PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Green Lantern tom 1: Galaktyczny Stróż Prawa

[RECENZJA] Green Lantern tom 1: Galaktyczny Stróż Prawa

Może nie nazwałbym się chodzącą encyklopedią wiedzy o DC Comics, ale liczba przeczytanych tytułów i zwykła ciekawość, która skłania mnie do ciągłego odkrywania różnorodnych (czy to pod kątem twórców, gatunku czy też postaci) opowieści z tego świata, pozwalają mi uważać się za bardzo dobrze zaznajomionego z uniwersum Wonder Woman, Supermana i Batmana. Gdybym jednak miał określić jakiś jego obszar, w którym widzę swoje spore ewidentne braki, bez wahania wskazałbym komiksy związane z Latarnikami.

Jeśli dodamy do tego mój sceptycyzm względem Granta Morrisona, z którego dziełami zazwyczaj nie było mi po drodze, wychodzi na to, że jestem ostatnią osobą, która powinna wypowiadać się na temat Galaktycznego Stróża Prawa od Egmontu. Z drugiej strony, odrzucanie możliwości zapoznania się przeze mnie z tą dość głośną pozycją, byłoby wyrazem pewnego zacietrzewienia. Dlatego też podszedłem do niej z otwartą głową, licząc, że a nuż miło się zaskoczę. Wszak nierzadko to właśnie w niespodziewanych miejscach zdarza się znajdować coś w sam raz dla siebie.

Szczęśliwie „Szalony Szkot” nie wystawił mnie na szczególną próbę i sprezentował zaskakująco przystępny scenariusz – oczywiście jak na swoje standardy, co oznacza, że nadal wymagana jest podstawowa znajomość mitologii Zielonych Latarni. Przed lekturą lepiej wiedzieć jak wyglądają struktury Korpusu i kojarzyć najważniejsze wydarzenia z życia Hala Jordana. Z całej gromady uzbrojonych w potężne pierścienie funkcjonariuszy to w nim, a nie np. w Johnie Stewarcie lub Jessice Cruz, Morrison upatrzył sobie bohatera skrojonego pod jego potrzebę posiadania archetypowego protagonisty.

To, co sprawia, że fabuła nie przytłacza nadmiarem kosmicznych ras i lokacji, to oparcie jej na utrwalonych w popkulturze toposach, charakterystycznych dla policyjnych filmów i seriali. O tym, że takie założenie stoi za nową serią Green Lantern, Morrison mówił zresztą otwarcie już na etapie zapowiedzi. Dostajemy zatem tak typowe dla tego podgatunku wątki, jak szukanie kreta w szeregach formacji, łamanie zasad dla dobra sprawy czy wreszcie wyjęcie spod prawa. Wszystko to znajome, ale w innych, bardziej szalonych niż zwykle okolicznościach.

Przeniesienie klasycznej formuły procedurala do kosmosu ostatecznie nie powiodło się w stu procentach. O ile we wszelkich produkcjach skupiających się na pracy policjantów stawka raczej nie jest zbyt wysoka, o tyle tutaj konflikty siłą rzeczy rozgrywają się na większą skalę – Hal mierzy się np. z kolekcjonerem o boskich mocach (i takiej też prezencji), a Ziemia staje się zabawką w rękach wszechmogących bytów. Tu dostrzegam najistotniejszy problem tego komiksu. Ma na siebie jasno sprecyzowany pomysł, obiecuje coś, co na papierze jawi się jako całkiem oryginalne, a finalnie szybko zmienia tor i rozmija się z oczekiwaniami.

Mimo że Morrison wyjątkowo nie utrudnia „wejścia” w historię, to rysunki Liama Sharpa należy uznać za największy atut Galaktycznego Stróża Prawa. Łączą w sobie przyjemnie oldschoolową kreskę – widoczną zwłaszcza w rysach postaci, na których odznaczają się wyraźne, mocne cienie niczym w dawnych komiksach Neala Adamsa (nazwisko tego artysty pada zresztą w zamykającym album suplemencie jako pewien punkt odniesienia dla Sharpa) – z zapierającymi dech w piersi, wręcz fantasmagorycznymi wizjami pozaziemskich cywilizacji. Szczególnie imponuje daleka od minimalizmu, bogata w detale kosmiczna architektura. Planety, budynki, ale też statki i mniejsze urządzenia rysownik oddaje w duchu niemal retrofuturyzmu. Technologia nie musi być tu praktyczna, a zachwycająca i działająca na wyobraźnię jak w dziełach science fiction z pierwszej połowy XX wieku. Na estetykę Green Lantern składa się jednak jeszcze więcej czynników – Sharp nawiązuje bowiem również do twórczości H.R. Gigera czy choćby gotyckiego kina grozy.

Wartościowym dodatkiem – który, nawiasem mówiąc, mógłby stanowić stały element uzupełniający komiksy Morrisona – są wspomniane komentarze autorów zamieszczone na końcu zbioru. Objaśniają one konkretne decyzje podjęte przez scenarzystę i rysownika w danych scenach. Zdradzają także w jakich miejscach zarówno jeden, jak i drugi szukali inspiracji. Szkoda tylko, że w ten sposób uchylono wyłącznie kulisy powstawania pierwszego zeszytu, bo na przestrzeni całego tomu znalazłoby się zdecydowanie więcej interesujących smaczków.

Jak zaznaczyłem we wstępie, nigdy nie ciągnęło mnie do zakątka uniwersum, w którym operują Latarnie i w konsekwencji nie czytałem za wiele historii z ich udziałem. Po sprawdzeniu Galaktycznego Stróża Prawa mogę jednak przyznać, że mniej więcej czegoś takiego bym się po nich spodziewał. I nie wiem czy dla fanów Morrisona – znanego z innowacyjnego, przewrotnego podejścia do komiksów superbohaterskich – taka rekomendacja nie będzie mimo wszystko lekkim rozczarowaniem.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Toń

Toń to już trzeci tytuł z wydawanej pod szyldem DC linii Hill House Comics, który …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *