PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Halloween (2018)

[RECENZJA] Halloween (2018)

Przy całej hekatombie miłości jaką darzę szeroko rozumiane kino artystyczne, hard science fiction czy niemieckie klasyki z okresu ekspresjonizmu, jest w moim serduszku jedno specjalne miejsce. W tym przytulnym skrawku sercowego areału znajdują się wszelakie slashery. Zarówno te fatalne, jak i te, które zrewolucjonizowały historię gatunku swoim nowatorskim podejściem. I choć moim ulubieńcem sukcesywnie redukującym populację głupich nastolatków pozostaje Jason, to John Carpenter ze swoim Halloween zaskarbił sobie mój szczególny szacunek. Z perspektywy lat pierwsza część sagi o Michaelu Myersie może straciła nieco uroku w oczach osób, które horror odbierają tylko w sali kinowej w multipleksach, lub na zakrapianych imprezach ze znajomymi. Niemniej jednak, z perspektywy historii filmu, stanowi ona niemały kamień milowy, z którego popularności wynika cała masa innych krwawych tasiemców. Dlatego też, podjęcie się restartu tak ważnej serii (trzeciego z resztą…) stanowiło niełatwe zadanie. I choć swe błogosławieństwo wyraził sam Mistrz, obawy nie opuszczały mnie aż do rozpoczęcia projekcji.

Minęło już czterdzieści lat od pamiętnych morderstw w Haddonfield, których w halloweenową noc dokonał Michael Myers. Cudem ocalała z masakry Laurie Strode (powracająca w tej roli świetna Jamie Lee Curtis) nie pozostała jednak bezbronną ofiarą i podejmuje wszelkie środki, by być gotową na powrót zamaskowanego koszmaru. W międzyczasie zdążyła jednak dorobić się miana histeryczki u swej córki oraz wnuczki, a poczynania naszego „boogeymana” zmieniają się w swoistą miejską legendę, którą nikt się nie przejmuje. Jak oczywiście wszystkim wiadomo, ten stan rzeczy nie trwa długo, a Myers wraca w rodzinne strony zbierać nowe, krwawe żniwo. Scenariusz ten u swojej podstawy nie brzmi jak nic nowatorskiego. Zamaskowani mordercy, nawet po trafieniu już na łono Abrahama, wracali z czasem do świata żywych, nie ważne jak kuriozalnych środków trzeba by było do tego użyć. Jednakże, tym razem morderca nie został zabity. Nie wzięła się za niego tajemnicza sekta, ani nie trafił życiodajny piorun. Michael odsiaduje wyrok, jak przystało na prawdziwego, seryjnego mordercę. Choć potwornego, to jednak – człowieka.

Jedyną osobą, która jednak realnie postrzega Myersa jako nieskrępowaną, nieujarzmioną siła, napędzaną tylko własnymi żądzami jest nasza protagonistka. Laurie wie, że nie dało się go powstrzymać jednym telefonem na policję czy silnym ciosem w podstawę czaszki. Niczym Sarah Connor z najlepszego Terminatora, realnie przygotowuje swój arsenał, do walki z kroczącą maszyną do zabijania. A ja ten pomysł uwielbiam całym sercem. To klasyczny przykład historii, w której twórcy kontynuacji nie dość, że postanawiają koegzystować z oryginalnym dziełem na tych samych prawach świata przedstawionego, to oferują spojrzenie nań z pewnego dystansu, czy innej perspektywy. Oczami Laurie widzimy właśnie, jak nierealnie wręcz niebezpieczny jest Michael i ile środków niezbędnych jest by raz na zawsze go powstrzymać. Mało tego, sami twórcy zdają się pokazywać nam dokładnie, co stanowi esencję tej postaci. Swoiste odczłowieczenie, pozbawienie tożsamości czy jakichkolwiek ludzkich odruchów, połączone z nieskrępowaną brutalnością, manifestowaną bez mrugnięcia okiem, spakowane jednak w wyjątkowo ludzką, przeciętną powłokę. Wiem, że kilka z tych frazesów zdaje się sobie przeczyć, ale to właśnie stanowi o sile serii i głównego bohatera. Postać ludzka i nieludzka za razem.

Poza samą obławą, śledzimy też oczywiście w jaki sposób Michael sukcesywnie zwiększa liczbę denatów w Haddonfield. I już od lat ta masakra nie robiła takiego wrażenia. Nie leją się tutaj hektolitry czerwonej posoki, a ludzie nie wpadają w sidła zabójcy z powodu źle pisanego skryptu. Seria morderstw jest nakręcona i napisana z wyjątkowym wyczuciem (jakkolwiek to brzmi) a sami twórcy nawet zdają się kpić czasami z naszych oczekiwań wobec takich sekwencji. Szczególnie z naszej tolerancji na zabijanie dzieci, co okazało się  gustownym prztyczkiem w nos. Na te piękne sekwencje składa się skrupulatna analiza tego, co czyniło pierwowzór tak skutecznym. Oszczędne oświetlenie, budowanie suspensu, bezpośredniość działań kosztem zbędnej teatralności czy fantastyczna muzyka. Dodatkowym atutem są tutaj wizualne smaczki, które odwołują nas do tych najlepszych (oraz wręcz przeciwnie) momentów serii. I nie jest to desperackie cytowanie z potrzeby podbicia uczucia nostalgii przy braku własnych pomysłów. To samoświadoma referencyjność, która u fanów serii wywoła szczery uśmiech, zaś u nowicjuszy nie wywoła konsternacji. I chodzi tutaj zarówno o mylenie tropów narracyjnych, jak i zostawianie charakterystycznych rekwizytów na trzecim planie. Nie powiem, że mamy tutaj do czynienia z wnikliwą dekonstrukcją gatunku, ale przynajmniej ze starannie wykonaną robotą w jego obrębie.

Na plus zaliczam też większość występów aktorskich, na czele z rewelacyjną Jamie Lee Curtis. Już z samych jej oczu widać, że nie pozwoli sobie dmuchać w kaszę ani seryjnym mordercom, ani ludziom, którzy mają ją za wariatkę. Ponowne porównanie do Sary Connor będzie tu na miejscu, gdyż i nasza Laurie Strode wyewoluowała od klasycznej „scream queen” w charakterną i paradoksalnie bardzo wrażliwą osobę. Nie napędza jej sama idea zemsty, a troska o swoich bliskich i ludzi wokół, którzy mogliby stać się kolejnymi ofiarami Michaela. Nieco słabiej wypada kolejne pokolenie Pań Strode, choć zarówno Judy Greer i debiutująca na wielkim ekranie Andi Matichak dostają swoje popisowe sceny, w których dane im jest zabłysnąć. W szczególności w trzecim akcie. Następca Doktora Loomisa nie stanie co prawda na tym samym piedestale co Donald Pleasance, czy wybitny Malcolm McDowell, ale i on ma swoją postacią do powiedzenia niejedno.

Osobną wzmiankę muszę poświęcić na rewelacyjny soundtrack, który niczym ojcowski gest wsparcia w ważnej dla nas chwili, oferuje sam Mistrz Carpenter. Od czasu premiery oryginału sprzed 40 lat, Halloween nie brzmiało tak dobrze. Ciarki biegnące przez długość pleców przy motywie tytułowym to już klasyka, ale nowe kompozycje nie ustępują mu ani na krok. Nie wiem czy na naszych półkach sklepowych zagości wydanie fizyczne, ale gdy do tego dojdzie, w dniu premiery dysk znajdzie się i u mnie. Zaczynam podejrzewać, że Carpenter posiada w swych rękach horrorowy dotyk Midasa…

Czy Halloween A.D. 2018 jest filmem bez wad? Skądże. To nadal umowna historia, której przebieg i zakończenie wydają się znane od momentu rozpoczęcia projekcji. Jednak w ramach tego czym jest już na piśmie, robi wszystko tak jak trzeba. Oferuje masę świetnej zabawy, gustowny ukłon w stronę oryginału i pełną szacunku oraz autorskiego podejścia wizję. Nie ważne czy kochacie slashery wyłącznie ironicznie, czy darzycie je szczerym, czystym artystycznie uczuciem, poczujecie się jak u siebie w domu. Jeśli z kolei uważacie filmy o zamaskowanych mordercach za stratę czasu, nie mam pojęcia czemu spędzacie to smutne życie na czytaniu recenzji nowego Halloween.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *