PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Elektra: Assassin

[RECENZJA] Elektra: Assassin

Niemal każdy z ważniejszych komiksów Franka Millera, doczekał się już polskiego wydania lub, jak w przypadku Powrotu Mrocznego Rycerza, Sin City oraz Roku Pierwszego nawet kilku różnych wydań. W listopadzie minionego roku do grona tych tytułów dołączyła w końcu Elektra: Assassin, pisana przez tego scenarzystę na przełomie lat 1986 i 1987.

Składającą się z ośmiu zeszytów mini-serię, podobnie zresztą jak późniejsze dzieło Millera z Elektrą w tytule (Elektra Żyje), pierwotnie publikowano pod szyldem Epic Comics, nieistniejącego już imprintu Marvela. Rodzimą edycję przygotował z kolei Egmont, a tom z udziałem greckiej zabójczyni był drugim, jaki ukazał się w linii klasyków „Domu Pomysłów”.

Zanim jednak przejdziemy do właściwej części recenzji, chciałbym najpierw przyjrzeć się stworzonej przez Millera wojowniczce w czerwonej chuście i wytłumaczyć dlaczego uważam, że warto się nią zainteresować. To, co moim zdaniem czyni ją ciekawą postacią to fakt, że ciągle nie została w pełni wyeksploatowana przez wydawnictwo. Biorąc pod uwagę, że jest jedną z bardziej rozpoznawalnych bohaterek w świecie Marvela, komiksów z nią w roli głównej nie ma wcale tak dużo. Solowe serie o Elektrze nigdy nie utrzymywały się zbyt długo na rynku i pomimo kilku prób nikomu nie udało się stworzyć historii, które dorównałyby tym napisanym przez Millera. Być może tylko on w pełni rozumiał tę postać, przez co nawet tacy fachowcy jak Brian Michael Bendis czy też Greg Rucka nie potrafili w swoich runach oddać esencji jej charakteru.

Elektra: Assassin jest kolejnym, po Daredevil: Love and War, wspólnym dziełem duetu Miller-Sienkiewicz. O ile jednak tamta pozycja była raczej prostą, dającą się zamknąć w pewnych ramach gatunkowych, nowelą, o tyle Elektra to kompletnie eksperymentalny twór. Niepozbawione mistycznych wątków szpiegowskie science-fiction, balansujące na granicy śmiertelnej powagi z zupełną satyrą.

Przedstawiona przez Millera fabuła w niczym nie przypomina jego wcześniejszego runu w serii o Daredevilu, choć to właśnie tam debiutowała stworzona przez niego antybohaterka. Pięć lat po tym jak pojawiła się w świecie Marvela po raz pierwszy, scenarzysta doszedł do wniosku, że jeszcze z nią nie skończył i spróbował rozwinąć jej charakter. A jako że każdy, kto posiada najdrobniejszą nawet wiedzę na temat Elektry wie, co spotkało ją na łamach Daredevila, to Miller nie miał innego wyjścia i musiał cofnąć się do jej korzeni, a fabułę opowiedzieć w formie prequela .

Assassin jest jedną z tych historii, które bardzo trudno w prostych słowach opisać lub streścić. Nielinearna narracja, ciągłe mieszanie się głównej linii czasowej z retrospekcjami, czynią tę mini-serię niezwykle trudną w odbiorze. Chaos na samym początku komiksu może u niektórych czytelników wzbudzić dezorientację, a co za tym idzie odrzucić ich od tego tytułu. Pierwszy zeszyt, zamiast jasno nakreślić miejsce i czas akcji, sprawia wrażenie niezrozumiałego bełkotu. Na szczęście kolejne numery, choć nadal wymagają od odbiorcy sporo skupienia, są już odrobinę bardziej przystępne.

Każdy zeszyt rozpoczyna się wydartą z gazety informacją, dotyczącą aktualnych wydarzeń. To właśnie ona w największym stopniu pozwala nam ustalić, co tak w ogóle w Elektrze jest prawdą i wokół czego skupia się fabuła. Wszak wszystkie te dziwaczne sceny i kadry łatwiej ulokować w jakimś punkcie, gdy możemy je do czegoś odnieść. Pierwsza notatka prasowa powiadamia nas, że na brzegu jednej z plaż w fikcyjnym państwie San Conception w Ameryce Południowej znaleziono niezidentyfikowaną kobietę. Miała ona zabić dwóch funkcjonariuszy tamtejszej policji, a następnie zostać obezwładniona i wywieziona w nieznane mediom miejsce. W gazecie wspomniany jest również niedawny zamach, do jakiego doszło w tym samym kraju.

Na horyzoncie pojawia się także, kierowana przez Nicka Fury’ego, agencja S.H.I.E.L.D., a w tle rozgrywa się jeszcze korespondencyjna walka między dwoma kandydatami na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych. Licząca na reelekcję obecna głowa państwa w zastraszającym tempie traci poparcie, a na prowadzenie w sondażach wysuwa się demokrata, Ken Wind.

Miller ulokował tytułową Greczynkę w samym środku tej olbrzymiej intrygi, co bez wątpienia okazało się interesującym pomysłem. Podobnie jak i to, że zdecydował się także położyć spory nacisk na postać niejakiego Garretta, agenta zafascynowanego zabójczynią. Elektra nie jest bowiem bohaterką, z którą można odczuć jakąś więź. Nie ma zbyt wielu ludzkich cech, za które czytelnik mógłby ją polubić. Jej działania najlepiej śledzi się właśnie z perspektywy kogoś innego. Kogoś, kto niczym odbiorca, nie wie czego spodziewać się po pannie Natchios. Elektra najciekawsza jest wtedy, kiedy przypomina nieposkromiony żywioł. Sceny, w których jej przeciwnicy zdają sobie sprawę, że są wobec niej bezbronni, to prawdziwe perełki.

W Assassin, tak jak w kilku innych komiksach Millera, doszukać można się również aluzji do ówczesnej sytuacji politycznej. Przez mini-serię przewija się temat nuklearnej zagłady i napięcia między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Komentarz do trwającej wówczas Zimnej Wojny nie jest tu może aż tak pogłębiony jak w przypadku wydawanych w tym samym czasie Watchmen Alana Moore’a, ale i tak rzuca się w oczy. Miller pozwala sobie też na naprawdę mocną satyrę, skierowaną w stronę obłudnych polityków. Wspomniany Wind już od początku wzbudza nasze podejrzenia. Nieprzypadkowo jego twarz przywodzi na myśl maskę, a on sam zdaje się zaledwie marionetką. Rywal Winda przedstawiony jest z kolei w bardzo karykaturalny, odstręczający sposób. Tak żałosną istotę ciężko traktować poważnie.

Wizerunki obu kandydatów na prezydenta są jednymi z wielu przykładów niewiarygodnej kreatywności Billa Sienkiewicza. Prace amerykańskiego grafika polskiego pochodzenia po prostu odejmują mowę. Niewiele komiksów wygląda tak pięknie i zarazem niepokojąco jak Elektra: Assassin. Ilustrując scenariusz Millera, Sienkiewicz stosował tę samą metodę co wtedy, gdy odpowiadał za oprawę graficzną Love and War. Ponownie zamiast rysować każdą stronę ołówkiem, malował ją akwarelami. Efekt jest oszałamiający.

Sienkiewicz bezbłędnie wywiązał się za swoich obowiązków, ale Assassin mimo to nie dorównuje najlepszym dziełom Franka Millera. Historia gubi czasem tempo, a tłumaczenie fabuły za pomocą raportów składanych przez agentów S.H.I.E.L.D. nie zawsze się sprawdza. Dla wielu czytelników może to być pozycja zwyczajnie niestrawna i nieczytelna. Dla innych natomiast miła odskocznia od tradycyjnych komiksów superbohaterskich. Po tak specyficzny tytuł jak Elektra: Assassin warto sięgnąć, właśnie po to, żeby samemu wyrobić sobie opinię.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Spider-Man. Todd McFarlane

Dla wielu polskich czytelników wznowienie przez Egmont komiksów Todda McFarlane’a o Człowieku-Pająku stanowiło zapewne nie …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *