PANTEON / CYKLICZNE / [RECENZJA] Incognito: A imię jego…

[RECENZJA] Incognito: A imię jego…

Niewidzialność może i wydaje się być oklepaną „supermocą”, ale w praktyce nie jest przesadnie często wykorzystywanym motywem nurtu superhero. Filmy o tym zjawisku to zazwyczaj paranormalne dramaty. Nawet komiksowi giganci – Marvel i DC – nie eksponują swoich potrafiących znikać bohaterek jak Invisible Woman, czy Gipsy. Temat zdają się poważniej potraktować jedynie niezależni twórcy.

Australijskie dzieło Niewidzialny Griff obejrzeli tylko głęboko kopiący w gatunku fani superbohaterów oraz liczne fanki Ryana Kwantena. Przejdźmy więc do komiksów. Wydawane przez Vertigo The Invisibles to wcale nie taka niewidzialność, o jaką mi chodzi. Bardziej zagorzali fani kojarzą również Incognito stworzone przez Eda Brubakera, lecz tytuł ten również podejmował znacznie inną tematykę – programu ochrony świadków. Produkcja ta została już zapomniana, podobnie jak mający powstać serial na jej motywach.

Obecnie polski fandom kojarzy wyraz „Incognito” głównie z ciepło przyjętym superbohaterem, stworzonym przez Piotra Czarneckiego i Łukasza Ciżmowskiego. Muszę przyznać, że duet, który sięgnął po mało eksploatowany szablon niewidzialności, dodatkowo zmieszany z mrocznym street-levelem, biopunkowym horrorem i szczyptą – spopularyzowanego przez Kick-Assa – real-life superhero, osiągnął na coraz ludniejszym, polskim rynku efekt „powiewu świeżości”. Choć część wykorzystanych przez artystów motywów pewnie gdzieś już widzieliśmy, to nie dostajemy kalki wydanych wcześniej historii. Osobiście cieszy mnie takie podejście. Nie marnuje się tu czasu na robienie z bohatera osoby totalnie nieporadnej życiowo, od razu wrzuca się go w wir akcji. Wątki determinizmu życia nolife’a naturalnie się przewijają, ale pojawiają się w tle i nie stanowią siły napędowej opowieści.

Na szczęście polscy twórcy komiksów znacznie się różnią od kanadyjskich scenarzystów tworzących seriale dla nastolatków, dlatego wątki obyczajowe nie zdominowały fabuły. Ciekawsza jest ta druga strona bohatera, którą promuje domowej roboty strój, będący hołdem dla filmu Niewidzialny Człowiek (z 1933 roku). Paweł K., niby z poczucia obowiązku, ale wydaje się, że bardziej pod wpływem fascynacji swoją mocą, szukając adrenaliny rzuca się wprost w szpony miejskiego, zdegenerowanego podziemia. Jednak ulicą rządzi już ktoś bardzo wpływowy.

Głównym zwrotem akcji w życiu bohatera jest znalezienie bratniej duszy. Los kieruje bohatera w kierunku Alicji, niepokornej punkówny, posiadającej parapsychiczne zdolności. Postać ta nasuwa na myśl imienniczkę z gier Americana McGee, to dobry kierunek skojarzeń. Patologiczne dzieciństwo zniszczyło jej kompas moralny, co z miejsca czyni ją interesującą. Eksponowanie klatki piersiowej naturalnie też pomaga w autoprezentacji. Panna jest antybohaterką i pomaga Pawłowi tylko dlatego, że sama chce go wykorzystać. Nie da się jednak wyczuć, że odpowiada jej przyjaźń z kimś podobnie napiętnowanym. Można sobie wyobrazić, że dla osamotnionego z racji na swe zdolności Pawła, spotkanie drugiej, nie do końca normalnej osoby, stanowi pewien egzystencjalny przełom. Fanów superbohaterów sytuacja nie zaskakuje, oglądaliśmy takie zwroty akcji przecież już chociażby w filmie Jumper, gdy pojawia się postać Gryffina. Podobne wydarzenia potrafią zmienić nieświadome i spokojne życie, co ciągnie fabułę w ciekawych kierunkach.

W zawartych w zeszycie trzech pierwszych historiach, dobrze nakreślono też osobę złoczyńcy. Nie wiadomo o nim zbyt wiele, ale cały czas przewija się w tle. Pełni on rolę podobną do marvelowskiego Kingpina, czyli trzyma w garści półświatek i wykazuje niezdrowe zainteresowanie osobliwościami nie do końca okiełznanymi przez naukę. Planuje zapanować nad paranormalnymi mocami, by jeszcze wyżej podnieść swój status. Wszystko to oczywiście w pogardzie dla życia i zdrowia osób postronnych. I tu do akcji wkraczają superherosi.

Przy pierwszym wrażeniu album estetycznie przypomina kolorowankę, lecz mimo to powinniśmy go trzymać z daleka od kredek. Szata graficzna nie onieśmiela komputerowo dopracowanymi kadrami, do których przyzwyczaiły nas zachodnie produkcje. Kogoś może nawet odrzucić fakt, że kadry są utrzymane w odcieniach czerni, bieli i szarości, ale taki design bardzo pasuje do przyjętej przez autorów konwencji. Dodaje klimatu i czuć, że autorzy lubią kino grozy, co przejawia się też w kilku popkulturowych nawiązaniach. Wrażliwe osoby mogą się nawet przestraszyć. Komiks rozpracowywałem w środku nocy i nie wywołał u mnie stanów lękowych, ale chyba przez to, że podobnie jak główny bohater, widziałem w życiu zbyt wiele horrorów.

Nie da się ukryć, że scenariusze nasączone brudem i mrokiem, w których wszyscy mają poprzestawiane mentalne tryby, są zawsze dobrze odbierane. Nie zdobędą one co prawda popularności kolorowych opowieści fantasy lub uduchowionych dramatów, ale taka sława tylko by im zaszkodziła. A sięgając po Incognito, mamy do czynienia z oddolną inicjatywą, stworzoną z pasji, celującą w niszę bohaterskich historii grozy. Dlatego nie dajcie się ponieść mainstreamowi i koniecznie zapoznajcie się z przygodami niewidzialnego superbohatera-amatora.

Autor: Adolf

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Bler Tom 6: Psie Imperium

Szósty tom Blera, to jednocześnie bezpośrednia kontynuacja wątków z poprzedniej części, jak i powrót do …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *