PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Ghost Rider: Droga Ku Potępieniu

[RECENZJA] Ghost Rider: Droga Ku Potępieniu

Szósta dziesiątka Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela powoli dobiega do końca, a my nadal dostajemy komiksy, stanowiące debiut niektórych postaci na jej łamach. Po czołowym mistyku Marvelowego uniwersum, nadszedł czas na Ducha Zemsty – Ghost Ridera. Komiks mógłby stanowić zadośćuczynienie dla wszystkich polskich odbiorców, rozczarowanych długą przerwą w publikowaniu przygód Johnny’ego Blaze’a (bo szczerze, czy ktokolwiek przyzna, że podobał mu się którykolwiek filmowy Ghost Rider?) Ale czy takie przeprosiny warto przyjąć?

Swego czasu Ghost Rider został zesłany do piekła. Każdego dnia, bezskutecznie próbuje dostać się do jego bram, uciekając przed całą armią najgorszych bestii świata podziemnego. Będąc metry od wolności, zostaje pochwycony i rozerwany na strzępy, tylko po to, by historia powtarzała się w nieskończoność. W jego marnej egzystencji, ma ulżyć mu Malachiasz, anioł, który oferuje mu robotę „na boku”. W zamian za uwolnienie, wymaga – oczywiście – pozbycia się pewnego demona, który stopniowo zbiera siły na Ziemi.

Nie dość schematycznie? Dodajcie do tego fakt, że pomaga mu pewien skorumpowany, egoistyczny i gruby przedsiębiorca, który dba wyłącznie o swoje interesy. Owszem, było już nie raz. No ale cóż, nie każdy musi być wizjonerem. I mógłbym przymknąć na to oko lub dwa, gdyby całość oferowała sobą cokolwiek oryginalnego. A mając świadomość spod czyjego pióra wydostał się scenariusz, czytelnik podważa wiarygodność twórcy.  Garth Ennis.

Człowiek zasypany niemałą garścią nagród za Hellraisera i Kaznodzieję. Obeznany i radzący sobie ewidentnie nieźle z tematyką około piekielną. Choć daleko mi do entuzjasty komiksów o religijnej tematyce, położyłem w Drodze ku potępieniu pewną nadzieję, którą Ennis bez skrupułów zdeptał. Gdyby historią zajmował się debiutant lub po prostu scenarzysta, który nie specjalizuje się takim odłamie historii obrazkowych, wzruszyłbym ramionami, nie skreślając nowicjusza. Ale gdy zasłużony twórca, serwuje nam pozbawione polotu, odgrzewane schematy, lektura nie przychodzi już tak dobrze.

Całą tą niezwykle przewrotną fabułkę, powinien podratować nasz charakterystyczny protagonista. Tutaj także obserwujemy sromotną porażkę. Ghost Rider nie należał nigdy do szczególnie wielowymiarowych herosów (antybohaterów, czepiając się słówek), ale nawet z takiej postaci powinno się dać wykrzesać iskierkę potencjału, która przerodziłaby się w gorące, fabularne inferno. Tutaj niestety także klapa. Scenarzysta postanowił nie przesadzać z jakąkolwiek finezją. Po pierwsze, tytułowego bohatera jest w omawianej historii jak na lekarstwo. Nie wymagam co prawda jego obecności na każdym kadrze, ale w pewnych momentach opowieści niemal zapominamy, że w ogóle bierze w niej udział.

Autor skupia się za to na nowych postaciach, których albo nie sposób polubić, albo z którymi nie zdążymy się zapoznać. Łowcy demonów mogą pewnie wywrzeć niemałe wrażenie na czytelniku, ale kiedy autor zapomina obdarzyć ich jakąkolwiek osobowością, czar pryska, osoba która kupiła komiks, zostaje z niczym. Po drugie, jeśli nasz Duch Zemsty w końcu pojawia się na kartach komiksu, jest wręcz nieprawdopodobnie  miałki. Nie robi użytku z żadnej ze swych piekielnych mocy. Nie mówię tu o eliminowaniu całego zastępu grzeszników swoim pokutnym spojrzeniem, ale jego motor Made In Hell, mógłby przydać się raz, czy dwa. Jak na ironię, do miana głównego bohatera urasta nasz zdeprawowany przedsiębiorca, budujący fundamenty pod piekło na Ziemi, jakie ma rozpętać Kazaan. Ale gdy zerkniemy na tytuł uświadomimy sobie, że to nie o nim powinna być ta opowieść.

Drogę ku potępieniu przed osunięciem się w bezdenną beznadzieję, ratuje chyba tylko strona graficzna. Clayton Crain czuje się w tematyce piekieł oraz pokrytych czernią sadzy plenerów Teksasu jak ryba w wodzie. Nie dość, że sposób rysowania postaci, to miejscami perfekcyjnie wyważony złoty środek między realizmem a karykaturą, to umiejętne kolorowanie postaci, dodaje im świetny efekt „trójwymiarowy”. Niejednokrotnie pojedyncze rysunki zahaczają nawet o hiperrealizm, a tego nigdy dość.  Ciekawym zabiegiem jest kadrowanie plansz otwierających każdy z zeszytów. Wyglądają one jak mini plakaty i mówiąc – zgoła subiektywnie – prezentują się lepiej, niż poprzedzające je okładki. Niektóre, chętnie powiesiłbym na ścianie.

Rysunki poruszają się odpowiednim rytmem, do pary z fabułą.  Każda postać ustawiona jest na kadrach zasadnie do okoliczności i lokacji. Armia demonów wisząca nad gmachem biurowca? Demon jadący cadillakiem przez pustynię? Widowiskowa akacja wojskowych w starciu z zabójczynią? Wszystko tu jest i w większości wygląda cudnie. Śmiercionośne działania Ruth, mogłyby dostać z 2-3 kadry więcej. Zamach i plama krwi na podłodze jako bezpośrednio następujące po sobie wydarzenia, nie wykorzystują potencjału postaci.

Wnioski końcowe. Ghost Rider: Droga ku potępieniu nie jest komiksem, który zasługuje na rekomendację. Jeśli potraktujecie go jako artbooka, albo portfolio Claytona Craina, zakup może okazać się strzałem w dziesiątkę. Ale tylko wtedy. Jeśli z kolei, chcecie zostać wciągnięci w świat przygód Ducha Zemsty, stanowczo odradzam. Nie sądzę bowiem, by ktoś mógł doszukać się w tym zestawie obrazków, jakiekolwiek wartościowej, czy sensownej fabuły.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

Top 100 najlepszych komiksów o Daredevilu – miejsca 10-1

Niezamierzenie ostatnia dziesiątka rankingu stała się sceną pojedynku dwóch znakomitych scenarzystów. Pojedynku, który okazał się wyrównany, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *