PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Fight Club 2

[RECENZJA] Fight Club 2

Komiksowy Fight Club 2 stanowił nie lada wydarzeniem. Zapoczątkowany przed rokiem, w maju 2015, zakończył się niedawno, bo ledwie miesiąc temu, zamykając opowieść w dziesięciu obiecanych zeszytach. W Polsce finałowy zeszyt także powinien ukazać się w niedługim czasie, mamy więc dobrą okazję by spojrzeć na ocenić serię nie z perspektywy poszczególnych zeszytów, a opowieści, która dobiegła końca.

Od wydarzeń  znanych z powieści Fight Club minęło równo dziesięć lat i jej bezimienny bohater – obecnie znany jako “Sebastian” – wiedzie życie, przed którym niegdyś uciekał. Nie jest już młodym, zastraszonym obywatelem uzależnionym od konsumpcji i nie jest także buntownikiem, którym stał się potem, dając początek organizacji terrorystycznej. Jest właściwie nikim, kolejnym szarym obywatelem, który zdaje się nic nie znaczyć. Ożenił się z Marlą, mają syna, ale ich małżeństwo chyli się ku upadkowi. Marla chce emocji, chce dzikiego seksu, otrzymuje tylko „Sebastiana”, który nie potrafi już wybuchnąć, który całe swoje emocje tłumi łykanymi obsesyjnie lekami na depresję. Łysiejącego, nijakiego “Sebastiana” – kogoś odmiennego niż poznała i pokochała. Dlatego często podmienia lęki męża na placebo*, by nocami Tyler Durden, zła jaźń naszego bohatera, przejmowała nad nim kontrolę i zapewniała nieco pikanterii jej życiu. Ale Tyler czai się cały czas, jego kontrola nad „Sebastianem” rośnie, a jego chory plan powoli zaczyna być wcielany w życie. Gdy syn Marli i „Sebastiana” zostaje porwany, a ich dom spalony, oboje stają do walki o rodzinę i przeciwko celom Tylera, które skończyć się mają upadkiem całej cywilizacji…

Powieściowy i filmowy Fight Club stały się nie tylko dziełami kultowymi, ale przede wszystkim manifestem całego pokolenia. Pokolenia mężczyzn wychowanego przez kobiety, bez silnych męskich wzorców. Konsumpcyjnego pokolenia, które porno zamieniało na katalogi mebli, a biologiczne instynkty stłumiło białym kołnierzykiem i reżimem pracy. Jak twierdził Joseph Campbell, młodzi ludzie potrzebują drugiego ojca. Kogoś, kto dopełni wychowania, autorytetu – dowódcy, duchownego, trenera – który zakończy kształtowanie ich charakteru i poglądów. Palahniuk rozwija tę ideę, przenosząc ją na grunt nowych czasów, pokazując pragnienie „drugiego ojca” i odpowiadając na pytanie kto nim zostaje w świecie, w którym skandale zabijają autorytet tych, którzy autorytet stanowić powinni.

To jest właśnie najmocniejsza część komiksowego FC2. Część, dla której fabuła staje się jedynie pretekstem, część, która dominuje na łamach serii przez połowę zeszytów. Pobudza do myślenia, nadaje wagi, trafia w cel. Wywód filozoficzno-społeczny i satyra na obecne czasy uderzają i zachwycają. Jest w nich prawda, siła i wyraźnie także pobrzmiewają echa powieści. Potem jednak na scenę wkraczają inne wątki, zdobywając wiodącą pozycję, rozwinięte zostają też obiecujące kwestie, które towarzyszyły nam od początku i historia zmienia ton.

Pierwszą z tych rzeczy jest motyw, od jakiego wyszedł Palahniuk, a którego zapowiedzią było opowiadanie opublikowane w zbiorze Make Something Up (swoją drogą, jak się dowiedziałem od wydawnictwa Niebieska Studnia, zbiór ten ma szansę ukazać się pod koniec tego roku) – motyw Tylera, jako idei, która od zarania dziejów zaraża ludzi by przygotować świat na realizowany przez niego wieki plan. Thriller zaczyna więc odchodzić w tym momencie w rejony fantastyki, szczególnie, że w komiksie pojawiają się także sekwencje, w których jeden z martwych bohaterów powstaje z grobu. W pewnym stopniu zaburza to wydźwięk całości, szczególnie kiedy oczekiwało się historii tak przyziemnej jak pierwowzór. “Zaburza” jednak nie jest w tym przypadku równoznaczne z „psuje”. Palahniuk w ostatnich latach przyzwyczaił czytelników do swojego oderwania od realizmu. Satyra mocno osadzona w ramach praw fizyki, wkracza w rejony, gdzie możliwe staje się wszystko – to ryzykowne pole do popisu, ale Palahniuk często wychodzi z niego z tarczą. Często, ale nie zawsze.

Tu wkracza na scenę wątek, który pojawia się w pierwszym zeszycie, by dopiero bliżej końca stać się kwestia równorzędną z pozostałymi. Tym wątkiem jest pojawienie się Palahniuka, jako postaci. Początkowo wydaje się on tylko dodatkiem, Tyler dzwoni do niego z groźba, ktoś inny składa mu meldunek. Ale z czasem widzimy, jak zdaje się kreować całe życie bohaterów, a wreszcie to oni dzwonią do niego czy też odwiedzają go, szukając pomocy w całej sytuacji. On też stanie się częścią konkluzji, która dla jednych będzie czymś genialnym, innych zaś odrzuci – a która mnie osobiście ulokowała pośrodku, zarówno zachwyciła i rozczarowała.

Cóż takiego jest w tym finale? Wszystkie wątki znajdują swoje zakończenie, dopełniają się, ale dopełnia się też oderwanie Chucka od rzeczywistości. Satyra przechodzi w cartoonową momentami komedię, na wierzch wypływa świadomość, że bohaterowie rzeczywiście żyją w komiksie. A może inaczej – że bohaterowie żyją w rzeczywistości, która przeniknęła się z komiksem, splotła z tą formułą i stylistyką w nierozerwalny warkocz. Wrażenie, jakie sprawia ostatni zeszyt FC2 przypomina odczucia płynące z czytania przygód Lobo. Umowność wkracza w nowy wymiar. Czy pasuje to do tej historii czy nie, to kwestia sporna, ale na pewno takie podejście do tematu znajdzie swoich zwolenników.

Graficznie komiks jest prosty, ale znakomicie oddany. Cameron Stewart wykonał kawał świetnej roboty nadając bohaterom nowego wyglądu. Rzetelna kreska, znakomita mimika, nuta szaleństwa. Kolor także dobrze dobrano, bez rażących w oczy fajerwerków, stonowany i przyjemny w odbiorze. Uproszony został nieco charakter postaci odbity na ich twarzach, ale nie jest to zarzut, bo i same postacie przez lata także uległy przemianom.

Polskie wydanie Fight Clubu 2 ukazało się bardzo szybko, bo zaledwie miesiąc po premierze amerykańskiej i taki czas ukazywania się utrzymywało przez cały czas. Ba, nawet rozdawano gratisowo do zamówień czy jako nagrodę w konkursach zerowy zeszyt, który w Stanach także był dostępny jako darmowy komiks w ramach Free Comic Book Day. Co ciekawe wydawca zdecydował się na wypuszczenie serii zeszytowej, co, ze względu na obecnie małą popularność takiej formy na rynku, było tak samo odważne, jak i ryzykowne. Wyniki sprzedaży okazały się oscylować na granicy opłacalności, ale na szczęście nie zeszły poniżej pewnej średniej, która kazałaby zaprzestać publikacji. Problematyczny był także przekład onomatopei i podobnych drobiazgów – i choć zazwyczaj tłumaczenie wyrazów dźwiękonaśladowczych uważam za błąd, w tym wypadku nie miałem podobnych zastrzeżeń: pasowały do charakteru całości. Zresztą samo wydanie okazało się także bardzo dobre. Przyznam, że w pierwszych chwilach narzekałem, że można było użyć papieru kredowego, ale z perspektywy czasu uważam, że dobry offsetowy papier dodał tej publikacji uroku i pasował do niej najlepiej. Do tego Niebieska Studnia postarała się także o dodatki w postaci alternatywnych wersji okładek różnych znanych twórców komiksowych.

Dla nieprzekonanych do wersji zeszytowej, dla wszystkich pragnących albumowej edycji drugiego Fight Clubu, jest dobra wiadomość. Studnia zapowiada, że po wakacjach ukaże się zbiorcze wydanie wszystkich dziesięciu zeszytów w jednym tomie. Nie znajdzie się w nim wprawdzie zeszyt zerowy (który, tak na marginesie, stanowił swoisty pomost pomiędzy zakończeniem wersji filmowej, a powieściowej, choć jednocześnie nie mógł kontynuować odmiennych wątków z filmu, do których prawa miała wytwórnia), ale jest szansa, że będzie on dołączony tak czy inaczej w jakiejś formie.

Podsumowując, choć Palahniuk nie do końca wybrnął z zadania, jakie przed sobą postawił, Fight Club 2 to i tak kawał bardzo dobrego komiksu, tak dla fanów twórczości autora, jak i komiksowego medium w ogóle. Niegłupiego, skłaniającego do przemyśleń i dostarczającego też naprawdę przyjemnej rozrywki. Po prostu Fajny Klub to, w najlepszych swoich momentach ocierający się o prawdziwą rewelację, i dlatego polecam go Waszej uwadze. I mam nadzieję, że w przyszłości będę polecić mógł jeszcze nie raz. Palahniuk wyznał bowiem, że pracuje nad trzecim Fight Clubem, także w formie komiksu, a ten – jeśli wierzyć wczesnym wywiadom – toczyć ma się głównie wokół postaci Marli. Jest więc na co czekać.


*Polecam książkę Nowe Leki Cesarza, I. Kirscha – w jej kontekście “podmiana leków na depresję na placebo” nabiera nowego wydźwięku – dop. Paweł Kicman

Autor: Michał Lipka

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Nasze potyczki ze złem

Po lekturze komiksu Pan Higgins wraca do domu dość szybko o nim zapomniałem i nie …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *