PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Jonah Hex: Garbate szczęście

[RECENZJA] Jonah Hex: Garbate szczęście

Nareszcie, doczekałem się! Nie mówię tu po prostu o kolejnym tomie bardzo lubianej przeze mnie serii przygód szpetnego łowcy nagród. W recenzjach poprzednich tomów skarżyłem się na spadek jakości po pierwszej odsłonie cyklu oraz kontynuację, może i satysfakcjonującego, ale jednak niższego poziomu opowieści. Garbate szczęście jest tym, czego oczekiwałem sięgając po kolejne epizody z życia Jonaha Hexa – tomem przebijającym poprzednie trzy, a nawet, w wielu momentach przewyższającym rewelacyjne Oblicze pełne gniewu. Jonah Hex powraca w bezapelacyjnie najmroczniejszej i najbrutalniejszej przygodzie.

Zatem, w jakich perypetiach towarzyszyć będziemy naszemu wirtuozowi coltów?

W najnowszym tomie dane nam będzie poznać epizod z ostatnich lat życia łowcy nagród i dowiedzieć się, że jego predyspozycje rodzicielskie są odwrotnie proporcjonalne do zdolności strzeleckich. Następnie, mamy naprawdę dobrą opowieść o synu włoskiego imigranta, brutalnie zamordowanego dla zabawy przez zepsutych stróżów prawa. Hex niejako pomaga chłopcu w dokonaniu wendety, jednak wiele lat później drogi ofiary i wybawiciela krzyżują się w niefortunnych okolicznościach. W innej opowieści powrócimy do znanej z poprzedniego tomu Czarciej Łapy, gdzie Hex zostaje zamieszany w brutalną masakrę Indian.

Dostajemy makabryczny epizod o dwóch przestępczyniach przetrzymujących w niewoli mężczyzn, uprzednio pozbawionych przez nie kończyn i języków. Wreszcie twórcy serwują opowieść o młodym homoseksualiście, który dokonuje zemsty za lincz na swoim przyjacielu, będący świetnym wywodem na temat samosądów. Epizod również ociekający krwią i jeżący włos na głowie.

Garbate szczęście nareszcie dało mi dużą dawkę emocji, których poprzednim tomom stanowczo brakowało. Poza dość kiepską i na siłę humorystyczną historią tytułową, każdy zeszyt chłonąłem z przejęciem i satysfakcją płynącą z rozwiązań fabularnych i odwagi twórców. To, co charakteryzuje omawiany tom to przede wszystkim brutalność. Oczywiście, poprzednim przygodom Hexa towarzyszyło wiele trupów i litry posoki, ale pewne momenty tego tomu ocierają się o porządną makabreskę. Zwłaszcza wspomniana historia o „czterech małych świnkach”. Widok delikwentów, którzy na zakrwawionych kikutach czołgają się w kierunku swoich oprawczyń z pewnością zadowoli niejednego fana kina eksploatacji.

Hex brutalny, ponury i interesowny. Kwintesencja postaci.

Najbardziej przypadła mi do gustu krótka opowieść o linczu. To bardzo przejmujący wykład o tym, jak tragiczna w skutkach może być nieumiejętność odróżnienia zemsty od sprawiedliwości. Czy pozbawienie życia dziesiątek osób odpowiedzialnych za śmierć jednej jest adekwatna karą? Czy przypadkowy człowiek ma prawo wymierzyć karę za fakt popełnienia tak odrażających zbrodni? Takie pytania stawia przed czytelnikiem ten rozdział.

Innymi słowy, znów możemy poczuć jak odrażającym i dalekim od wyobrażeń Sergio Leone miejscem mógł być Dziki Zachód. Sam Jonah Hex ponownie daje nie tylko popis strzeleckiej finezji, ale ugruntowuje swoją pozycję w panteonie najbardziej obmierzłych typów komiksowego świata. Potrafi przynieść więcej kłopotów, niż szczęścia. Poza zapłatą, pełną flaszką whiskey i towarzystwem prostytutek mało spraw go obchodzi, a o własną reputację dba mniej niż Peter Garret o umiejętności taneczne. Stary, dobry Jonah powrócił.

Pozytywne zaskoczenie Garbatym szczęściem to również zasługa nowych rysowników tworzących na łamach serii. Powraca oczywiście Jordi Bernet, który ilustruje dwie opowieści i utrzymuje zadowalający poziom swoich prac. Pozostałą zawartość zilustrowali rysownicy, których wcześniej nie mieliśmy okazji oglądać w tym cyklu. Pojawia się Russ Heath, którego kreska jest dość realistyczna i szczegółowa, jednakże wielu scenom brakuje dynamiki i rysowane przez niego postaci wydają się być nieco sztywne. Ogółem poprawna, rzemieślnicza robota.

Stefano Landini to rysownik o wyrazistej kresce, wpadającej w nieco animowany sznyt. Artysta potrafi tworzyć ciekawe, dynamiczne kadry. Dość poważny minus tej oprawy to nieprawdę źle wyglądające i pozbawione charakteru twarze postaci.

Rysunki trzech wymienionych panów ponownie okrasił kolorami Rob Schwager, którego wyblakłe palety szarości, fioletów i pomarańczy są jedną z wizytówek tej serii.

Najbardziej wyróżniającą się oprawę stworzył Rafael Garres. Jego rysunki są mocno karykaturalne, ale pełne najdrobniejszych detali. Garres jest jak zły brat bliźniak Glenna Fabry’ego. Jego postacie wiją się w nienaturalnych pozach i prężą mięśnie, których nie uświadczymy u zwyczajnych homo sapiens. Z kolei brzydota każdej facjaty jest tu mocno podkreślona – Hex wygląda jak Dolph Lundgren pożądlony przez rój os. Ale cała ta groteskowa pokraczność jedynie służy klimatowi opowieści. Jednakże wiele ilustracji traci na czytelności przez nagromadzenie szczegółów.

Wąskie, szczegółowe kadry Rafaela Garresa.

Moim ulubionym rysownikiem w tym tomie jest jednak John Higgins. Artysta, który zasłynął głównie, jako kolorysta Watchmen i pierwszej wersji Zabójczego Żartu. Rysunki Higginsa są najbardziej naturalistyczne ze wszystkich. Gra tu właściwie wszystko. Szczególna pochwała za fantastyczne ujęcia, urozmaicone kadrowanie podkreślające dynamikę opowieści. Dawno nie czytałem komiksu, który zachwyciłby mnie tak mocno tym aspektem. Szkoda jedynie, że ilustrowany przez Higginsa epizod jest tak krótki.

Zatem mamy za sobą piąty tom serii Palmiottiego i Graya. Jak już wielokrotnie wspominałem, cieszę się, że cykl wrócił do wysokiego poziomu, z którego startował. Wszystkich, którzy tęsknią za Dzikim Zachodem w obrazkach odsyłam do omawianego komiksu. Mam nadzieję, że twórcy nie stłumią mojego entuzjazmu spadkiem formy w kolejnych tomach. Po Garbatym szczęściu mam ochotę na jeszcze więcej przygód Hexa w takim wydaniu – skrajnie mrocznym i makabrycznym. Jeżeli nie czytaliście wcześniej innych tomów, a zainteresowała Was treść tego wydania, jak najbardziej można czytać jako świeży wstęp. Fanów oszpeconego awanturnika przekonywać nie trzeba.

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

Odrodzenie DC we Wrześniu

Wydawnictwo Egmont we wrześniu rozpoczyna sprzedaż albumów komiksowych z cyklu Odrodzenie DC. Do końca roku na …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *