PANTEON / CYKLICZNE / [RECENZJA] Incognito

[RECENZJA] Incognito

W piosence, który posłużyła jako drugi opening do pierwszej serii japońskiego, animowanego serialu pt. Durarara (swoją drogą, bardzo dobra produkcja – polecam), w refrenie pada takie oto stwierdzenie: Jutro przypomina puste, niekończące się płótno. Chwilę później, podmiot liryczny utworu zadaje pytanie – Co powinienem na nim naszkicować?.

Mówi się, że jesteśmy kowalami własnego losu; że to my kreujemy własne życia. Jesteśmy malarzami, którzy na płótnie swojego życia, dążyć winni do stworzenia prawdziwego dzieła sztuki. Większość z nas może to zrobić, bowiem prawdziwa sztuka nie zamyka się w żadnych ramach. Jedni zachwycają się surrealizmem, u innych fascynację wywoła kubizm (którego, osobiście, nie trawię tak nota bene). Prace te będą różne, tak różne jak są nasze pragnienia oraz jakim dysponujemy warsztatem.

Niektórzy bowiem posiadają całą gamę kolorowych kredek; innym, jakby na złość, siła wyższa podarowała pudełko ołówków – tak zwykło mawiać się o nieszczęśnikach, którym przyszło borykać się z dużą ilością smutku, bólu… Ich płótno pokrywane jest rożnymi odcieniami szarości, sprawiając wrażenie wszechpanującego mroku i brudu. Tak właśnie wyglądają obrazy namalowane przez Pawła K.; głównego bohatera komiksu Incognito, napisanego przez Piotra Czarneckiego, do którego ilustracje stworzył Łukasz Ciżmowski. Owa powieść obrazkowa, dostępna całkowicie za darmo w wersji cyfrowej na stronie C&C Comics, opowiada historię zamaskowanego samozwańca, obdarzonego mocą stawania się niewidzialnym. W jaki sposób posiadł te moc? Sam do końca tego nie wie. Pewnego dnia odkrył, że po prostu ją posiada, a kiedy, kilka lat później, wykorzystał ją, by pomóc człowiekowi, zrozumiał, że, cytując Benjamina Parkera, z wielką mocą idzie w parze wielka odpowiedzialność.

Tak oto, przywdziawszy strój rodem ze starego kina, wyposażony w arsenał skromnych (jak przyznaje się czytelnikowi bohater – nie stać go na bajerancki sprzęt) gadżetów, staje w obronie potrzebujących. Jedną z osób, której życie uratował, jest miejscowa dziennikarka, co owocuje rozpoczęciem współpracy między mediami, a lokalnym superherosem, dzięki której tworzą się zupełnie nowe sojusze w zwalczaniu źródła całkowitego miejscowego zła – tajemniczym Baronem oraz, rzecz jasna, jego ludźmi… ludźmi i nie tylko.

Tak po krótsze przedstawia się główna fabuła pierwszych numerów komiksu Incognito – polskiej historii superbohaterskiej, osadzonej mocno w klimatach detektywistycznych; to taki nasz polski odpowiednik Batmana, nieco jednak bardziej luzackiego – rzekłbym: z nutą pajęczego podejścia. Historia, zaserwowana nam przez Pana Czarneckiego, ociekająca sporą ilością sosu o smaku tajemnicy, zaskakuje swoją kreatywnością.

Autor, tworząc postać Barona, odwalił kawał porządnej roboty – ja, śledząc ten wątek, miałem prawdziwego banana na twarzy (efekt zachwytu i zadowolenia), który, będąc szczerym, stosunkowo często pojawia się przy czytaniu Incognito. Główny bohater jest nie tylko polski; jest przede wszystkim ludzki – Piotr Czarnecki serwuje w swojej pracy sporo smaczków, w postaci nawiązań do różnych dzieł – tytułowy Incognito, niczym Człowiek-Pająk, ciska żartami, będącymi często aluzjami do innych komiksów, czy filmów (raz nawet mówi o sobie, że jest X-manem).

 

Jestem jak najbardziej za, jeśli chodzi o stosowanie tego typu zabiegów; dzięki temu, nawet najbardziej fantastyczna historia, wydaje się być nam bliska; wzbudza poczucie, iż śledzone wydarzenia wydarzyły się dwie ulice od naszego domu, co znacznie umila odbiór. Niestety, nie jest to jednak wszystko idealne. Każdy zeszyt serii liczy sobie niewiele ponad dwadzieścia stron, co na pewno nie jest wystarczającą ilością miejsca na zaprezentowanie nam tejże historii. Chaotyczna akcja sprawia, że czytelnikowi momentami ciężko połapać się w tym, co właśnie dzieje się na kartach komiksu. Dodatkowym utrudnieniem stanowią również ilustracje, których autorem jest  Łukasz Ciżmowski.

Nim jednak przejdę do opisu graficznej części Incognito, zaznaczyć pragnę, iż Pan Ciżmowski to świetny rysownik; styl jego prac ogólnie bardzo dobrze spisuje się jako ilustracja historii, niemniej jej specyficzne ukrócenie sprawia, że możemy mieć w tym wypadku dużo wątpliwości. Widzicie, cały komiks skąpany jest jedynie w czerni, bieli i różnych odcieniach szarości, przez co trudno momentami wychwycić różnice u niektórych postaci, dlatego szybkie, nieoznaczone przypisem, przejście z miejsca na miejsce, z niewskazaniem głównych bohaterów opowieści sprawia, że czytelnik, dopiero po kilku kadrach zorientuje się, że śledzi obecnie nowy wątek.

Jak już wspomniałem, rysunki świetnie ilustrują historię; fabułę powieści. Sceny dialogowe, drobne sceny akcji śledzi się tutaj naprawdę przyjemnie, o ile rzecz jasna lubi się obserwować obrazy w stylu noir. Niestety, gdy mamy do czynienia z tzw. grubą akcją – ilustracje wypadają znacznie gorzej. Widać, że rysownik, nie ma jeszcze doświadczenia w tworzeniu obrazów rodem z kina klasy B. Obserwując jednak rozwój, jaki ma miejsce na łamach każdego numeru, jestem spokojny – widać, że Pan Ciżmowski oraz Pan Czarnecki stale pracują nad jakością swojej pracy. Z każdym kolejnym zeszytem jest coraz mniej chaosu w coraz to bardziej dopracowanej otoczce. Zapewne za kilka numerów nie będę miał już do czego się przyczepić. Jednak to dopiero musi nastąpić, na dzień dzisiejszy autorzy muszą jeszcze trochę popracować nad swoim warsztatem.

 

W jednym z numerów gościnnie wystąpiła pewna artystka, utalentowana do tego stopnia, że wiele jego kadrów mogłoby spokojnie zawisnąć w najlepszym muzeum, na ścianie obok największych malarzy surrealizmu. Ilustracje w scenie, w której dane nam jest zapoznać się z przeszłością jednego z antagonistów, stanowią prawdziwe dzieła sztuki. Zero jakiejkolwiek przesady; jeśli nie wierzycie – rzućcie tylko okiem na nie, gwarantuję zbieranie żuchwy z podłogi u wielu z Was

Słowem podsumowania; komiks Incognito to bardzo przyjemna superbohaterska pozycja. Nie jest to może produkt idealny, ale to dalej porządny kawałek komiksu, po który naprawdę warto sięgnąć, tym bardziej, że klimat opowieści stanowi odskocznie od klasycznych historii obrazowych traktujących o zamaskowanych samozwańcach. Warto więc, pomimo kilku niedociągnięć, przyjrzeć się losom Pawła K., które, w świetny sposób, wpływają na rozwój panteonu (heh) polskich superbohaterów. Wszystkich zatem gorąco zachęcam do lektury, a autorom życzę powodzenia na drodze dalszego rozwoju swojego warsztatu.

AUTOR Łukasz Gądek

W czasach, gdym jeszcze dziecięciem był, kiedy światło dzienne ujrzała moja pierwsza kreskówka, jeden z moich kolegów nazwał mnie "polskim Stanem Lee". Dziś, po latach, pragnę naprawdę zasłużyć na ten przydomek.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] X-MEN: Mordercza Geneza

Zróbcie coś dla mnie. Wyobraźcie sobie, że za każdą obietnicę rewolucji w uniwersum superbohaterskim dostajecie jedną …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *