PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Han Solo – Gwiezdne Wojny historie

[RECENZJA] Han Solo – Gwiezdne Wojny historie

Ledwie zdążyła opaść sól po bitwie na Crait w Ostatnim Jedi, a do kin na całym świecie nadlatuje już kolejna odsłona gwiezdnego cyklu, Solo. To kolejna z serii spin-offów sygnowana hasłem Gwiezdne Wojny – Historie opowieść, stojąca nieco na uboczu kolejnych trylogii. Tym razem producenci z Lucasfilm postanowili jeszcze raz rzucić nieco światła na uwielbianego przez fanów kosmicznego przemytnika, z którym niestety niedawno musieliśmy się pożegnać. Choć założenie filmu nie może brzmieć prościej, film okazał się problemem o zaskakująco dużej skali. Zarówno realizacyjnej, jak i artystycznej. Ale po kolei…

Nie tak dawno temu, w naszej galaktyce, został ogłoszony projekt mający poszerzyć uniwersum Gwiezdnych Wojen. Po frekwencyjnym sukcesie Rogue One zdawało się być tylko kwestią czasu oświadczenie o rozpoczęciu procesu produkcji kolejnej odsłony. A jako że fani najbardziej lubią dostawać to, co doskonale już znają (patrz – recepcja The Last Jedi i śmielszych rozwiązań fabularnych) głównym bohaterem następnego filmu został Han Solo. Bohater kojarzony z serią równie mocno jak ród Skywalkerów czy duet droidów wydawał się wyborem bezpiecznym, ale i przekonującym. Kanon Gwiezdnych Wojen od wielu lat bowiem eksploruje miejsca i okresy czasowe, na które nie starczało miejsca w filmach kinowych; zakładam, że niejedna osoba chciałby się dowiedzieć jak Solo zyskał swoją niepodważalną reputację.

Gdy projekt został przyklepany, niedługo potem zaczęto przekazywać opinii publicznej nazwiska aktorów oraz reżyserów, którzy nadadzą całości odpowiedni kształt. Pierwsi reżyserzy, Phil Lorda i Chris Miller, potrafili już w ostatnim czasie wyciągnąć kinematograficznego asa z rękawa. To właśnie ci Panowie sprawili, że Lego Przygoda stała się nieoficjalnym wyborem publiczności w wyścigu po Oscary z 2014 roku. Gdy potwierdzono, że konwencja gatunkowa będzie celować w kosmiczny western, moje przesiąknięte miłością do Firefly serduszko zabiło szybciej.

Schody zaczęły się bardzo szybko, a na ich szczycie znalazła się informacja o zwolnieniu obu reżyserów. Kathleen Kennedy nie była zadowolona z modelu pracy i rozwiązań artystycznych, jakie zaproponował nasz duet, co zaowocowało błyskawicznym odsunięciem Lorda i Millera od projektu. Jednakże zdjęcia trwały już od kilku miesięcy, a budżet nie zwróci się sam z siebie. Co zatem robić? Zatrudnić reżysera, który będzie zarówno twórcą o imponującej filmografii autorskiej, ale i dobrym oraz posłusznym wyrobnikiem. Wymogi te idealnie zdawał się spełniać Ron Howard, który przejął pałeczkę po poprzednich reżyserach, starając się odratować to, co ostało się z Hana Solo.

Zeszły rok pokazał nam niestety jak źle może skończyć się praca dwóch, skrajnie różnych od siebie twórców, nad tym samym projektem (patrzę na Was, Warner Bros…), przez co chmura obaw nad głowami Lucasfilm zaczęła gwałtownie rosnąć. Dało się to odczuć choćby przez zaskakująco zachowawczy marketing, czy wypuszczenie zwiastuna dopiero 3 miesiące przed premierą. Jednakże czas oczekiwania dobiegł końca, film trafił do kin, Sokół wylądował. I bez względu na wszystkie problemy, jakie Han Solo  napotkał po drodze, zastanówmy się jak wypada skończone dzieło.

Cóż, zaskakująco kiepsko, bowiem historia naszego ukochanego przemytnika nie wykracza poza terytorium przeciętnego fan fiction. I choć jestem świadom, że u podstaw Gwiezdnych Wojen – Historii stoi idea eksplorowania zakamarków świata, których nie dane nam było jeszcze poznać, producenci chyba bali się wykraczać poza znane rejony. Tym sposobem robili co mogli, by widz nie dostał zbyt wielu nowych rzeczy, a fabuła opierała się na odhaczaniu z listy kolejnych znajomych elementów. Cierpi na tym cały world building, którego podstawą staje się tylko subtelne zapowiadanie tego, co nadejdzie w oryginalnej trylogii. Wszelakie nowe elementy, które mają niejako determinować i wpływać na charakter czy rozwój bohaterów, zostają potraktowane wyjątkowo po macoszemu. Do nowych bohaterów nie ma jak się przywiązać, fabuła nas nie wciągnie, a sceny akcji zbędziemy wzruszeniem ramion. Aż przykro się patrzy, jak na swoich barkach zamiast całego sztabu filmowców, tę mierną opowieść dźwigać musi tylko trójka bohaterów. Choć bardziej zasadnym byłoby powiedzenie: aktorów.

Przede wszystkim na pochwałę zasługuje czołowa gwiazda – Alden Ehrenreich. Mimo momentalnego sprzeciwu fanów wywołanego rzekomym brakiem podobieństwa, czy plotkami o nauczycielu aktorstwa, odświeżona wersja Korelliańskiego rzezimieszka okazuje się naprawdę świetną kreacją. Mimo faktu, że Alden nie dostał zbyt wielu dobrych tekstów do przepracowania, emanuje od niego charyzma i umiejętność odnalezienia się w trudnej sytuacji. Widać, że do znanego z Nowej Nadziei cwaniaka jest jeszcze kawał drogi do przebycia, niemniej fundamenty pod charakterologiczną konstrukcje zdają się być stabilne.

Liftingu oczywiście doczekał się także kudłaty kompan naszego bohatera tytułowego – Chewbacca. Większość zasług aktorskich powinna tu jednak przyjąć formę pochwał pod kątem poruszania się we włochatym kostiumie, gdyż mimo dobrych chęci, Chewie nie błyszczy dramaturgicznie. Za ta bardzo dobrze sprawdza się jako uzupełnienie duetu, który jest przecież nieodłącznym elementem sagi. Choć zdarzy mu się kilkukrotnie postrzelić oponenta, czy wyryczeć zgryźliwy komentarz, nadal jest on wyłącznie dekoracją na drugim planie. Szkoda, bo nasz chodzący dywan pokazywał już kilkukrotnie na łamach historii obrazkowych, że ma do zaprezentowania nie jedno.

Kolejnym starym znajomym jaki będzie gościł na naszych ekranach jest Lando Calrissian. Przyznam się szczerze, że nigdy nie należał on do moich ulubionych bohaterów. Stanowił dla mnie nieco mniej charyzmatyczną wersję Hana, który zamiast być prawdziwym chojrakiem, tylko takiego zgrywa. A przynajmniej mniej przekonująco niż Solo… Jednakże, gdy dowiedziałem się o angażu Donalda Glovera, byłem pewny, że wkrótce moje pojmowanie postaci Lando zupełnie się zmieni.

Talentu Glovera, na dowolnej płaszczyźnie rozrywkowej, nie da się zakwestionować. Czy to jako komika, aktora czy rewelacyjnego rapera. Wierzcie mi, facet robi co może. Tak jak i młodego Hana, Lando czeka jeszcze długa podróż, nim zostanie swoją rozpoznawalną wersją. Prezentowana tutaj inkarnacja roztacza wokół siebie niemal mistyczny czar, któremu ulegają praktycznie wszyscy, włącznie z widzami na sali. I choć pod płaszczem (czy raczej peleryną) pewności siebie kryje się chytry i nie znający znaczenia słowa „przegrana” kanciarz, Glover zmienia go w prawdziwą postać. Może nie najciekawszą, ale prawdziwą.

O prawdziwość natomiast nie postarano się przy kreowaniu nowej załogi, z którą Han będzie przemierzał kolejne sektory. Wybaczcie braki w wiedzy, ale już w trakcie seansu nie potrafiłem przypomnieć sobie imion bohaterów. Przede wszystkim, na czele nowej zgrai postaci stoi Beckett, grany przez Woody’ego Harellsona. Tu, tak jak w przypadku Glovera, nazwisko w obsadzie zdawało się automatycznie dodawać mu kilka punktów do bycia rewelacyjnym. Jednakże scenarzyści (Lawrence i Joe Kasdanowie) postanowili chyba ograniczyć udział nowych bohaterów do minimum. Skoro starych napisano już kilkadziesiąt lat temu, nie ma sensu zaczynać kreowania postaci od nowa. Filmoznawcze serce się kraje, gdy słyszymy tak fatalnie napisane dialogi w ustach ostatniego laureata Oscara. Nie ma tu motywacji, celu, czy choćby rozwoju w ciągu trwania fabuły. A to i tak najlepiej napisany członek nowej załogi. Do kompletu z Harellsonem dostajemy także jego ukochaną, oraz obligatoryjnego kosmitę pilota. I choć nie mogę zdradzić Wam co dzieje się z nimi z biegiem fabuły, powiem tylko, że scenariuszowe lenistwo sięgnęło tu zenitu.

DZIEWCZYNY NA TRAKTORY!

Aktorsko też nie ma o czym mówić, bo to zwyczajnie dwoje postaci, mające reprezentować dwa, skrajne podejścia do Hana. Nie lubimy go, albo lubimy. Zero niuansów, monochromatyczność, nuda, kurtyna. Jednakże prymu w byciu irytującym nie osiąga żaden z wcześniej wymienionych. Dane jest nam bowiem poznać towarzyszkę Lando – droida L3, która z jakiegoś powodu reprezentuje sobą cechy, do których nie przyznałyby się najbardziej wojujące feminazistki (proszę wszystkie prawdziwe feministki o wybaczenie tego frazesu) na tumblrze. Nie potrafię objąć umysłem, jak ktokolwiek mógłby dopatrywać się tu albo faktycznego komentarza społecznego, albo chociaż comic reliefa. Choć za pierwszym razem mogło wywołać to cyniczny uśmieszek, im dalej w las, tym więcej drzew. A te chciałoby się wyciąć w pień przy pierwszej okazji.

Jedyna pozostała postać kobieca niestety nie poprawia reprezentacji ani odrobinę. Emilii Clarke nigdy nie darzyłem sympatią, a widząc ile nieudanych i wręcz obraźliwych filmów ma ostatnio na koncie trzymam kciuki, by już nigdy nie pojawiła się na ekranie kin. Qui’ra w jej wydaniu to wyłącznie ozdobnik; swoista nagroda do zdobycia, która nie reprezentuje sobą jakiejkolwiek głębi. A ostateczna próba nadania jej kompetencji zaskakuje bardziej, niż królik nagle wydobyty z kapelusza iluzjonisty. Z kolei towarzyszący jej Paul Betanny chyba nie został poinformowany, że film ma być robiony na poważnie, bowiem kreacja tutejszego złoczyńcy wpasowałaby się gdzieś w rejony okupowane przez Petera Skarsgaarda z Siedmiu Wspaniałych czy Doktora Zło z serii o Austinie Powersie.

Do swojej długiej listy zażaleń muszę dopisać też rozczarowującą oprawę wizualną. Paleta barw wydaje się bardziej szara, niż bryła Gwiazdy Śmierci, a to chyba niedobrze, gdy mamy do czynienia z ekscytująca przygodą w kosmosie. W dodatku taką, która miała być jawnie inspirowana westernem, a w szczególności malarstwem Frederica Remingtona. To w takich sekwencjach wyłącznie Solo wygląda jak porządny kawałek kosmicznego uniwersum. Tego przepastnego, pełnego charakteru i uroku uniwersum, którego chyba nie dane nam dziś zobaczyć. Gdy Han z ekipą konfrontują się z łupieżcami, a jego ręka zastyga nad kaburą, poczułem nowy przypływ entuzjazmu. Oto jak powinien wyglądać ten film! Tak powinna zostać prowadzona strona wizualna, bo wtedy widz będzie mieć z tego prawdziwą uciechę. Lucasfilm, chyba nie chcecie skończyć jak Warner Bros w przypadku  Suicide Squad, prawda? Bo co mi po bitwie z kosmiczną kałamarnicą, kiedy film robi co może, by nie rozjaśnić za mocno ekranu? Chcę choć przez chwilę nacieszyć się wykreowanym światem. Tak ma działać kinowy eskapizm. Na plus mogę jednak dopisać nowe pojazdy, czy kostiumy niektórych bohaterów. Wyglądają bardzo ciekawie i miejscami są przesadzone w odpowiednim kierunku. Gryzą się jednak z przesadnie zachowawczymi tłami na których muszą się prezentować.

Jak można się łatwo domyślić, nie jestem fanem Solo. To rozczarowująco banalna historia, ze słabo skonstruowanym szkieletem, oblepionym niedbale tkanką organiczną, której nie starczyło na autonomiczny organizm. Jeśli ktoś z Was dopiero teraz chce poznać najlepszego przemytnika w galaktyce, niech zacznie od oryginalnej trylogii. Jeśli zaś chce dowiedzieć się o nim czegoś więcej, niech sięgnie po dowolny komiks Star Wars. Może okazać się on co prawda równie bezpieczną opowieścią, ale w przepastnym świecie Gwiezdnych Wojen znajduje się masa historii godnych opowiedzenia. Mam nadzieję, że Lucasfilm jeszcze kiedyś zdecyduje się by nam taką zaprezentować.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi

Wspominanie jak wielkim fanem gwiezdnej sagi jestem, wydaje się chyba formalnością. Towarzyszy mi ona od …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *