PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Helbllazer: Niebezpieczne Nawyki

[RECENZJA] Helbllazer: Niebezpieczne Nawyki

Długo zwlekałem, z zaopatrzeniem się w wydanego przez Egmont Helbllazera. Po części z racji na bezlitosną cenę, a po części z uwagi na pewne przesycenie Ennisem, które dopadło mnie po lekturze wszystkich tomów (rewelacyjnego swoją drogą) Preachera. W końcu, wiedziony ciekawością… ale w pewnym stopniu również obowiązkiem zapoznania się z komiksem wciągającym na sztandar hasła o łamaniu super-bohaterskiej konwencji, „ukarałem” portfel wytrząsając z niego ostatnie zaskórniaki. Kilka dni później – za pośrednictwem pana w niebieskim uniformie – John Constantine zastukał do mych drzwi. Więc jaki naprawdę jest papierowy Hellblazer, i czy adaptacja filmowa uczciwie portretuje przygody bohatera?

Zacznijmy od formalności. Komiks, którego dotyczy ten tekst, to wydane nakładem Egmontu, w 2008 roku – Niebezpieczne nawyki. Scenariusz jest dziełem – rozpoznawanego przez większość komiksowej braci – Gartha Ennisa (Kaznodzieja, Hitman, Pielgrzym), rysunki zaś stworzył William Simpson (najczęściej działający w ramach 2000 AD). Hellblazer oryginalnie opublikowany został przez amerykańskie wydawnictwo Vertigo, jest więc częścią uniwersum DC. Johny C debiutował u boku najsłynniejszego, rysunkowego mieszkańca Luizjany, Aleca Hollanda bardzo adekwatnie nazywanego Swamp Thing. Po tym docenionym przez czytelników występie zyskał własną serię, skupiającą na przestrzeni lat wielu kapitalnych scenarzystów komiksowych (Morrison, Gaiman, Ennis, Azzarello…).

Kim jest John Constantine? Jest człowiekiem nieszczęśliwym. Opuszczonym przez przyjaciół i stroniącym od rodziny. Niszczonym przez nałogi, z którymi nie potrafi walczyć. Tylko jeden fakt, powstrzymuje mnie przed określeniem Johna mianem „ludzkiego wraku”. Desperacko trzyma się życia, nie traci nadziei nawet w obliczu zbliżającej się nieuchronnie śmierci. Kiedy lekarz informuje bohatera o trawiącym jego płuca raku, ten rzuca rękawicę przeznaczeniu. Postanawia skorzystać ze wszystkich dostępnych furtek, by wyrwać się z zaborczych szponów kostuchy. Nieważne jak szalony pomysł przyjdzie mu do głowy, jak niemożliwy scenariusz może prowadzić do zbawienia, Constantine jest gotowy na wszystko, by „uratować skórę”. I tu pojawia się pierwszy problem, tego ambitnego w założeniach komiksu…

Brakuje mu specyficznego luzu, który pozwala czytelnikowi uwierzyć, że wszystkie przeżywane przez Johna dylematy współistnieją obok duchów, demonów i wszelkiego rodzaju meta-ludzi. Ennis stosuje tu zabieg z którego jest znany. Przedstawia czytelnikowi postać ze wszech miar dramatyczną, obdarzoną szerokim wachlarzem soczystych ułomności, a jednocześnie w głębi duszy dobrą, pragnącą wybaczenia i odkupienia. Jednak Constantine nie ma nic z dobrodusznego drania Tommyego Monaghana (Hitman) ani naiwnego (acz upartego), zbuntowanego idealisty Jessego Custera (Kaznodzieja). Przywary, które miały uczynić tę postać „ludzką”, przyziemną, paradoksalnie – poprzez ich mnogość – bardzo go odczłowieczyły. Efektu „zwykłego Kowalskiego” schwytanego w pułapkę okoliczności, nie udało się scenarzyście osiągnąć, choć miejscami było blisko.

Ciężko jest stworzyć wiarygodną postać, polegając praktycznie tylko na eksploatacji nawiedzających ją nieszczęść. Nie jest to kilkudziesięciostronicowy one-shot, ani pełnometrażowy film. Wydaje mi się, że tylko skrócona forma byłaby znośnym „opakowaniem” dla tego typu scenariusza. Tymczasem Hellblazer jest komiksowym, długodystansowym serialem, o wybitnie epizodycznej formule. Niebezpieczne nawyki składają się kolejno z: przedstawienia postaci Constantinea i przybliżenia czytelnikowi jego niebagatelnego problemu, kilku skazanych na niepowodzenie prób oszukania praw natury, i finałowego, desperackiego planu zakładającego igranie z piekielnym panteonem.

Da się tu odczuć ciężkostrawne zachwianie proporcji. Dopóki cwany, wyszczekany Constantine, podróżował od miejskich szpitali do wiejskich posiadłości, z łatwością akceptowałem jego kontakty z – obecną gdzieś obok naszego materialnego świata – magią. Jednak kiedy jego pospolite pomysły, podparte ulicznym cwaniactwem, wkraczają do „pierwszej ligi”, sprowadzają do parteru niemal boskie istoty, robią w konia tytaniczne potęgi stanowiące filary istnienia wszechświata… zaczynam pragnąć, by klimat śmierci i udręki zastąpiony został przez figle, w stylu braci Marx.

Istnieją – mimo wszystko – w Niebezpiecznych nawykach momenty ciekawe, warte zapamiętania. Okazuje się bowiem, że postacie poboczne są napisane o niebo lepiej niż główny bohater. Najlepszym chyba epizodem komiksu, jest wizyta Johna w domu starego przyjaciela, alkoholika równie nieszczęśliwego jak on sam (i posiadającego podobny problem). W tej historii zadziałało dokładnie wszystko. Dialogi natychmiast przyciągają uwagę czytelnika, osobowość jowialnego gospodarza stanowi świetny kontrast dla zdezelowanego Constantina. Umykają również wszystkie wątpliwości, dotyczące wiarygodności okultystycznych zagrywek scenarzysty. Fragment ten, przypomina trochę stare ludowe podania o diabłach odwiedzających karczmy, celem dokonywania kuszących przysług w zamian za – rzecz oczywista – nieśmiertelne dusze naiwniaków. Spotkanie z intrygującą demonicą, winną Johnowi przysługę, bardzo dobrze realizuje podstawowe założenia serii dotyczące melanżu rzeczywistości z fantastyką, jest jednak za krótkie i niewiele wnosi do fabuły komiksu.

Rysunek pana Simpsona pasuje doskonale do przyjętej przez Ennisa konwencji. Można ponarzekać na małą szczegółowość teł, lecz logiczny układ kadrów i konsekwentna kolorystyka sprawnie rekompensują to niedociągnięcie. Zawsze wiemy, co dokładnie grafik chce nam przekazać. Polskie wydanie swoje lata ma, mimo to, na posiadanym przeze mnie, wielokrotnie czytanym egzemplarzu, nie widać żadnych pęknięć. Matowe kartki sklejone są bardzo solidnie, a tekturowa oprawa jest elastyczna i miła w dotyku. Wszystko jak najbardziej sprzyja lekturze.

Wypadałoby już kończyć, ale wspomnę jeszcze w kilku słowach o filmowej adaptacji tej pozycji, zatytułowanej Constantine (oryginalny tytuł komiksu pominięto najprawdopodobniej po to, by widzowie nie pomyśleli, że mają do czynienia z kolejną częścią Barkerowskiego horroru). Tę amerykańską superprodukcję miałem okazję obejrzeć parę dni po premierze w łódzkim kinie Bałtyk. Tuż po seansie wrażenia były mieszane, z małym przechyłem w stronę pozytywu.

Przepastna naiwność, podtrzymywała mnie w przekonaniu, iż płacę za pokaz będący ekranizacją konkretnego komiksu, będący żywym przeniesieniem znanych z literatury obrazkowej realiów i postaci. W tym przypadku absolutnie nie ma to miejsca. Podstawą scenariusza bezspornie są Niebezpieczne nawyki jednak w filmie nie doświadczycie znanego z komiksu klimatu. Wydaje mi się, że reżyser świadom wad oryginału postanowił naprawić je trochę w swoim dziele… i przegiął w drugą stronę. Hellblazera w jego podstawowej formie nazwać dziełem superbohaterskim nie sposób. Jest to mroczny, niepokorny względem popularnych w gatunku schematów dramat. Film natomiast zabiera nas do świata  heroizmu a’la John Wayne , pomarańczowego piekła i dalekiego od pierwowzoru Constantinea. Chciałbym zobaczyć minę nieszczęśnika, który zachęcony omawianym seansem nabył tomik Dangerous Habits.

Komu w takim razie warto tę markę polecić? Trudne pytanie. Myślę, że wszystkim którzy przeczytali ten tekst, i są przygotowani na istniejące w komiksie dysproporcje. Mimo wszystko, pierwszy TPB przygód Johna warto przeczytać chociażby po to, by móc bez żalu sięgnąć po kolejne tomy serii. A później, robi się tylko lepiej…

PS

Powyższa recenzja napisana była przed premierą serialu Constantine. Zdecydowałem się nie dodawać komentarza dotyczącego serii telewizyjnej, co może wydawać się dziwne, biorąc pod uwagę porównanie z filmem.  Jest ono jednak bardziej zasadne z prostego powodu, produkcja ta przenosi z Niebezpiecznych nawyków kilka kluczowych dla fabuły wątków. Wyraźnie jest próbą zamkniętej adaptacji tej właśnie pozycji.

AUTOR RWilczur

Alkohol i tytoń spływa po mnie gładko, ale komiks ściska za gardło tym mocniej, im dłużej od niego stronię. A konsekwencje zażywania wspomnianego cholerstwa są straszne, okulary na długim nosie oraz siwiejąca w zastraszającym tempie broda. Jak żyć, powiedzcie sami? Otóż jest z sytuacji pewne - całkiem przyjemne - wyjście. Ukojenie daje klepnięcie na wygodnym leżaku i zamoczenie jednej kończyny w wartkiej rzeczce polskiego fandomu komiksowego.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Action Comics #1000

Jedną z najwspanialszych rzeczy w nurcie superhero jest ponadczasowość postaci. Herosi inspirują całe pokolenia, a …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *