PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Kosz pełen głów

[RECENZJA] Kosz pełen głów

Nazwisko Joe Hilla nie jest mi obce, ale informacja o tym, że DC Comics zdecydowało się powierzyć mu osobną linię tytułów w ramach imprintu Black Label, stanowiła dla mnie pewnego rodzaju niespodziankę. Syn Stephena Kinga ma już na koncie kilka cenionych i nagradzanych dzieł, ale nadal mówimy tu o autorze stosunkowo młodym, z wciąż dość wąską, komiksową bibliografią. Cóż, możliwe, że zaskoczenie wynikało także z tego, że nie miałem jeszcze okazji poznać jego opus magnum, czyli powszechnie chwalonej serii Locke & Key.

Czemu zatem, mimo dotychczasowego rozmijania się z twórczością Hilla, wydane przez Egmont Polska pozycje z Hill House ComicsKosz pełen głów oraz Rodzina z domku dla lalek (której recenzji również wypatrujcie wkrótce na Panteonie) – wzbudziły moje zainteresowanie? Niewątpliwie ma to związek z faktem, że staram się uważnie śledzić wszelkie nowości spod szyldu wspomnianego DC Black Label, któremu to projektowi szczerze kibicuję i który postrzegam za najciekawszy z aktualnie rozwijanych przez wydawnictwo. Nie przeciągając wstępu, odpowiedzmy sobie na pytanie, co wnosi do niego pierwszy z wymienionych albumów, pisany przez samego Hilla.

Kosz pełen głów zaczyna się jak standardowy horror, o który można by podejrzewać… jego ojca. Trafiamy bowiem do dobrze znanego z powieści Kinga stanu Maine, w którym wszystko pozornie zdaje się być na swoim miejscu, ale jednocześnie ciężko pozbyć się wrażenia, że prawdziwe życie dzieje się gdzieś z dala od Brody Island. Mamy wczesne lata 80., co sprzyja tworzeniu się w małym, nadmorskim miasteczku zamkniętej, odciętej od problemów świata społeczności. Piasek w jej tryby wsypuje pojawienie się pary młodych bohaterów, Liama oraz June.

On odbywa tam wakacyjne praktyki na lokalnej komendzie, ona zaś tylko go odwiedza, by pomóc mu spakować się przed powrotem do domu. Jej wizyta zbiega się z ucieczką kilku więźniów. W teorii niegroźni mężczyźni napadają na dom szeryfa, w którym pomieszkują także początkujący policjant z dziewczyną. Szybko okazuje się, że intruzi są znacznie bardziej bezwzględni niż wskazywałaby na to ich dotychczasowa kartoteka. Liam zostaje porwany, a jeden z uciekinierów rzuca się w pościg za June. Ta szczęśliwie zdążyła uzbroić się w tajemniczy, wikiński topór…

W momencie, w którym chwytająca się ostatniej deski ratunku studentka zamachuje się nim na przeciwnika po raz pierwszy, kompletnie zmienia się ton opowieści snutej przez Hilla. Przyziemny dreszczowiec z motywem „home invasion” ustępuje miejsca kampowej czarnej komedii z dużą ilością gore. Fabuła dalej traktuje się poważnie, intrydze nie brak odpowiedniej stawki, a całości aż do finału towarzyszy napięcie związane z tym, że kompletnie nie wiadomo komu bohaterka ma ufać, ale wprowadzenie sporej dawki humoru jest w Koszu pełnym głów absolutnie uzasadnione. Rzeczy, które zaczynają spotykać June, są w końcu tak dziwaczne i odrealnione, że pewna autoironia wydaje się tutaj wręcz wskazana. Gatunkowy miks, który czytelnikowi zgotowuje scenarzysta, przywodzi na myśl tak udane filmowe produkcje, jak np. kultowy Amerykański wilkołak w Londynie czy niedawne: Nina wiecznie żywa oraz Zabawa w pochowanego.

Komiks Hilla ma w sobie pokłady przebojowości, ale niestety nie utrzymuje równego tempa na całej swojej długości. Gdy June wpada w kolejne tarapaty i odkrywa brudne sekrety mieszkańców miasteczka, nie zawsze dzieje się to w sposób naturalny, organiczny, zgodny z duchem historii. Czasem, by objaśnić relacje między postaciami lub wytłumaczyć motywy złoczyńcy, Hill dosłownie każe mu usiąść na krześle i jego ustami wypełnić luki w scenariuszu. Początkowo ma to pewien urok – wszak nigdy nie dostajemy gwarancji, że to, czego się dowiadujemy, jest stuprocentową prawdą, ale długimi fragmentami sprowadza się to do topornej ekspozycji, która wyhamowuje fabułę i co gorsza, nie pozwala odbiorcy samemu połączyć faktów – wszystko zostaje mu wyłożone na tacy.

Nim przejdziemy do ostatecznego werdyktu, słowo o oprawie graficznej. Prace Leomacsa, który ma w portfolio rysunki m.in. do takich serii, jak Dylan Dog czy Lucifer, przypominają mi coś, co mógłby stworzyć trochę mniej wyrobiony i mniej dokładny Sean Phillips (Fatale, Zaćmienie, Criminal). Kreska, która docelowo pasowałaby do kryminału, w konwencji krwawego horroru sprawdza się… co najwyżej poprawnie. Jako ilustracja większości przedstawionych wydarzeń zupełnie nie przeszkadza, ale wszelkie sceny dekapitacji budzą lekki niedosyt i proszą się o ciut więcej kreatywności.

Czy zatem Kosz pełen głów jest dziełem potwierdzającym ambicje Hilla do bycia współczesnym mistrzem grozy? Ja osobiście nie posunąłbym się w swoich słowach aż tak daleko. Nie da się jednak odmówić recenzowanemu komiksowi wystarczająco wyraźnego autorskiego sznytu, dzięki któremu z opartej na jednym szalonym koncepcie, prostej historii scenarzyście udaje się wycisnąć maksimum. Z adnotacją, że maksimum w tym przypadku oznacza całkiem wciągającą, solidną fabułę, która powinna zainteresować fanów gatunku.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[Recenzja] Uniwersum DC według Mike’a Mignoli

Najpierw dzięki Egmontowi a później za sprawą innych wydawców (Scream, KBOOM czy Non Stop Comics) …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *