PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] “Elektra i Wolverine: Odkupienie”

[RECENZJA] “Elektra i Wolverine: Odkupienie”

Komiks ma to do siebie, że jak żadne inne medium sprawia problemy już na etapie samej identyfikacyjnej klasyfikacji. Czy chodzi w nim wyłącznie o sekwencyjność ukazaną poprzez rysunki? Kadry pozbawione ciągu przyczynowo-skutkowego, ale powiązane tekstową narracją to wciąż komiks? Jeśli tak, to co w zasadzie stoi na przeszkodzie, by nazwać tak również i zestaw niepowiązanych ze sobą ilustracji? W którym momencie wyłania się sekwencja, historia i czemu rozumieć ją w czysto tradycyjny, konserwatywny sposób? Skąd wzięło się określenie “powieść graficzna”? A nie, wybaczcie, to temat na zupełnie inną semantyczną dyskusję…

Dla mnie zawsze najbardziej kluczowe wydawało się sprzężenie tekstu i obrazu – oczywiście przy założeniu, że autorowi nie przyświeca idea stworzenia komiksu niemego (wówczas znów na pierwszy plan wysuwa się wspomniana sekwencyjność). Jeżeli więc decyduje się sięgnąć po słowo pisane, oczekuję, że wkomponuje go w warstwę graficzną, czyniąc go jej integralną częścią. Gdy zamiast tego, wyraźnie rozdziela jedno i drugie, tworzy coś na kształt książki obrazkowej. I w takiej też kategorii rozpatrywać należy Elektra i Wolverine: Odkupienie, najnowszy album Egmontu z ekskluzywnej linii Marvel Deluxe. 

Jedną z głów tego niecodziennego dzieła, które oryginalnie ukazało się na przełomie 2001 i 2002 roku, wybrano Grega Ruckę (ze względu na swoiste rozprzężenie tekstu i obrazu nie zaryzykuję nazwania któregoś ze współautorów wiodącym). Było to dla niego pierwsze zetknięcie z Elektrą i Wolverinem, a zatem postaciami, z którymi w kolejnych latach przyszło mu pracować już w większym wymiarze. To bowiem on raptem parę miesięcy po premierze pierwszego z trzech zeszytów Elektra and Wolverine: The Redeemer przejął od Briana Michaela Bendisa solową serię o greckiej zabójczyni, a następnie, rok później, zaprezentował jej alternatywną genezę w Ultimate Daredevil and Elektra. Wtedy też wystartował nowy wolumin przygód Rosomaka, czego efekty mogliście sprawdzić niedawno dzięki wydawnictwu Mucha Comics.

Ilustracje w Elektrze i Wolverinie są z kolei zasługą pochodzącego z Shizuoki artysty, Yoshitaki Amano, który ma w swoim dorobku pracę przy m.in. Speed Racerze, Vampire Hunter D czy grach z cyklu Final Fantasy. Nim nawiązał współpracę z “Domem Pomysłów”, zahaczył także o DC Comics – odpowiadał za rysunkową oprawę komiksu Neila Gaimana pt. Sandman: The Dream Hunters. Jego oniryczne, delikatne, inspirowane japońskim malarstwem i drzeworytem szkice bez wątpienia odróżniają Odkupienie od reszty pozycji z czerwono-białym logo, czym uzasadniają jednocześnie nietypowość projektu – wszak aż żal byłoby nie wyeksponować tak wyjątkowych grafik.

Kiedy myślę o wplataniu literackich, powieściowych form w superbohaterskie uniwersa Marvela czy DC, przypomina mi się Batman #663, przy którym pracowali Grant Morrison oraz John Van Fleet. Jest to jednak pojedynczy przypadek i odstępstwo od reguły. Opierające się od startu do mety na tym pomyśle Odkupienie zgarnia więc plusa za odwagę i oryginalność. Tylko czy za odmiennym formatem idzie coś jeszcze?

Rucka ma na koncie kilka książek, których niestety nie czytałem, ale opierając się na jego komiksowej bibliografii, jestem w stanie uwierzyć, że stać go w tej dziedzinie na naprawdę dużo. Sęk w tym, że tu nie ma nawet okazji tego potwierdzić – mimo że materiału do oceny dostajemy sporo. Fabuła Elektry i Wolverine’a budzi skojarzenia z opowiadaniem publikowanym na Wattpadzie. Skleconym przez zdolnego, ale nie do końca wierzącego w swoje umiejętności ucznia humanistycznej klasy albo bardzo początkującego pisarza. Intryga skupiająca się wokół nastoletniej Avery, do ochrony której przed nieuchwytną ninja zatrudniony zostaje obdarzony szponami mutant, odhacza całe bingo generycznych dla gatunku young adult, kina sensacyjnego i opowieści o płatnych mordercach zagrywek. Tropy, które znajdziemy u Rucki, dotyczą choćby kwestii młodocianego wybrańca, syndromu sztokholmskiego i rodzicielskich tajemnic. Kluczowa dla historii nastolatka zachowuje się oczywiście niesłychanie irytująco, w typowy dla przeciętnego fan fiction sposób. Czuć, że autor chciał roztoczyć nad nią aurę nietuzinkowosći i zjawiskowości, ale efekt miejscami żenuje. Gdy wdawała się w dialogi z Elektrą i Wolverinem, wywracałem oczami. 

Listę zarzutów można poszerzyć także o to, że główni bohaterowie są przedstawieni tutaj bez jakiejkolwiek ikry. Niby punkt wyjścia zakłada, że Natchios dąży do tego, by za wszelką cenę pozbyć się świadków popełnionego przez nią morderstwa, ale szybko o tym zapomina, stosując rakiety, granaty i ujawniając się przed dziesiątkami ludzi. Jak na ninję jest przy tym bardzo nieuważna i niekompetentna. Chcielibyście poczytać o Elektrze jako najgroźniejszej zabójczyni na świecie? Odpuśćcie Odkupienie i sprawdźcie Assassin Millera i Sienkiewicza. Tam również znajdziecie atrakcyjne dla oka ilustracje.

Naciąganą zaletą, która dla niektórych czytelników może być istotna, jest niemal całkowita odrębność, niezależność tytułu wobec marvelowego uniwersum. Rucka pisze historię, która nie wymaga znajomości wcześniejszych losów Elektry i Wolverine’a. W swojej minipowieści nawiązuje co najwyżej do podstawowych założeń Weapon X Barry’ego Windsor-Smitha (przede wszystkim) oraz esencjonalnych dla Greczynki wydarzeń z runu Franka Millera w Daredevilu (w mniejszym stopniu – wspominając je między wierszami).

Jako że Amano nie zawodzi, posunę się do następującego werdyktu – Odkupienie znacznie lepiej sprawdziłoby się jako zwykły komiks niemy. Rysunki są bowiem wystarczająco czytelne, by w oparciu o nie podążać za fabułą. Taka forma zamaskowałaby jednocześnie scenariuszowe niedostatki i wniosła nieco potrzebnego niedopowiedzenia.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] “Punisher Epic Collection. Krąg krwi”

Tomy o Spider-Manie z linii Epic Collection przyjęły się na polskim rynku na tyle dobrze, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *