Lee Bermejo, duet znany z komiksu Joker, przedstawia nam kolejnego ikonicznego złoczyńce. Tym razem będzie to arcywróg Człowieka ze Stali, Alexander „Lex” Luthor. To co należy zaznaczyć na wstępie, to fakt, że przynależność tego albumu do cyklu wydawniczego Obrazy Grozy jest mocno nietrafiona – komiks ten w żaden sposób nie jest horrorem czy thrillerem. Nie jest to też opowieść dedykowana jedynie dla czytelnika dojrzałego, bowiem żaden z elementów nie wydaje się być nieodpowiedni dla młodszych odbiorców.

Przechodząc jednak do opisu – jak sugeruje zapowiedź umieszczona na tyle wydania, album ma być obietnicą historii Lexa Luthora, który jako jedyny rozumie jakim zagrożeniem dla świata jest Superman. Hasło „Wszyscy ludzie rodzą się równie. Wszyscy ludzie. A ty nie jesteś człowiekiem…”, umieszczone obok tego opisu, pokazuje pierwszą poważną wadę, którą widać na niemal każdej stronie. Wydawać by się mogło, że ponad 100 stron zamkniętej historii to odpowiednia ilość miejsca, żeby przedstawić motywacje i dobrze napisać postać.

Niestety, Azzarello portretuje Luthora jako filozofa, który w jakże nieoryginalny sposób (znany z dziesiątek story arców, animacji czy filmów) próbuje pozbyć się Człowieka ze Stali zasłaniając się nudnymi i nadętymi frazesami mającymi nadać kontekst jego działaniom. Mamy tutaj wątek obórcenia Batmana przeciwko Supermanowi, mamy manipulację współpracownikami, mamy też twór spod ręki Lexa, który ma być mięśniami jego przebiegłego planu. Nudy, nudy, nudy. Nie dość, że to wszystko już było (jak pisałem wcześniej), to jeszcze jest to podane w taki sposób, że aż pragnie sie zakrzyknąć „no weźże wnieś tutaj trochę świeżości”.

Tak, oczywiście – ciężko jest coś nowego i rewolucyjnego zrobić z postacią, która jest ikoniczna. Trzeba jej oddać należyty hołd, pokazać jej głębie… ale po kilkudziesięciu latach siłą nowych komiksów traktujących o starych bohaterach i złoczyńcach jest restrukturyzacja. Rozmontowanie danej postaci i poskładanie jej na nowo, wnosząc nowy kontekst, świeżą historię czy przekształcając charakterystyczne cechy. Trzeba to robić z szacunkiem dla rdzenia, żeby gdzieś po drodze nie stracić esencji, ale patrząc przez pryzmat New 52 (Luthor, choć w Polsce ukazał się w tym roku, powstał przed rebootem uniwersum), wielu scenarzystom udało się tchnąć nowe życie w klasycznych herosów i łotrów (np. Aquaman, Joker, Wonder Woman). Azzarello się to nie udało, a jego największą winą jest to, że nawet nie próbował. I tak oto dostaliśmy album o Luthorze jakiego znamy, o Luthorze jaki niczym nas nie jest w stanie zaskoczyć – nawet świat oglądany jego oczami (przerażający, wyobcowany Superman) niespecjalnie rusza.

Na szczęście Lee Bermejo jak zwykle zaserwował nam ucztę dla oczu. Mocno statyczne kadry, paradoksalnie, tętnią życiem dzięki wspaniałej grze kolorów i cieni. Tutaj wielkie brawa, komentarz jest zbędny. Zresztą zobaczcie sami w scenie powyżej. Wydawca, czyli Egmont, również spisali się na medal. Twarda oprawa, wysoka jakość papieru i druku, materiały dodatkowe – standard, do którego jesteśmy przyzwyczajeni – ale zawsze miły. Summa summarum, album ten nie jest wart kupna, a jeśli dostaniecie go jako prezent – przeczytajcie i zapomnijcie o nim. Kiedy na rynku jest tyle innych, świetnych rzeczy, o zapomnienie o Luthorze nie będzie nawet trudno.

AUTOR Paweł Kicman

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Action Comics #1000

Jedną z najwspanialszych rzeczy w nurcie superhero jest ponadczasowość postaci. Herosi inspirują całe pokolenia, a …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *